Czego obawia się VOTUM …

Firma VOTUM S.A. z Wrocławia po raz kolejny poczuła się zagrożona i domaga się cenzurowania opublikowanych na łamach naszego serwisu www.odszkodowania.info.pl materiałów prasowych. Chodzi o następujące teksty (gdyby za jakiś czas cenzura wygrała) podajemy alternatywne linki gdzie cenzura nie zadziała:

„Przypadkowe” spotkanie ….
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1564
http://web.archive.org/web/20131023113647/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1564

Jak to się robi w Debitum i VOTUM
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1396
http://web.archive.org/web/20131023113927/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1396
http://www.nowiny.pl/79926-lowcy-nieszczesc-czekaja-na-twoj-wypadek.html?p=2#feedback

Znów krytycznie o niektórych firmach odszkodowawczych
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1525
http://web.archive.org/web/20131023114140/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1525
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1525119,1,kancelarie-odszkodowawcze—lowcy-nieszczesc.read

VOTUM poczuło się zagrożone, chce cenzury
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1772
http://web.archive.org/web/20131023114400/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1772

Grupa VOTUM: UOKiK wszczyna postępowanie
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1779
http://web.archive.org/web/20121121124551/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1779

„Żółte papiery” z VOTUM …
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1822
http://web.archive.org/web/20131023114739/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1822

Czy KPP Dzierżoniów to agencja VOTUM?
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1905
http://web.archive.org/web/20131023114838/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1905

Jak VOTUM kręci klientów umowami …
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1917
http://web.archive.org/web/20131023115014/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1917

Agent VOTUM o konkurencji – oszuści, szalbierze …. będą Panią dymać !!!!
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1953
http://web.archive.org/web/20131023115150/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1953

O sprawie będziemy informować.

Największy skandal budowlany Krakowa został zalegalizowany

Największy skandal budowlany Krakowa został zalegalizowany. Nadzór budowlany uznał, że nadbudowę przy ul. Szerokiej 12 ukończono zgodnie z prawem. Dopatrzył się za to samowoli u sąsiada, który od początku alarmował w sprawie nadbudowy! Nadbudowa przy Szerokiej została zalegalizowana, a inwestor nie zapłaci za to złotówki kary – inspektorzy uznali bowiem, że zadaszenie podwórka, malowanie ścian wewnętrznych czy wstawianie okien, budowa schodów i montaż jacuzzi stanowiły „roboty zabezpieczające przed wpływami atmosferycznymi” oraz że roboty wykończeniowe nie wymagają zgłoszenia.

Nadbudowa przy ul. Szerokiej to najgłośniejsza afera budowlana ostatnich lat w Krakowie. Przypomnijmy: kamienicę spod numeru 12 wraz z pozwoleniem na budowę kupił od Fundacji Nissenbaumów krakowski biznesmen Krzysztof P. Zaplanował w niej hotel. Budynek podniósł o trzy kondygnacje – wyżej o jedną niż w projekcie Nissenbaumów.

Urzędowy korowód

Urzędników zaalarmował sąsiad Tytus Miecznikowski, bo w jego kamienicy przylegającej do „12” zaczęły pękać ściany. Na dodatek została zaburzona wentylacja, bo podwyższone mury hotelu zasłoniły u niego wyloty kanałów wentylacyjnych i kominów.

W 2004 r. Miecznikowski złożył wniosek o rozbiórkę nadbudowy u sąsiada. I od tego zaczął się urzędowy korowód. Dwa lata później Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że pozwolenie na budowę, którym posługiwał się inwestujący w hotel biznesmen, było nieważne. Mimo to urzędnicy z nadzoru budowlanego latami zwlekali z podjęciem ostatecznej decyzji w sprawie kontrowersyjnej inwestycji, przerzucając odpowiedzialność na kolejne szczeble. Ci z Krakowa na tych z województwa. Ci z województwa na tych w Warszawie. Ci z Warszawy zawracali sprawę do Krakowa. I tak przez kolejne lata. W tym czasie przedsiębiorca skończył inwestycję i otworzył hotel Rubinstein Residence, na którym zaczął zarabiać.

Co na to nadzór? Nakazał inwestorowi, by… sam zlecił ekspertyzę na temat wpływu swojej nadbudowy na sąsiednią kamienicę. I to mimo że w sprawie wydano już wcześniej kilkanaście opinii. Urzędnicy przez dziewięć lat prowadzenia sprawy wyprodukowali prawie 2 tys. stron akt. Aż w końcu ją zalegalizowali, bo uznali, że „prace budowlane zostały doprowadzone do stanu zgodnego z prawem”.

Nadzór nie widzi nic złego w uruchomieniu „rezydencji” przed legalizacją budynku. Inwestorom nie grozi nawet kara za wzniesienie samej konstrukcji, bo po dziewięciu latach przerzucania papierów urzędnicy uznali, że inwestycja rozpoczęła się na kilka dni przed utratą ważności pozwolenia budowlanego, a więc jeszcze legalnie.

