600 tysięcy dla 9-letniego Szymona

600 tysięcy zadośćuczynienia i 5 tysięcy comiesięcznej renty muszą zapłacić szpital w Puławach i PZU matce 9-letniego Szymona – zdecydował dziś lubelski sąd. Chłopiec urodził się sparaliżowany, z wadą wzroku i padaczką, bo szpital opóźniał decyzję o porodzie u jego matki. Podczas gdy niezbędne było cesarskie cięcie, kobieta urodziła tradycyjnie i to o kilka dni za późno.

Proces przed lubelskim sądem trwał sześć lat. Matka, która w imieniu swojego syna wystąpiła na drogę sądową, w pozwie obarczała szpital w Puławach odpowiedzialnością za to, że nie zrobiono jej cesarskiego cięcia zamiast wielogodzinnego wymuszania porodu w sposób naturalny, co spowodowało kalectwo jej synka.

Opóźniony poród

Kobieta, która miała wyznaczony termin porodu na 5 marca 2000 roku, następnego dnia zgłosiła się do szpitala. Została przyjęta na oddział, poddana badaniom i zwolniona do domu, ponieważ skurcze porodowe ustały.

Ponownie zgłosiła się kilka dni później i lekarze podjęli decyzję o wywołaniu porodu. Po południu podano jej leki. Jednak poród nie następował. Dopiero następnego dnia rano dziecko siłą zostało wypchnięte. Urodziło się bez oznak życia, nie oddychało, jego serce nie biło. Akcja reanimacyjna uratowała mu życie, jednak pozostało kaleką.

9-letni obecnie chłopiec tylko leży, nie może chodzić ani siedzieć, źle widzi, nie mówi. Ma padaczkę. Je tylko zmiksowane pokarmy, dławi się piciem. Wymaga opieki i rehabilitacji.

Będzie apelacja

Dzisiejszy wyrok nie jest prawomocny. Dyrektor szpitala w Puławach już zapowiedział, że prawdopodobnie dojdzie do apelacji. Dyrektor Marian Jedliński zaznaczył, że sprawa jest bardzo złożona i nie jest tak, że wina leży wyłącznie po stronie szpitala.

Podkreślił, że szpital, który jest zadłużony na ok. 30 mln zł, nie jest w stanie wypłacić tak wysokiej kwoty. – W stosunku do dochodów Polaków, w odniesieniu do stanu finansowego służby zdrowia, ta kwota jest zbyt wysoka – powiedział.

www.gazeta.pl

Wina nauczyciela może być anonimowa

Nie trzeba przy tym wskazywać winy konkretnego nauczyciela objętego ochroną z ubezpieczenia OC.

W lutym 2004 r. uczennica Zespołu Szkół w Księżpolu została uderzona w oko kulką wystrzeloną przez innego ucznia tej szkoły z tzw. pukawki. Nastąpiło to po dzwonku na lekcje, kiedy klasa czekała na przyjście nauczyciela.

Sprawa znalazła finał w sądzie, który zasądził od gminy Księżpol 80 tys. zł zadośćuczynienia dla poszkodowanej. Sąd wskazał, że gmina jako jednostka prowadząca szkołę ponosi odpowiedzialność za niewypełnienie podstawowego obowiązku w zakresie działań oświatowych, jakim było zapewnienie wszystkim uczniom bezpiecznych warunków nauki, wychowania i opieki. W tym wypadku zabrakło należytego nadzoru nauczycieli nad uczniami przebywającymi na korytarzu przed lekcją.

Gmina zapłaciła odszkodowanie, a potem wystąpiła przeciw TUiR Warta o zapłatę 50 tys. zł. Powołała się na zapisy umowy odpowiedzialności cywilnej oraz ogóle warunki ubezpieczenia OC w związku z wykonywaniem zawodu, na podstawie których ubezpieczyła 29 nauczycieli.

Towarzystwo Warta stwierdziło, że nie odpowiada za zdarzenie. Dowodziło, że ochroną objęci zostali poszczególni nauczyciele i ewentualna odpowiedzialność odszkodowawcza powstałaby wówczas, gdyby szkodę wyrządził konkretny nauczyciel w związku z wykonywaniem przez niego lub nienależytym wykonywaniem czynności zawodowych w zakresie posiadanych uprawnień zawodowych.

Sąd Rejonowy w Biłgoraju uznał żądanie gminy za zasadne. Stwierdził, że odpowiedzialność Warty wynika z OWU OC. Sporne zdarzenie spowodowane zostało nienależytym wykonywaniem czynności zawodowych nauczycieli.

Zdaniem sądu argumenty towarzystwa, że ochroną ubezpieczeniową zostali objęci imiennie nauczyciele, a nie gmina, i że szkoda musi być wyrządzona przez konkretnego nauczyciela, są chybione. Umowa dotyczyła ubezpieczenia zbiorowego nauczycieli ZS w Księżpolu, który co prawda zawarł umowę na rzecz imiennie wskazanych pedagogów, jednakże postanowienia OWU OC nie uzależniają wypłaty przez ubezpieczyciela odszkodowania od wyrządzenia szkody przez konkretną osobę.

Ochrona obejmuje bowiem odpowiedzialność cywilną zlecającego ubezpieczenie, czyli zespołu szkół. Prawomocne zaś zasądzenie zadośćuczynienia od gminy przesądza o ponoszeniu przez ten podmiot odpowiedzialności za szkodę. To gmina – jak wspomniano – w świetle ustawy o systemie oświaty jest organem prowadzącym szkołę i za jej działalność ponosi odpowiedzialność.