Proces karny nieistotny

Powiatowemu Inspektoratowi Nadzoru Budowlanego nie przeszkadzał też fakt, że w 2007 r. policja i prokuratura zatrzymały w tej sprawie kilkanaście osób i do dziś w sądzie toczy się proces karny przeciwko Krzysztofowi P., projektantom, niektórym urzędnikom z magistratu oraz… powiatowemu nadzorowi budowlanemu (są oskarżeni o nieprawidłowości przy nadbudowie kamienicy).

Dwie urzędniczki z PINB i wydziału architektury magistratu dobrowolnie poddały się karze za m.in. potwierdzanie nieprawdy w dokumentach. Co ważne, powołany do tego procesu karnego biegły orzekł, że uporządkowania placu pod inwestycję i założenia obowiązkowego dziennika budowy nie można uznać – jak chce nadzór – za początek prac budowlanych.

Jego zdaniem realnie rozpoczęły się one bowiem po wygaśnięciu pozwolenia na budowę, co wynika właśnie z dziennika budowy. To istotne, bo gdyby nadzór budowlany wziął pod uwagę tę opinię, nie mógłby zalegalizować nadbudowy. Musiałby uznać ją za samowolę, a inwestora ukarać. Wynika to wprost z decyzji legalizacyjnej, w której nadzór tłumaczy, dlaczego nie ma kary dla inwestora Krzysztofa P.

W trakcie procesu karnego pojawiła się również opinia biegłego z zakresu bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Wskazuje, że klatki schodowe w Rubinstein Residence jako drogi ewakuacyjne są zbyt wąskie (chodzi o kilka centymetrów różnicy). Takich odstępstw jest więcej.

PINB twierdzi jednak, że proces karny i płynące z niego informacje w żaden sposób go nie wiążą. Z „Gazetą” urzędnicy nadzoru o swojej decyzji nie chcieli rozmawiać. Zasłonili się brakiem akt sprawy, które przekazali do wyższej instancji. „W chwili obecnej organ nie jest w stanie udzielić jakichkolwiek dodatkowych informacji poza informacjami, które znane są opinii publicznej” – czytamy w odpowiedzi odmawiającej spotkania.

Kara za opieszałość

Za prowadzenie sprawy przez dziewięć lat nadzór został niedawno ukarany. Krakowski wojewódzki sąd administracyjny nałożył na urząd grzywnę (5 tys. zł) za jej przeciąganie. Sąd nie znalazł uzasadnienia dla prowadzenia jej przez tyle lat. Karę zapłacą jednak obywatele ze swoich podatków, bo nie otrzymali jej konkretni urzędnicy, tylko instytucja.

W zaskakująco ekspresowym tempie – bo po niespełna roku badania akt – PINB dopatrzył się za to samowoli w kamienicy nr 13. Nie pomógł fakt, że jej właściciel dysponuje trzema pozwoleniami na budowę wydanymi jeszcze jego rodzicom pod koniec lat 80. To na ich podstawie prowadzony był remont w „13”. Z obywatela zwracającego uwagę na nadużycia właściciel „13” stał się ściganym. Teraz odwołuje się od decyzji.

Dla Gazety: Krzysztof Fijałek, autor pierwszego tekstu w „Gazecie” na temat Szerokiej 12, obecnie szef redakcji w serwisie Interia:

To bardzo smutne. Decyzja świadczy o uwiądzie instytucji publicznych. Dostarcza dowodów, że urzędy nie służą nikomu i niczemu. Tak naprawdę okazują się niepotrzebne. A przecież utrzymujemy je, by strzegły porządku społecznego. Między innymi po to, by nie każdy pomysł na biznes mógł być za wszelką cenę realizowany.

KALENDARIUM. Jak samowola się legalizowała

Pod lupą prokuratury. Oskarżeni przez prokuraturę w sprawie nadbudowy przy ul. Szerokiej 12
* Krzysztof P., pierwotny inwestor,
* Marcin S.-J., kierownik budowy,
* prof. Zbigniew J., inspektor nadzoru inwestorskiego, współprojektant,
* Jan J., wojewódzki konserwator zabytków,
* Wiesław L., rzeczoznawca,
* Beata J., urzędniczka powiatowego nadzoru budowlanego,
* Wojciech K., urzędnik krakowskiego magistratu,
* Stanisława G., wówczas urzędnik nadzoru budowlanego, dziś dyrektor wydziału architektury miasta Kraków.

Kim są dzisiaj urzędnicy zajmujący się nadbudową
* Decyzję legalizującą nadbudowę w imieniu dyrektor PINB wydała Magdalena Gembarowska, kierownik referatu orzecznictwa i kontroli PINB.
* Szefową PINB jest Małgorzata Boryczko, jeszcze jako urzędnik była na jednej z pierwszych kontroli nadbudowy przy Szerokiej 12. Zastąpiła na stanowisku oskarżoną Stanisławę G.
* Janusz Żbik, przez lata szef wojewódzkiego małopolskiego nadzoru budowlanego, przez którego ręce wielokrotnie przechodziły dokumenty dotyczące nadbudowy przy Szerokiej 12, jest obecnie wiceministrem infrastruktury. Przygotowuje ustawę, która ma doprowadzić do likwidacji pozwoleń na budowę na obszarach objętych planem zagospodarowania przestrzennego.

gazeta.pl
Jarosław Sidorowicz, Bartosz Piłat

24 tys. zł? Sąd: To żadna łapówka. Drobna kwota. Sprawa umorzona

Według sędziego z Nowej Huty 24 tys. zł łapówki przyjętej przez prominentną urzędniczkę to kwota tak drobna, że sprawa korupcyjna może być umorzona – donosi „Gazeta Wyborcza”. Irena C., dyrektor Departamentu Transportu i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, została oskarżona o to, że pomogła wygrać intratny przetarg firmie budowlanej. Ta z wdzięczności sfinansowała jej ocieplenie domu za 24 tys. zł.

Sędzia w Nowej Hucie orzekł, że sprawę trzeba umorzyć. Uznał, że wysokość łapówki wcale nie jest taka duża, i zarzucany czyn zakwalifikował jako „występek mniejszej wagi”.

Szczęśliwie sąd wyższej instancji podzielił racje zawarte w apelacji śledczych. Proces zaczął się od nowa.

Cały artykuł w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”.

Zatrzymanie adwokata po prowokacji dziennikarskiej. Był gotów sfałszować testament za 65 tys. zł

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymali w czwartek szczecińskiego adwokata Marka K. W wyniku prowakcji dziennikarskiej „Superwizjera TVN” udało się ustalić, że mecenas gotowy był za 65 tys. zł sfałszować testament. Teraz grozi mu do 10 lat więzienia.

Sprawę ujawnili dziennikarze „Superwizjera TVN”, do których od pół roku docierały sygnały na temat nielegalnej działalności mecenasa Marka K. Reporterka poprosiła adwokata o pomoc, tłumacząc, że dwa miesiące temu zmarła jej matka, nie zostawiwszy po sobie testamentu. Wyjaśniła, że ma również dwóch braci i chciałaby uniknąć walki o spuściznę po mamie.

– Okoliczności, o których pani mówi, nie są mi obce – przyznał adwokat. – Prowadziłem już taką sprawę, gdzie pomogłem – mówił także. Następnie mecenas zapytał, czy kobieta dysponuje dokumentami lub listami, które pisała matka. – Pisma do urzędu, listy do ciotki, wujka, pocztówki – wyliczał. Ostatecznie „klienci” umówili się z adwokatem na spreparowanie testamentu, który miał się „odnaleźć w podomce” zmarłej matki. Wszystko za 65 tys. zł.

Zawiadomieni przez dziennikarzy funkcjonariusze CBŚ zatrzymali adwokata w dniu, w którym umówił się z reporterką „Superwizjera” na odbiór sfałszowanego testamentu. Jak podaje „Superwizjer” w sporządzeniu testamentu adwokatowi miała pomóc – jak to ujął – „firma zewnętrzna”.

CBŚ zabezpieczyło też ponad 700 akt spraw prowadzonych przez kancelarię Marka K.

Teraz sam potrzebuje adwokata

Adwokat przebywa obecnie w areszcie, a prokuratura postawiła mu już zarzuty, m.in. brania udziału w fałszowaniu dokumentów i w oszustwie. Prokurator wystąpił również do sądu o tymczasowy areszt.

– Prokurator skierował wniosek o zastosowanie wobec podejrzanego tymczasowego aresztowania – mówiła TVN24 Małgorzata Wojciechowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Szczecinie. – Wniosek prokuratora został uwzględniony. Sąd zastosował tymczasowe aresztowanie na okres dwóch miesięcy, ale wyznaczył również kwotę poręczenia majątkowego w wysokości 300 tys. zł. Wpłacenie tego poręczenia będzie skutkowało uchyleniem tymczasowego aresztu.

Adwokata czeka również postępowanie dyscyplinarne, które rozpoczęła już Szczecińska Rada Adwokacka.

Co z tajemnicą adwokacką?

Kontrowersje wśród członków Rady Adwokackiej wzbudził natomiast fakt zabezpieczenia przez prokuraturę akt spraw prowadzonych przez Marka K. Zgodę na wgląd do akt wydał prokuratorom sąd, jednak członkowie Rady obawiają się, że może naruszona zostać tajemnica adwokacka.

Zdaniem Włodzimierza Łyczywka z Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie, nie jest pożądane, aby prokuratura mogła zaglądać do akt spraw, w których zawarte są tajemnice powierzane mecenasom przez klientów. – To jest niewyobrażalna rzecz od dwóch tysięcy lat, od kiedy istnieje pomoc prawna – mówił Łyczywek w TVN24.

Miał już sprawę dyscyplinarną

Marek K. w 2006 r. został już raz ukarany przez sąd dyscyplinarny karą grzywny – ponad 3 tys. zł i pięcioletnim zakazem opieki nad aplikantami. „Karę dyscyplinarną orzeczono, gdyż mecenas nie powiadomił swojej klientki o niekorzystnym dla niej wyroku, wobec czego musiała ona zapłacić kilka tysięcy karnych odsetek. Sąd Najwyższy podtrzymał wskazany wyrok sądu dyscyplinarnego. Jak nieoficjalnie ustalili dziennikarze, mecenas nie respektował postanowienia sądu i cały czas prowadził aplikanta” – podaje „Superwizjer”.

tvn24.pl

Strażnicy gminni na łowach w Kłomnicach. Wlepili aż 7 tys. mandatów – bezprawinie?