Wyrok utrzymał w mocy Sąd Okręgowy w Zamościu (sygn. I Ca 135/09).
Rzeczpospolita

Kolejna prywatna piramida finansowa. I znów są oszukani

Wysoki procent od inwestycji w stal i oleje maszynowe obiecywał krakowianin Piotr Cz. Ci, którzy mu zaufali, stracili ponad milion złotych. To krach kolejnej prywatnej piramidy finansowej. Sprawa znajdzie właśnie swój finał w sądzie. Krakowska prokuratura zakończyła śledztwo w sprawie oszukańczych inwestycji. Piotra Cz. chce postawić przed sądem za oszustwa i doprowadzenie klientów do niekorzystnego rozporządzenia swoimi pieniędzmi.

Z wyliczeń krakowskiej prokuratury wynika, że ci, którzy uwierzyli w obietnice wysokich zysków, stracili w sumie blisko 1,3 miliona złotych. I to zaledwie w kilka miesięcy. – Historie takie jak sprawa Amber Gold wciąż niczego ludzi nie uczą. Nadal liczą, że jeśli ktoś obieca im wysokie odsetki od dziwnych inwestycji, to rzeczywiście na tym zarobią – zżyma się krakowski śledczy znający kulisy śledztwa. Nieprzypadkowo. Gdy w kraju coraz głośniej było o kłopotach Amber Gold z wypłacalnością, w Krakowie kolejne osoby powierzały Piotrowi Cz. pieniądze, by ten rzekomo dalej „inwestował”. Ba, powierzali mu gotówkę nawet wtedy, gdy Amber Gold z hukiem ogłosiło upadłość. Jak ustalili krakowscy prokuratorzy, ofiarami swojej łatwowierności między lutym a wrześniem zeszłego roku stało się co najmniej kilkanaście osób.

Powierzyli mu nawet 350 tysięcy złotych

A system był taki: Piotr Cz., prowadząc indywidualną działalność gospodarczą, zaczął pożyczać od ludzi pieniądze, obiecując wysoki procent. Wysokość była ustalana indywidualnie. Jednym obiecywał 5 procent miesięcznie, innym – 15 proc. w skali roku.

Z czego? Jednym klientom mówił, że pieniądze zainwestuje w zakup stali lub oleju maszynowego. Innych mamił zyskami z inwestowania w nieruchomości położone w okolicach Piaseczna czy też na Śląsku. – By uwiarygodnić się pożyczającym pieniądze, wręczał im dokumenty opisane jako weksle. Z kolei część umów pożyczki zawierana była w formie aktów notarialnych – opisuje prokurator Bogusława Marcinkowska, rzecznik krakowskiej prokuratury.

Zabezpieczeniem zaś wszystkich pożyczek była hipoteka mieszkania należącego do… rodziców Piotra Cz. – I ludzie na to przystawali! – nie kryje zdziwienia krakowski śledczy. Wpłaty zaczynały się od 10 tysięcy złotych, ale niektórzy powierzyli krakowianinowi nawet 350 tysięcy złotych. Zysków już nie zobaczyli, podobnie jak większości pożyczonych pieniędzy.

Nie miał zamiaru i możliwości zwrotu

Niewiele warte okazały się weksle wystawione przez Piotra Cz. – Jak ustalono w toku śledztwa, dotychczas żadnemu z pokrzywdzonych nie udało się zrealizować roszczeń, które ewentualnie na gruncie prawa wekslowego związane by były z wystawieniem przez Piotra Cz. takiego papieru wartościowego – przyznaje rzeczniczka krakowskiej prokuratury.

Bezskuteczne okazały się również uzyskane przez część pokrzywdzonych, sądowe nakazy zapłaty, jak i wszczynane na ich wniosek postępowania egzekucyjne. – Wskazuje to, że Piotr Cz., zaciągając powyższe zobowiązania, nie miał zamiaru i możliwości wywiązania się z nich. Zaciągając pożyczki, oszukiwał pokrzywdzonych również co do faktycznego przeznaczenia uzyskiwanych kwot. Nie zajmował się bowiem działalnością, o jakiej informował pokrzywdzonych – wylicza prokurator Marcinkowska.

Przestał spłacać raty za auto

Nie wiadomo zresztą, czy oszustwa wyszłyby na jaw, gdyby prokuratura sama nie trafiła na trop oszukanych ludzi przy okazji innego postępowania przeciwko Piotrowi Cz., który nie zwrócił firmie leasingowej lexusa (przestał za niego spłacać raty). – To wykonywane czynności w tym postępowaniu doprowadziły do ustalenia, że oskarżony oszukał jeszcze osoby fizyczne wpłacające mu pieniądze – przyznaje prokurator Marcinkowska. Śledczy wysłali już do sądu akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. On sam przyznał się jedynie do zatrzymania lexusa i przywłaszczenia 130 tysięcy złotych na szkodę kobiety, która upoważniła go do sprzedaży mieszkania. Tymczasem prokuratura nie wyklucza, że poszkodowanych przez jego „działalność” może być znacznie więcej.

gazeta.pl

Złóż pozew o odszkodowanie za sąsiedztwo lotniska

7 sierpnia 2007 r. wojewoda mazowiecki wydał rozporządzenie dotyczące utworzenie obszaru ograniczonego użytkowania dla Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Następnie w dzielnicach dla m.st. Warszawy: Włochy, Ursus i Ursynów oraz w gminach Lesznowola, Michałowice, Piaseczno, Raszyn oraz Piastów został utworzony obszar ograniczonego użytkowania w związku z prowadzeniem działalności przez Port Lotniczy im. Fryderyka Chopina, którego właścicielem jest Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” (zobacz mapę, dokładny opis przebiegu granic obszaru ograniczonego użytkowania dla Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz opis przebiegu granic strefy „M”).

W efekcie znacznie spadła wartość nieruchomości znajdujących się w okolicach lotniska, a będących własnością osób prywatnych.

Właściciele oraz osoby, którym przysługuje inne prawo rzeczowe do nieruchomości, nie są jednak bezradni. Mają prawo, na podstawie art. 129 ustawy Prawo ochrony środowiska żądać:

– wykupu całej nieruchomości lub jej części przez port lotniczy – gdy nie mogą korzystać ze swojej nieruchomości lub to korzystanie jest skutecznie ograniczone, ,

– odszkodowania za poniesioną szkodę w związku z ograniczeniem ze sposobu korzystania z nieruchomości, jak i utraconą wartością nieruchomości w wyniku działań emisyjnych portu lotniczego,

– zwrotu kosztów rewitalizacji akustycznej budynku nawet gdy te koszty nie zostały jeszcze poniesione.

Roszczenia odszkodowawcze należy kierować do sądu powszechnego właściwego dla siedziby Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” (zgodnie z art. 136 ust. 1 prawa ochrony środowiska).

Z roszczeniami można wystąpić tylko do 21 sierpnia 2009 r. Potem upływa termin przedawnienia i ich dochodzenie nie będzie w żaden sposób możliwe.

Warto wiedzieć, że skuteczne złożenie pozwu do sądu przerwie bieg przedawnienia (zgodnie z art. 123 kodeksu cywilnego).

Ponieważ przedmiotem roszczeń odszkodowawczych dochodzonych od portu lotniczego jest szkoda wynikła z utraconej pierwotnej wartości nieruchomości, to składając pozew trzeba przedstawić, kiedy doszło do obniżenia wartości nieruchomości i o ile. Wymaga to przeprowadzenia wycen przez rzeczoznawców. Niestety, są one dość kosztowne.

Podobna sytuacji jak w Warszawie wynikła w związku z prowadzoną działalnością wojskowego portu lotniczego Poznań – Krzesiny. Tam również nieruchomości będące w posiadaniu osób prywatnych utraciły na swej pierwotnej wartości w związku z ustanowieniem ograniczonego obszaru użytkowania. Poszkodowani z Poznania, którzy wystąpili z powództwem cywilnym o odszkodowanie wygrali już w Sądzie Apelacyjnym w Poznaniu. Prawomocny wyrok zapadł 10 kwietnia 2008 r.

Bogumiła Kowalska, Kancelaria Radcy Prawnego Bogumiły Kowalskiej „AVAL”
„Rz” Online

Prokurator chora psychicznie, ale pracować musi

Lekarze stwierdzili u prokurator z Katowic chorobę dwubiegunową, ZUS uznał ją za niezdolną do pracy. Przełożeni kazali jej jednak wrócić do śledztw. A adwokaci zacierają ręce: – Każdy akt oskarżenia będzie można podważyć. 33-letnia Aldona R. od sześciu lat pracuje w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. Na początku 2012 r. zaczęła się skarżyć na bóle głowy, poszła do neurologa. Ten dał zwolnienie lekarskie i zaczął leczyć.

Terapia nie przyniosła efektu, prokurator R. czuła się coraz gorzej. Zaczęła mieć stany lękowe, urojenia i problemy z koncentracją. Neurolog wysłał ją do psychiatry, który rozpoznał poważną chorobę. Śledcza od roku leczy się psychiatrycznie. I ma potwierdzającą to dokumentację.

Utrzymuje ją narzeczony

– Aldona wstydziła się przyznać przełożonym do choroby, bo wiedziała, że to może przekreślić jej karierę. Przez pewien czas przedkładała więc L4 od neurologa, a nie psychiatry – mówi Grzegorz, narzeczony prokurator. W trakcie choroby okazało się, że kobieta zaszła w ciążę, którą po kilku tygodniach poroniła. Wtedy do pracy zaczęła wysyłać zwolnienia od ginekologa.

Zgodnie z przepisami po roku pobytu na L4 prokuratura przestała wypłacać Aldonie R. pensję. Od pięciu miesięcy kobietę utrzymuje narzeczony. – Lekko nie ma, bo leczenie jest drogie – przyznaje mężczyzna. Prokurator przestała już ukrywać chorobę psychiczną i przesyła zwolnienia lekarskie od psychiatry. W lipcu wezwano ją na kontrolę do ZUS, gdzie lekarz orzecznik stwierdził, że R. „jest trwale niezdolna do pełnienia obowiązków prokuratora”. Według ustawy o prokuraturze w takiej sytuacji powinna przejść w stan spoczynku i dostawać 75 proc. wynagrodzenia.