Strażnicy gminni z Mykanowa wystawili bezprawnie blisko 7 tys. mandatów za przekroczenie prędkości – ocenił Śląski Urząd Wojewódzki. Sprawa trafiła do prokuratury, ale ta nie dopatrzyła się przestępstwa. Pewien częstochowianin wpadł w sidła fotoradaru na terenie gminy Kłomnice i dostał mandat od strażników gminnych z… Mykanowa.

Nie chciał zapłacić kary i złożył skargę do wojewody śląskiego. Ten skierował do Mykanowa kontrolerów, którzy wykryli wiele nieprawidłowości dotyczących stosowania fotoradarów.

Mandat to mandat. Płać, człowieku!

Generalnie wykryto, że od lipca 2011 roku do końca marca 2013 roku tamtejsi strażnicy wystawili w sąsiedniej gminie blisko 7 tys. mandatów z naruszeniem obowiązujących przepisów.

Jak do tego doszło? Otóż przed trzema laty władze Kłomnic podpisały porozumienie z Mykanowem, w myśl którego mykanowscy strażnicy dostali zgodę na wystawianie fotoradaru na sąsiednim terenie. I zaczęli działać.

Tymczasem kontrola wojewody wykazała, że podpisując międzygminne porozumienie, zapomniano w regulaminie straży w Mykanowie dokonać wpisu o upoważnieniu do kontroli fotoradarem, także na terenie Kłomnic. Zdaniem kontrolujących takiego wpisu w regulaminie straży gminnej mogła dokonać tylko Rada Gminy Mykanów. To był najpoważniejszy zarzut. Ponadto w kilkunastu innych przypadkach wytknięto mykanowskiej straży nienadążanie za zmianami w przepisach.

Po kontroli w Mykanowie wojewoda śląski, który sprawuje nadzór nad strażami gminnymi i miejskimi, poprosił Śląską Komendę Wojewódzkiej Policji, aby ta skierowała sprawę do prokuratury. I tak się stało. Prokurator miał zbadać, czy komendant straży w Mykanowie przekroczył uprawnienia służbowe i działał na szkodę interesu publicznego bądź prywatnego.

Równolegle sprawca całego zamieszania, czyli wielokrotnie karany za szybką jazdę częstochowianin, nie przyjmując mandatu, miał sprawę w sądzie. Ten uznał, że nawet gdy mandat był wystawiony bez administracyjnego upoważnienia na terenie gminy Kłomnice, to ten fakt nie zwalnia od odpowiedzialności za popełnione wykroczenie. I skazał mieszkańca Częstochowy na karę grzywny.

Podobnie na sprawę patrzyła prokuratura. Uznała, że być może doszło do błędów administracyjnych, ale prawo karne nie zostało złamane. Stąd odmowa wszczęcia śledztwa. Co więcej, Dariusz Rowicki, szef mykanowskich strażników udowodnił w prokuraturze, że zanim przystąpiono do porozumienia między gminami, pytano o zgodę na używanie fotoradaru na drogach sąsiedniej gminy komendę wojewódzką policji. I takie upoważnienie zostało udzielone.

Dbają o bezpieczeństwo czy o gminny budżet?

Straż gminna w Mykanowie jest bodaj najczęściej kontrolowaną przez urząd wojewódzki jednostka w woj. śląskim. Niemal od początku jej działalności padają zarzuty, że zakupiono tam fotoradar nie z dbałości o bezpieczeństwo na drogach, lecz z troski o wpływy do gminnego budżetu. W 2010 roku kontrola z urzędu wojewódzkiego wykazała, że rok wcześniej w Mykanowie wystawiono 9052 mandaty kierowcom złapanym dzięki fotoradarowi na sumę 2,7 mln zł. Tymczasem w przypadku innych wykroczeń takich mandatów w ciągu całego roku wypisano raptem… 22.

Od 1 stycznia 2011 r. straż gminna (miejska) może dokonywać kontroli fotoradarami na wszystkich drogach na terenie zabudowanym, a poza tym terenem wyłącznie na gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Miejsca stawiania fotoradarów ma strażnikom wskazywać policja. Na drogach krajowych fotoradary mogą być instalowane wyłącznie przez Inspekcję Transportu Drogowego na wniosek samorządu. Wiele gmin – jak np. Żarki – na urzędowych stronach internetowych podaje nawet z miesięcznym z wyprzedzeniem miejsca i daty kontroli gminnym fotoradarem. Mykanów i Kłomnice tego nie robią.

Jak przed kilkoma dniami poinformował prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski trwająca kontrola radarów wykazała, że część z urządzeń, wbrew przepisom, jest umieszczana w miejscu, które nie zostało uzgodnione z policją.