Sprzeciw prokuratury

Ale Krzysztof Kołaczek, szef Prokuratury Okręgowej w Katowicach, negatywnie zaopiniował wniosek. A Krajowa Rada Prokuratorów zgodnie z jego sugestią go odrzuciła. To oznacza, że R. powinna teraz wrócić do pracy i dalej prowadzić śledztwa. Dlaczego? – Kierownictwo prokuratury złożyło sprzeciw od decyzji orzecznika ZUS, bo nie wskazał on, dlaczego R. jest trwale niezdolna do pracy. Nie dysponujemy jej historią choroby, zwolnienia lekarskie przedkładane były przez lekarzy różnych specjalizacji, a jedno zostało zakwestionowane przez ZUS. Chcemy, by opinia orzecznika została zweryfikowana przez komisję lekarską, by mieć pewność, że prokurator jest chora. Tyle że trzykrotnie nie stawiła się na jej posiedzenie – mówi prokurator Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

„Boi się nawet podejść do okna”

– Aldona jest w fatalnym stanie, boi się nie tylko wyjść z domu, ale nawet podejść do okna. Tym bardziej że jacyś ludzie z prokuratury co jakiś czas podjeżdżają pod nasz dom, robią zdjęcia, sprawdzają, czy kłódka na bramie jest zamknięta – wyjaśnia Grzegorz.

„Gazeta” ustaliła jednak, że w katowickiej prokuraturze zdarzyła się też odwrotna historia. W czerwcu pozwolono przejść w stan spoczynku innej prokurator, choć orzecznik ZUS uznał, że jej stan zdrowia pozwalał na pracę w zawodzie. – Przepisy dopuszczają możliwość przejścia w stan spoczynku, kiedy prokurator przebywał rok na zwolnieniu lekarskim. W tym przypadku tak było, a przełożonym znany był jej stan zdrowia – tłumaczy prokurator Zawada-Dybek. Zapewnia, że jeśli komisja lekarska potwierdzi niezdolność R. do wykonywania zawodu, przełożeni pozytywnie zaopiniują także jej wniosek.

Na powrót prokurator Aldony R. do pracy czekają śląscy adwokaci. Ich zdaniem jej choroba psychiczna posłuży do podważania każdego sporządzonego przez nią aktu oskarżenia. – Przecież nie tylko podejrzany o dokonanie przestępstwa sprawca musi być poczytalny, ale dotyczy to także tropiącego go prokuratora – przypomina mecenas Andrzej Rajpert, nestor śląskiej palestry.

gazeta.pl

Właściciel bez działki i odszkodowania

Osoby pozbawione ziemi, na której zrealizowano inwestycję publiczną, a nie zostały z niej wywłaszczone, będą mogły żądać od gminy jej odkupienia

To są na razie propozycje Ministerstwa Infrastruktury. Przygotowało je na prośbę rzecznika praw obywatelskich. Od kilku lat rzecznik zwracał uwagę szefowi tego resortu na problem osób, które wywłaszczano z nieruchomości na cele publiczne, a nie otrzymały za to żadnego odszkodowania.

Zostają na lodzie

– Chodzi o to, że w toku postępowania wywłaszczeniowego firma realizująca inwestycję publiczną ma prawo wystąpić do starosty o zezwolenie na niezwłoczne zajęcie nieruchomości – wyjaśnia Dariusz Chaciński, dyrektor Zespołu Prawa Cywilnego i Gospodarki Nieruchomościami w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. – Pozwala na to ustawa o gospodarce nieruchomościami. Następnie, mając już zezwolenie w ręku, inwestor wkracza na działkę i buduje. W wielu wypadkach właściciel zostaje z niczym, czyli bez nieruchomości i bez pieniędzy.

Jak to możliwe? Niektórzy urzędnicy umarzają bowiem wtedy postępowanie. – Tłumaczą, iż filozofia wywłaszczenia jest taka, że jeśli doszło do realizacji inwestycji, to nie kontynuuje się postępowania – mówi dyrektor Chaciński. – Tymczasem odszkodowanie wypłaca się dopiero z chwilą wydania

ostatecznej decyzji wywłaszczeniowej, a jak nie ma postępowania, to nie ma decyzji i odszkodowania. Koło się więc zamyka. Powstaje sytuacja patowa. Właściciele mogą jedynie wystąpić na drodze postępowania cywilnego o odszkodowanie, ale to trwa latami i kosztuje.

Według rzecznika sprawa odnosi się głównie do inwestycji infrastrukturalnych, jak drogi, wodociągi, sieci energetyczne.

Dwa lata temu zmieniły się przepisy dotyczące inwestycji drogowych. Decyzją lokalizacyjną wywłaszcza się z nieruchomości z mocy prawa, a drugą – przyznaje odszkodowanie.

W wypadku nowych inwestycji drogowych nie ma już tego typu problemu. Występuje jednak ciągle w związku z tymi zrealizowanymi wcześniej.

Trzeba kontynuować

– Takie sytuacje nie powinny się zdarzać, przepisy są po prostu krzywdzące – uważa Chaciński. – Postulowaliśmy nowelizację ustawy o gospodarce nieruchomościami, dopuszczającą kontynuację postępowania wywłaszczeniowego choćby nawet doszło do zrealizowania inwestycji.

Ministerstwo Infrastruktury uważa, że to, co proponuje rzecznik, jest niemożliwe do realizacji. Tłumaczy, że naruszyłoby to filozofię wywłaszczenia. Decyzja wywłaszczeniowa ma charakter konstytutywny. Oznacza to, że wywołuje skutki prawne dopiero z dniem, w którym staje się ostateczna.

Ministerstwo dostrzegło jednak wyjście.

Roszczenie o odkup po cenie rynkowej

– Można przyznać właścicielom nieruchomości roszczenie wobec gminy, starostwa (lub innej jednostki reprezentującej samorząd lub Skarb Państwa), by nabyły one od niego nieruchomość po cenie rynkowej – wyjaśnił Olgierd Dziekoński, wiceminister infrastruktury. Jednocześnie na jednostki samorządu terytorialnego i reprezentujące Skarb Państwa nałożono by obowiązek uporządkowania sytuacji prawnej tego typu nieruchomości.