– Nawet jeśli radary umieszczane były pod nadzorem policji, to strażnicy ustawiali tam urządzenia tylko na kilka minut – potem przenosili je w miejsca, gdzie nie powinny stać. – Przez większość czasu pracowały tam, gdzie można uzyskać wynik, czyli dużo mandatów. Po zakończeniu służby fotoradary znów wracały na miejsce ustalone z policją – dodaje Paweł Biedziak, rzecznik NIK. To oznacza, że urządzenie stoi nie w tych miejscach, gdzie dochodziło do wypadków drogowych, a tam, gdzie można łatwo namierzyć wielu kierowców przekraczających prędkość… NIK będzie kontrolował ustawienie radarów stacjonarnych i przenośnych do końca roku. Wyniki poznamy w pierwszej połowie 2014 roku.

Jednak kierowcy powinni wiedzieć, że nawet niezgodne z prawem ustawienie fotoradaru czy błędne zapisy w regulaminach straży nie zwalniają kierowców z obowiązku zapłacenia mandatu za zbyt szybką jazdę.

gazeta.pl

600 tysięcy dla 9-letniego Szymona

600 tysięcy zadośćuczynienia i 5 tysięcy comiesięcznej renty muszą zapłacić szpital w Puławach i PZU matce 9-letniego Szymona – zdecydował dziś lubelski sąd. Chłopiec urodził się sparaliżowany, z wadą wzroku i padaczką, bo szpital opóźniał decyzję o porodzie u jego matki. Podczas gdy niezbędne było cesarskie cięcie, kobieta urodziła tradycyjnie i to o kilka dni za późno.

Proces przed lubelskim sądem trwał sześć lat. Matka, która w imieniu swojego syna wystąpiła na drogę sądową, w pozwie obarczała szpital w Puławach odpowiedzialnością za to, że nie zrobiono jej cesarskiego cięcia zamiast wielogodzinnego wymuszania porodu w sposób naturalny, co spowodowało kalectwo jej synka.

Opóźniony poród

Kobieta, która miała wyznaczony termin porodu na 5 marca 2000 roku, następnego dnia zgłosiła się do szpitala. Została przyjęta na oddział, poddana badaniom i zwolniona do domu, ponieważ skurcze porodowe ustały.

Ponownie zgłosiła się kilka dni później i lekarze podjęli decyzję o wywołaniu porodu. Po południu podano jej leki. Jednak poród nie następował. Dopiero następnego dnia rano dziecko siłą zostało wypchnięte. Urodziło się bez oznak życia, nie oddychało, jego serce nie biło. Akcja reanimacyjna uratowała mu życie, jednak pozostało kaleką.

9-letni obecnie chłopiec tylko leży, nie może chodzić ani siedzieć, źle widzi, nie mówi. Ma padaczkę. Je tylko zmiksowane pokarmy, dławi się piciem. Wymaga opieki i rehabilitacji.

Będzie apelacja

Dzisiejszy wyrok nie jest prawomocny. Dyrektor szpitala w Puławach już zapowiedział, że prawdopodobnie dojdzie do apelacji. Dyrektor Marian Jedliński zaznaczył, że sprawa jest bardzo złożona i nie jest tak, że wina leży wyłącznie po stronie szpitala.

Podkreślił, że szpital, który jest zadłużony na ok. 30 mln zł, nie jest w stanie wypłacić tak wysokiej kwoty. – W stosunku do dochodów Polaków, w odniesieniu do stanu finansowego służby zdrowia, ta kwota jest zbyt wysoka – powiedział.

www.gazeta.pl

Wina nauczyciela może być anonimowa

Nie trzeba przy tym wskazywać winy konkretnego nauczyciela objętego ochroną z ubezpieczenia OC.

W lutym 2004 r. uczennica Zespołu Szkół w Księżpolu została uderzona w oko kulką wystrzeloną przez innego ucznia tej szkoły z tzw. pukawki. Nastąpiło to po dzwonku na lekcje, kiedy klasa czekała na przyjście nauczyciela.

Sprawa znalazła finał w sądzie, który zasądził od gminy Księżpol 80 tys. zł zadośćuczynienia dla poszkodowanej. Sąd wskazał, że gmina jako jednostka prowadząca szkołę ponosi odpowiedzialność za niewypełnienie podstawowego obowiązku w zakresie działań oświatowych, jakim było zapewnienie wszystkim uczniom bezpiecznych warunków nauki, wychowania i opieki. W tym wypadku zabrakło należytego nadzoru nauczycieli nad uczniami przebywającymi na korytarzu przed lekcją.

Gmina zapłaciła odszkodowanie, a potem wystąpiła przeciw TUiR Warta o zapłatę 50 tys. zł. Powołała się na zapisy umowy odpowiedzialności cywilnej oraz ogóle warunki ubezpieczenia OC w związku z wykonywaniem zawodu, na podstawie których ubezpieczyła 29 nauczycieli.

Towarzystwo Warta stwierdziło, że nie odpowiada za zdarzenie. Dowodziło, że ochroną objęci zostali poszczególni nauczyciele i ewentualna odpowiedzialność odszkodowawcza powstałaby wówczas, gdyby szkodę wyrządził konkretny nauczyciel w związku z wykonywaniem przez niego lub nienależytym wykonywaniem czynności zawodowych w zakresie posiadanych uprawnień zawodowych.

Sąd Rejonowy w Biłgoraju uznał żądanie gminy za zasadne. Stwierdził, że odpowiedzialność Warty wynika z OWU OC. Sporne zdarzenie spowodowane zostało nienależytym wykonywaniem czynności zawodowych nauczycieli.

Zdaniem sądu argumenty towarzystwa, że ochroną ubezpieczeniową zostali objęci imiennie nauczyciele, a nie gmina, i że szkoda musi być wyrządzona przez konkretnego nauczyciela, są chybione. Umowa dotyczyła ubezpieczenia zbiorowego nauczycieli ZS w Księżpolu, który co prawda zawarł umowę na rzecz imiennie wskazanych pedagogów, jednakże postanowienia OWU OC nie uzależniają wypłaty przez ubezpieczyciela odszkodowania od wyrządzenia szkody przez konkretną osobę.

Ochrona obejmuje bowiem odpowiedzialność cywilną zlecającego ubezpieczenie, czyli zespołu szkół. Prawomocne zaś zasądzenie zadośćuczynienia od gminy przesądza o ponoszeniu przez ten podmiot odpowiedzialności za szkodę. To gmina – jak wspomniano – w świetle ustawy o systemie oświaty jest organem prowadzącym szkołę i za jej działalność ponosi odpowiedzialność.

Wyrok utrzymał w mocy Sąd Okręgowy w Zamościu (sygn. I Ca 135/09).
Rzeczpospolita

Kolejna prywatna piramida finansowa. I znów są oszukani

Wysoki procent od inwestycji w stal i oleje maszynowe obiecywał krakowianin Piotr Cz. Ci, którzy mu zaufali, stracili ponad milion złotych. To krach kolejnej prywatnej piramidy finansowej. Sprawa znajdzie właśnie swój finał w sądzie. Krakowska prokuratura zakończyła śledztwo w sprawie oszukańczych inwestycji. Piotra Cz. chce postawić przed sądem za oszustwa i doprowadzenie klientów do niekorzystnego rozporządzenia swoimi pieniędzmi.

Z wyliczeń krakowskiej prokuratury wynika, że ci, którzy uwierzyli w obietnice wysokich zysków, stracili w sumie blisko 1,3 miliona złotych. I to zaledwie w kilka miesięcy. – Historie takie jak sprawa Amber Gold wciąż niczego ludzi nie uczą. Nadal liczą, że jeśli ktoś obieca im wysokie odsetki od dziwnych inwestycji, to rzeczywiście na tym zarobią – zżyma się krakowski śledczy znający kulisy śledztwa. Nieprzypadkowo. Gdy w kraju coraz głośniej było o kłopotach Amber Gold z wypłacalnością, w Krakowie kolejne osoby powierzały Piotrowi Cz. pieniądze, by ten rzekomo dalej „inwestował”. Ba, powierzali mu gotówkę nawet wtedy, gdy Amber Gold z hukiem ogłosiło upadłość. Jak ustalili krakowscy prokuratorzy, ofiarami swojej łatwowierności między lutym a wrześniem zeszłego roku stało się co najmniej kilkanaście osób.

Powierzyli mu nawet 350 tysięcy złotych

A system był taki: Piotr Cz., prowadząc indywidualną działalność gospodarczą, zaczął pożyczać od ludzi pieniądze, obiecując wysoki procent. Wysokość była ustalana indywidualnie. Jednym obiecywał 5 procent miesięcznie, innym – 15 proc. w skali roku.

Z czego? Jednym klientom mówił, że pieniądze zainwestuje w zakup stali lub oleju maszynowego. Innych mamił zyskami z inwestowania w nieruchomości położone w okolicach Piaseczna czy też na Śląsku. – By uwiarygodnić się pożyczającym pieniądze, wręczał im dokumenty opisane jako weksle. Z kolei część umów pożyczki zawierana była w formie aktów notarialnych – opisuje prokurator Bogusława Marcinkowska, rzecznik krakowskiej prokuratury.

Zabezpieczeniem zaś wszystkich pożyczek była hipoteka mieszkania należącego do… rodziców Piotra Cz. – I ludzie na to przystawali! – nie kryje zdziwienia krakowski śledczy. Wpłaty zaczynały się od 10 tysięcy złotych, ale niektórzy powierzyli krakowianinowi nawet 350 tysięcy złotych. Zysków już nie zobaczyli, podobnie jak większości pożyczonych pieniędzy.

Nie miał zamiaru i możliwości zwrotu

Niewiele warte okazały się weksle wystawione przez Piotra Cz. – Jak ustalono w toku śledztwa, dotychczas żadnemu z pokrzywdzonych nie udało się zrealizować roszczeń, które ewentualnie na gruncie prawa wekslowego związane by były z wystawieniem przez Piotra Cz. takiego papieru wartościowego – przyznaje rzeczniczka krakowskiej prokuratury.