Zmiany zostałyby wprowadzone do art. 122 ustawy o gospodarce nieruchomościami.

Swoje propozycje Ministerstwo Infrastruktury przesłało rzecznikowi z sugestią, że jeżeli je zaaprobuje, resort podejmie prace legislacyjne nad nimi.

Mirosław Gdesz, specjalista w dziedzinie prawa nieruchomości

Zmiana przepisów nie jest wcale potrzebna. Ustawa o gospodarce nieruchomościami pozwala kontynuować postępowanie wywłaszczeniowe, nawet jeśli doszło do realizacji inwestycji. W praktyce zdarza się często, że równolegle się buduje i prowadzi takie postępowanie. Gdyby było inaczej, nie udałoby się zrealizować wielu inwestycji, głównie tych drogowych. Niestety, niektórzy urzędnicy umarzają postępowanie wywłaszczeniowe, powołując się na orzecznictwo sądowe. Wyroki sądowe nakazują wprawdzie umarzać postępowanie, ale tylko w wypadku wywłaszczeń bezprawnych, czyli bez tytułu prawnego. Jeżeli zajęcie działki nastąpiło na podstawie zezwolenia starosty lub wojewody – ten tytuł jest.

Rzeczpospolita

Wypadek komunikacyjny, chociaż pojazd stoi

Do przerwania biegu przedawnienia roszczeń wobec ubezpieczyciela wystarczy zgłoszenie wypadku czy innego zdarzenia wyrządzającego szkodę.

Sąd Najwyższy w wyroku potwierdził, że zgłaszając wypadek, nie trzeba określać wysokości odszkodowania ani tego, z jakiego rodzaju ubezpieczenia się ono należy (sygn. V CSK 444/08). To wyjaśnienie jest istotne, bo terminy większości roszczeń z umów ubezpieczenia są krótkie. Wynoszą najczęściej trzy lata.

Bardzo poważne skutki

W sprawie, którą sąd się zajmował, chodzi o rekompensatę za skutki wypadku, któremu 6 maja 1999 r. uległ Marian S. Był wtedy ładowaczem w niewielkiej firmie zajmującej się wywozem nieczystości stałych, należącej do Władysława K. Tego dnia w trakcie ładowania zablokował się kontener ze śmieciami. Marian S. wszedł na dach śmieciarki i łomem próbował go odblokować. W trakcie tej próby automat zwrotny gwałtownie odskoczył. Marian S. spadł z pojazdu. Skutki wypadku były bardzo poważne: złamany 11. krąg kręgosłupa i skomplikowane otwarte złamanie kości udowej. Do zespolenia kości konieczne było wszczepienie metalowej płyty z 20 wkrętami.

Marian S. długo przebywał w szpitalu. W czasie pobytu na rehabilitacji w sanatorium pośliznął się w łazience i złamał nogę w tym samym miejscu. Teraz noga ta jest o 2,5 cm krótsza od drugiej, co powoduje bóle kręgosłupa podczas chodzenia. Marian S. porusza się o jednej kuli lub lasce.

Ograniczenie jego zdolności lokomocyjnej jest trwałe, a ubytek zdrowia wedle oceny lekarzy wynosi 35 proc. Marian K. utrzymuje się z kilkusetzłotowej renty i pomocy bliskich. Cierpi na depresję.

Śmieciarka nie była własnością jego pracodawcy. Władysław K. dzierżawił ją od właściciela – Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta. Właściciel zawarł z PZU umowy ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków związanych z ruchem tego pojazdu (NNW) oraz umowę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej posiadaczy pojazdów mechanicznych (OC).

27 sierpnia 1999 r. Marian S. zgłosił wypadek ubezpieczycielowi. Nie ma akt szkodowych, nie ma pisma, które zaniosła do PZU jego konkubina. Jest jednak bezsporne, że Marian S. otrzymał w związku z tym wypadkiem z ubezpieczenia NNW związanego z ruchem pojazdu 900 zł.

Dopiero 27 grudnia 2003 r. Marian S. zgłosił w PZU żądanie wypłaty z OC właściciela pojazdu 60 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. PZU odmówił i sprawa znalazła się w sądzie.

Przegrana w dwóch instancjach

Marian S. przegrał w I i II instancji. Zdaniem sądów jego roszczenie podlegało oddaleniu z dwóch powodów. Po pierwsze – zgłosił je po upływie trzyletniego okresu przedawnienia. Po drugie – zdarzenie, z którego je wywodził, nie było wypadkiem komunikacyjnym. Wprawdzie bowiem silnik pojazdu był wówczas uruchomiony, ale służył do pracy podnośnika.

W ocenie sądów przyczyną szkody była niewłaściwa konstrukcja lub niewłaściwe zamontowanie podnośnika, a także błędne postępowanie samego zainteresowanego podczas odblokowywania kontenera. Odpowiedzialność z OC właściciela pojazdu nie wchodzi więc w rachubę. Marian S. zdaniem sądów może w tym stanie rzeczy zgłaszać pretensje tylko do pracodawcy, czyli Władysława K.

Sąd nie zgodził się również z twierdzeniem, że powołanie się przez PZU na przedawnienie – jako sprzeczne z zasadami współżycia (art. 5 kodeksu cywilnego) – powinno być oddalone. Sąd II instancji zaakceptował ten wyrok.

SN wskutek skargi kasacyjnej uchylił zaskarżony werdykt i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.

W kwestii przedawnienia sędzia Jan Górowski stwierdził, że zgłoszenie wypadku w PZU 27 sierpnia 1999 r. przerwało bieg przedawnienia też w stosunku do roszczeń Mariana S. z OC. Dotychczas PZU nie wydał w zakresie OC żadnej decyzji, także odmownej, tak więc jego bieg jeszcze się nie rozpoczął. Do jego przerwania nie jest konieczne wskazanie roszczenia i jego podstawy. – Z art. 819 § 4 k.c. wynika, że wystarczy zgłoszenie zdarzenia. Świadczy o tym użycie przez ustawodawcę w tym przepisie spójnika „lub” – tłumaczył sędzia.

Choćby jednak nawet termin przedawnienia minął, to zarzut naruszenia art. 5 k.c. przez jego uwzględnienie byłby słuszny. Bo trzeba też spojrzeć na skutki tego wypadku, uwzględnić to, że powód jest po nim załamany, że cierpi na depresję.

SN nie zgodził się też ze stanowiskiem sądów co do interpretacji pojęcia ruchu pojazdu, którym ustawodawca posłużył się w art. 436 k.c., obciążającym posiadacza mechanicznego środka komunikacji odpowiedzialnością za szkody wyrządzone ruchem tego pojazdu.

Sędzia Górowski zaznaczył, że SN przyjmuje na gruncie art. 435 i 436 k.c. szeroką definicję ruchu pojazdów. Obowiązującą wówczas definicją zapisaną w § 10 rozporządzenia ministra finansów z 29 grudnia 1992 r. o ubezpieczeniu OC objęto wyraźnie także szkody wyrządzone bezpośrednio podczas załadunku i rozładunku pojazdu (to samo w art. 34 obecnej ustawy z 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych). – Tak było w tej sprawie – mówił sędzia. – Silnik pracował. Ruch pojazdu stał się więc współprzyczyną wypadku. Był to zatem wypadek komunikacyjny.

Przedawnienie roszczeń

Czas przedawnienia roszczeń z umów ubezpieczenia wynosi tylko trzy lata; inaczej się liczy ten termin w wypadku ubezpieczenia OC (art. 819 § 3 k.c.). Jeśli szkoda została wyrządzona czynem niedozwolonym, obowiązują terminy przedawnienia przewidziane w art. 4421 k.c., a jeżeli wynikła z niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania – odnoszące się do takich roszczeń. W myśl art. 819 § 4 k.c. bieg terminu przedawnienia przerywa się także przez zgłoszenie ubezpieczycielowi roszczenia lub przez zgłoszenie zdarzenia objętego ubezpieczeniem. Bieg przedawnienia rozpoczyna się na nowo od dnia, w którym zgłaszający roszczenie lub zdarzenie otrzymał na piśmie oświadczenie ubezpieczyciela o przyznaniu lub odmowie przyznania świadczenia.

Rzeczpospolita

Gdy produkt jest niebezpieczny, wycofaj go z rynku

Jeśli partia wyrobów, która trafiła już do sklepu, okaże się wadliwa w stopniu zagrażającym zdrowiu i bezpieczeństwu nabywców, producent powinien podjąć konkretne działania. Jeżeli tego nie zrobi, grożą mu dotkliwe sankcje

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo produktu spoczywa na jego wytwórcach. Mówi o tym art. 10 ustawy z 12 grudnia 2003 r. o ogólnym bezpieczeństwie produktów (DzU nr 229, poz. 2275 ze zm.). Oznacza to, że poczynając od projektanta i konstruktora, przez fachowców od materiałów, elektryczności, elektroniki, a czasem innych dziedzin, np. chemii, po producenta finalnego wyrobu, wszyscy powinni znać i stosować przepisy szczegółowe i normy branżowe określające parametry wyrobu danego rodzaju. Poza tym, kierując się własną wiedzą i wyobraźnią, powinni prześledzić cały proces powstawania wyrobu i uwzględnić dające się przewidzieć typowe sytuacje i warunki, w jakich może on być użyty, określić możliwe rodzaje zagrożeń i je wyeliminować.

Instrukcje i ostrzeżenia

Powinni wziąć pod uwagę również to, że niekoniecznie używamy wyrobów zgodnie z ich przeznaczeniem – np. krzesło służy nam nie tylko do siadania, ale również do stawania, gdy chcemy zdjąć coś z szafy. Trzeba je więc tak zaprojektować i skonstruować, by przy okazji nie wywracało się lub nie rozpadało. Projektując zabawkę, należy przewidzieć, że dziecko może włożyć ją do buzi – choćby do tego wcale nie służyła. Zwykle powinien wystarczyć zdrowy rozsądek, krytyczne myślenie i potoczna wiedza o ludzkich zachowaniach, ale nie zawsze jest to oczywiste, a także możliwe.

Zdarza się, że nie da się usunąć możliwych zagrożeń, np. w zestawach dla młodzieży typu „mały chemik” lub „młody fizyk”. Wówczas trzeba umieścić na opakowaniu wyraźne ostrzeżenie, że nie należy używać produktu w określony sposób, np. nie wolno go podgrzewać, gdyż grozi to wybuchem. Nie spełni tego warunku napis ostrzegawczy na zabawkach dla najmniejszych dzieci, gdyż nie potrafią one czytać. Należy ostrzec rodziców, że zabawka może być używana wyłącznie pod opieką dorosłych. Warunek: każde ostrzeżenie i instrukcja muszą być zrozumiałe, czytelne, jednoznaczne.