Bezskuteczne okazały się również uzyskane przez część pokrzywdzonych, sądowe nakazy zapłaty, jak i wszczynane na ich wniosek postępowania egzekucyjne. – Wskazuje to, że Piotr Cz., zaciągając powyższe zobowiązania, nie miał zamiaru i możliwości wywiązania się z nich. Zaciągając pożyczki, oszukiwał pokrzywdzonych również co do faktycznego przeznaczenia uzyskiwanych kwot. Nie zajmował się bowiem działalnością, o jakiej informował pokrzywdzonych – wylicza prokurator Marcinkowska.

Przestał spłacać raty za auto

Nie wiadomo zresztą, czy oszustwa wyszłyby na jaw, gdyby prokuratura sama nie trafiła na trop oszukanych ludzi przy okazji innego postępowania przeciwko Piotrowi Cz., który nie zwrócił firmie leasingowej lexusa (przestał za niego spłacać raty). – To wykonywane czynności w tym postępowaniu doprowadziły do ustalenia, że oskarżony oszukał jeszcze osoby fizyczne wpłacające mu pieniądze – przyznaje prokurator Marcinkowska. Śledczy wysłali już do sądu akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. On sam przyznał się jedynie do zatrzymania lexusa i przywłaszczenia 130 tysięcy złotych na szkodę kobiety, która upoważniła go do sprzedaży mieszkania. Tymczasem prokuratura nie wyklucza, że poszkodowanych przez jego „działalność” może być znacznie więcej.

gazeta.pl

Prokurator chora psychicznie, ale pracować musi

Lekarze stwierdzili u prokurator z Katowic chorobę dwubiegunową, ZUS uznał ją za niezdolną do pracy. Przełożeni kazali jej jednak wrócić do śledztw. A adwokaci zacierają ręce: – Każdy akt oskarżenia będzie można podważyć. 33-letnia Aldona R. od sześciu lat pracuje w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. Na początku 2012 r. zaczęła się skarżyć na bóle głowy, poszła do neurologa. Ten dał zwolnienie lekarskie i zaczął leczyć.

Terapia nie przyniosła efektu, prokurator R. czuła się coraz gorzej. Zaczęła mieć stany lękowe, urojenia i problemy z koncentracją. Neurolog wysłał ją do psychiatry, który rozpoznał poważną chorobę. Śledcza od roku leczy się psychiatrycznie. I ma potwierdzającą to dokumentację.

Utrzymuje ją narzeczony

– Aldona wstydziła się przyznać przełożonym do choroby, bo wiedziała, że to może przekreślić jej karierę. Przez pewien czas przedkładała więc L4 od neurologa, a nie psychiatry – mówi Grzegorz, narzeczony prokurator. W trakcie choroby okazało się, że kobieta zaszła w ciążę, którą po kilku tygodniach poroniła. Wtedy do pracy zaczęła wysyłać zwolnienia od ginekologa.

Zgodnie z przepisami po roku pobytu na L4 prokuratura przestała wypłacać Aldonie R. pensję. Od pięciu miesięcy kobietę utrzymuje narzeczony. – Lekko nie ma, bo leczenie jest drogie – przyznaje mężczyzna. Prokurator przestała już ukrywać chorobę psychiczną i przesyła zwolnienia lekarskie od psychiatry. W lipcu wezwano ją na kontrolę do ZUS, gdzie lekarz orzecznik stwierdził, że R. „jest trwale niezdolna do pełnienia obowiązków prokuratora”. Według ustawy o prokuraturze w takiej sytuacji powinna przejść w stan spoczynku i dostawać 75 proc. wynagrodzenia.

Sprzeciw prokuratury

Ale Krzysztof Kołaczek, szef Prokuratury Okręgowej w Katowicach, negatywnie zaopiniował wniosek. A Krajowa Rada Prokuratorów zgodnie z jego sugestią go odrzuciła. To oznacza, że R. powinna teraz wrócić do pracy i dalej prowadzić śledztwa. Dlaczego? – Kierownictwo prokuratury złożyło sprzeciw od decyzji orzecznika ZUS, bo nie wskazał on, dlaczego R. jest trwale niezdolna do pracy. Nie dysponujemy jej historią choroby, zwolnienia lekarskie przedkładane były przez lekarzy różnych specjalizacji, a jedno zostało zakwestionowane przez ZUS. Chcemy, by opinia orzecznika została zweryfikowana przez komisję lekarską, by mieć pewność, że prokurator jest chora. Tyle że trzykrotnie nie stawiła się na jej posiedzenie – mówi prokurator Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

„Boi się nawet podejść do okna”

– Aldona jest w fatalnym stanie, boi się nie tylko wyjść z domu, ale nawet podejść do okna. Tym bardziej że jacyś ludzie z prokuratury co jakiś czas podjeżdżają pod nasz dom, robią zdjęcia, sprawdzają, czy kłódka na bramie jest zamknięta – wyjaśnia Grzegorz.