Jeśli zdarzy się najgorsze

Wszystko to nie może w pełni zapobiec najgorszemu, czyli sytuacji, gdy produkt, w dodatku będący już w obrocie, okazuje się niebezpieczny dla jego użytkowników. Przedsiębiorca może się o tym dowiedzieć w różny sposób: albo jego wewnętrzna kontrola wykaże, że partia wyrobów wytworzona podczas awarii ciągu technologicznego jest wadliwa lub nie spełnia norm: np. pozostały ostre krawędzie grożące skaleczeniem lub klej nie trzyma i produkt może się rozpaść. Mogą też przedsiębiorcę zawiadomić o wadach nabywcy lub użytkownicy jego wyrobu w swoich zgłoszeniach reklamacyjnych.

W takim wypadku trzeba jak najszybciej zawiadomić Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Służy do tego specjalny wzór, który można znaleźć w rozporządzeniu z 26 kwietnia 2005 r. w sprawie wzoru powiadomienia o produkcie, który nie jest bezpieczny (DzU nr 80 poz. 694).

W powiadomieniu trzeba podać, że podjęto działania w celu wyeliminowania zagrożenia. Mogą one nie być jeszcze wszczęte, ale przynajmniej musi być tam przedstawiony pomysł, jak to ma być zrobione. Następnie należy szybko wycofać wadliwe wyroby z hurtowni, magazynów, sklepów oraz – używając wszelkich dostępnych środków – dotrzeć do klientów, którzy już je nabyli, i odkupić je, a następnie zniszczyć lub naprawić.

Dotarcie do nabywców może być trudne i kłopotliwe. Kupując wyrób, konsumenci zwykle nie podają swoich danych, adresów, kontaktów. Bezpośrednie porozumienie z nimi – czasem mogą ich być setki lub tysiące – może być więc niemożliwe. Nie może to być jednak powodem zaniechania innych działań. Należy sięgnąć po takie sposoby, jak akcja ulotkowa, afisze, ogłoszenia w sklepach, komunikaty w mediach itp. To oznacza koszty, czasem niemałe. Niestety, to część ryzyka zawodowego.

Usuń zagrożenia, bo będzie grzywna

A co się stanie, jeśli ktoś nie powiadomi UOKiK? Nie ma co prawda za to sankcji, ale jeśli informacja o niebezpiecznym produkcie trafi do urzędu od kogoś innego niż przedsiębiorca, wówczas prezes UOKiK wszczyna postępowanie administracyjne, Inspekcja Handlowa przeprowadza kontrolę, a przedsiębiorca zostaje zobligowany do dobrowolnego usunięcia zagrożeń.

Informacja o niebezpiecznym wyrobie i krokach podjętych przez przedsiębiorcę publikowana jest na stronie internetowej UOKiK, trafia też do unijnego systemu szybkiego powiadamiania o produktach niebezpiecznych RAPEX.

Co dalej? Zależy. Jeśli przedsiębiorca sam usunie wszelkie zagrożenia, postępowanie zostaje umorzone. Jeżeli tego nie zrobi, prezes UOKiK może wydać decyzję, w której zobowiąże przedsiębiorcę do wykonania określonych działań.

Jeśli przedsiębiorca nie podporządkuje się również tej decyzji, grozi mu za to odpowiedzialność karna: grzywna, która może sięgnąć 100 tys. zł. W skrajnych przypadkach, gdy np. ktoś wprowadza na rynek wyrób umieszczony w rejestrze produktów niebezpiecznych, może nawet zostać ukarany pozbawieniem wolności do dwóch lat.

Lepiej działać dobrowolnie

Korzyści z działania dobrowolnego są więc oczywiste: przedsiębiorca sam może określić, jakie podejmie działania i w jaki sposób wyeliminuje z rynku dany produkt. Jedno zastrzeżenie – jego eliminacja musi być całkowita. Jeśli bowiem się okaże, że niebezpieczne produkty jednak pojawiają się gdzieś w obrocie, wówczas znów wkroczy UOKiK.

Zwykle przedsiębiorcy podporządkowują się decyzjom prezesa UOKiK. Ale były przypadki niezastosowania się – wtedy następstwem decyzji prezesa było umieszczenie danych o produkcie w prowadzonym przez UOKiK rejestrze produktów niebezpiecznych. To informacja dla konsumentów: nie kupujcie tego wyrobu, a jeśli już go kupiliście, składajcie reklamację.

Najpierw dyrektywy, potem ustawa

Małgorzata Kozak, wiceprezes UOKiK

Produkt wprowadzany na rynek musi być bezpieczny – to podstawowa zasada, której powinien przestrzegać każdy przedsiębiorca. Ponieważ ponosi odpowiedzialność za swój wyrób, musi zadbać o jego zgodność z określonymi przepisami. W przypadku zabawek, materiałów budowlanych, maszyn czy urządzeń elektrycznych, w tym sprzętu elektronicznego i AGD, istnieją bardzo szczegółowe regulacje – dyrektywy nowego podejścia. Zawierają one wymagania związane nie tylko z bezpieczeństwem, ale również zdrowiem, ochroną konsumenta oraz ochroną środowiska. Znakiem rozpoznawczym, że wyrób spełnia określone wymagania, jest symbol CE. W przypadku produktów przeznaczonych dla konsumentów, dla których brak jest szczególnych przepisów, stosuje się ustawę o ogólnym bezpieczeństwie produktów.Przedsiębiorca wprowadzający produkt na rynek polski jest także zobowiązany dostarczać konsumentom w języku polskim informacje umożliwiające ocenę zagrożeń oraz przeciwdziałanie im. Producenci i dystrybutorzy powinni być również świadomi obowiązku powiadomienia prezesa UOKiK, gdy się dowiedzą, że wprowadzili na rynek produkt niebezpieczny.

Rzeczpospolita

Wyłudzali kredyty i odszkodowania

Policjanci Centralnego Biura Śledczego zatrzymali kolejne osoby należące do grupy zajmującej się wyłudzeniami kredytów i odszkodowań z firm ubezpieczeniowych. Do tej pory funkcjonariusze zatrzymali w sumie 69 osób, w tym głównych organizatorów przestępczego procederu. Śledczy szacują, że straty poniesione przez banki i firmy ubezpieczeniowe w wyniku działalności grupy przekraczają kwotę 2,5 miliona złotych.

Nad tą sprawą funkcjonariusze pracują już od lipca 2007 r. To właśnie wtedy zaczęły do nich docierać informacje o grupie, która zajmowała się wyłudzeniami kredytów i odszkodowań od firm ubezpieczeniowych. Jak ustalili policjanci przestępczy proceder opierał się na fikcyjnych kolizjach, w których brały udział „słupy”, czyli osoby na które były rejestrowane samochody. W sumie do tej sprawy zatrzymano 69 osób. Są wśród nich między innymi główni organizatorzy tego przestępczego procederu, osoby odpowiedzialne za werbowanie „słupów, oraz ci, którzy fabrykowali dokumenty w celu uzyskania kredytów. Były to na przykład zawyżone faktury zakupu i zaświadczenia o zatrudnieniu. Tym razem w ich ręce wpadło 6 osób: Mariusz T. (27 l), Tomasz B. (51 l), Małgorzata Z. (45 l), Anna K. (32 l), Tomasz P. (28 l), Monika R. (37 l).

Z ustaleń policjantów Centralnego Biura Śledczego wynika, że grupa wyłudzała kredyty w wysokości od kilku do nawet osiemdziesięciu tysięcy złotych. Fikcyjne kolizje generowały „zyski” rzędu około dziesięciu tysięcy złotych od stłuczki. Śledczy szacują, że straty poniesione przez banki i firmy ubezpieczeniowe w wyniku tej przestępczej działalności przekraczają kwotę 2,5 miliona złotych. Planowane są kolejne zatrzymania.

Ksiądz profesor plagiatował innych, ale sąd mu odpuścił

Sprawa księdza profesora z KUL Stanisława T., oskarżonego o plagiat umorzona, choć jak uzasadnił sąd doszło do jawnego plagiatu. Duchowny jednak twierdził, że dopuścił się go nieświadomie
Ks. prof. Stanisław T. to wieloletni wykładowca KUL, były kierownik Katedry Historii Źródeł Kościelnego Prawa Polskiego KUL i były skarbnik Towarzystwa Naukowego KUL. Obecnie jest na bezpłatnym urlopie.

Prokuratura w grudniu ubiegłego roku zarzuciła mu, że przywłaszczył sobie autorstwo kilku cudzych prac w publikacji „Ewolucja kościelnego prawa polskiego w świetle kodyfikacji do XIX wieku”.

Profesor T. nie chciał mieć procesu, dlatego złożył w sądzie wniosek o warunkowe umorzenie postępowania, motywując to znikomą szkodliwością popełnionego przez siebie czynu. W piątek sąd przychylił się do tej prośby i wyznaczył mu roczny okres próby.

Sędzia Agnieszka Kołodziej zaznaczyła jednak, że „fakt popełnienia czynu [plagiatu- red.] przez prof. T. nie budzi wątpliwości”. Prawie połowa publikacji księdza została uznana za kopie innych. Jednak, jak wyjaśniła sędzia, oskarżony wyjaśnił dokładnie, jak doszło do plagiatu. Duchowny twierdził, że nie miał intencji ani świadomości zatajania autorstwa innych prac, miały o tym świadczyć przypisy umieszczone w publikacji pracownika KUL. O umorzeniu zadecydowała też dobra opinia o duchownym i jego niekaralność. Sędzia Kołodziej przypomniała też, że ksiądz został wcześniej ukarany naganą przez swoją uczelnię. Prof. KUL będzie musiał zapłacić 4,1 tys. zł za koszty sądowe. Wyrok nie jest prawomocny.

Przypomnijmy: rzecznik dyscyplinarny KUL uznał, że profesor „w szeregu swoich publikacji z lat 2003-2008 w sposób uwłaczający godności nauczyciela akademickiego i naruszając cudze prawa autorskie, odpisywał obszerne fragmenty wykorzystywanych publikacji naukowych, zwykle z niewielkimi modyfikacjami, ale niejednokrotnie dosłownie, włączając w to przypisy”.

Plagiat Stanisławowi T. zarzucił w 2010 r. inny naukowiec profesor Wacław Uruszczak, kierownik Katedry Historii Prawa Polskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przestudiował 14 publikacji profesora z KUL, które ukazały się w latach 2003-2008. Przypadki przepisywania fragmentów prac przez duchownego od innych profesor Uruszczak opisał w tekście pt. „Z takim sposobem uprawiania nauki nie można się zgodzić”. Tekst opublikował na stronach UJ.

gazeta.pl