„Gazeta” ustaliła jednak, że w katowickiej prokuraturze zdarzyła się też odwrotna historia. W czerwcu pozwolono przejść w stan spoczynku innej prokurator, choć orzecznik ZUS uznał, że jej stan zdrowia pozwalał na pracę w zawodzie. – Przepisy dopuszczają możliwość przejścia w stan spoczynku, kiedy prokurator przebywał rok na zwolnieniu lekarskim. W tym przypadku tak było, a przełożonym znany był jej stan zdrowia – tłumaczy prokurator Zawada-Dybek. Zapewnia, że jeśli komisja lekarska potwierdzi niezdolność R. do wykonywania zawodu, przełożeni pozytywnie zaopiniują także jej wniosek.

Na powrót prokurator Aldony R. do pracy czekają śląscy adwokaci. Ich zdaniem jej choroba psychiczna posłuży do podważania każdego sporządzonego przez nią aktu oskarżenia. – Przecież nie tylko podejrzany o dokonanie przestępstwa sprawca musi być poczytalny, ale dotyczy to także tropiącego go prokuratora – przypomina mecenas Andrzej Rajpert, nestor śląskiej palestry.

gazeta.pl

Właściciel bez działki i odszkodowania

Osoby pozbawione ziemi, na której zrealizowano inwestycję publiczną, a nie zostały z niej wywłaszczone, będą mogły żądać od gminy jej odkupienia

To są na razie propozycje Ministerstwa Infrastruktury. Przygotowało je na prośbę rzecznika praw obywatelskich. Od kilku lat rzecznik zwracał uwagę szefowi tego resortu na problem osób, które wywłaszczano z nieruchomości na cele publiczne, a nie otrzymały za to żadnego odszkodowania.

Zostają na lodzie

– Chodzi o to, że w toku postępowania wywłaszczeniowego firma realizująca inwestycję publiczną ma prawo wystąpić do starosty o zezwolenie na niezwłoczne zajęcie nieruchomości – wyjaśnia Dariusz Chaciński, dyrektor Zespołu Prawa Cywilnego i Gospodarki Nieruchomościami w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. – Pozwala na to ustawa o gospodarce nieruchomościami. Następnie, mając już zezwolenie w ręku, inwestor wkracza na działkę i buduje. W wielu wypadkach właściciel zostaje z niczym, czyli bez nieruchomości i bez pieniędzy.

Jak to możliwe? Niektórzy urzędnicy umarzają bowiem wtedy postępowanie. – Tłumaczą, iż filozofia wywłaszczenia jest taka, że jeśli doszło do realizacji inwestycji, to nie kontynuuje się postępowania – mówi dyrektor Chaciński. – Tymczasem odszkodowanie wypłaca się dopiero z chwilą wydania

ostatecznej decyzji wywłaszczeniowej, a jak nie ma postępowania, to nie ma decyzji i odszkodowania. Koło się więc zamyka. Powstaje sytuacja patowa. Właściciele mogą jedynie wystąpić na drodze postępowania cywilnego o odszkodowanie, ale to trwa latami i kosztuje.

Według rzecznika sprawa odnosi się głównie do inwestycji infrastrukturalnych, jak drogi, wodociągi, sieci energetyczne.

Dwa lata temu zmieniły się przepisy dotyczące inwestycji drogowych. Decyzją lokalizacyjną wywłaszcza się z nieruchomości z mocy prawa, a drugą – przyznaje odszkodowanie.

W wypadku nowych inwestycji drogowych nie ma już tego typu problemu. Występuje jednak ciągle w związku z tymi zrealizowanymi wcześniej.

Trzeba kontynuować

– Takie sytuacje nie powinny się zdarzać, przepisy są po prostu krzywdzące – uważa Chaciński. – Postulowaliśmy nowelizację ustawy o gospodarce nieruchomościami, dopuszczającą kontynuację postępowania wywłaszczeniowego choćby nawet doszło do zrealizowania inwestycji.

Ministerstwo Infrastruktury uważa, że to, co proponuje rzecznik, jest niemożliwe do realizacji. Tłumaczy, że naruszyłoby to filozofię wywłaszczenia. Decyzja wywłaszczeniowa ma charakter konstytutywny. Oznacza to, że wywołuje skutki prawne dopiero z dniem, w którym staje się ostateczna.

Ministerstwo dostrzegło jednak wyjście.

Roszczenie o odkup po cenie rynkowej

– Można przyznać właścicielom nieruchomości roszczenie wobec gminy, starostwa (lub innej jednostki reprezentującej samorząd lub Skarb Państwa), by nabyły one od niego nieruchomość po cenie rynkowej – wyjaśnił Olgierd Dziekoński, wiceminister infrastruktury. Jednocześnie na jednostki samorządu terytorialnego i reprezentujące Skarb Państwa nałożono by obowiązek uporządkowania sytuacji prawnej tego typu nieruchomości.

Zmiany zostałyby wprowadzone do art. 122 ustawy o gospodarce nieruchomościami.

Swoje propozycje Ministerstwo Infrastruktury przesłało rzecznikowi z sugestią, że jeżeli je zaaprobuje, resort podejmie prace legislacyjne nad nimi.

Mirosław Gdesz, specjalista w dziedzinie prawa nieruchomości

Zmiana przepisów nie jest wcale potrzebna. Ustawa o gospodarce nieruchomościami pozwala kontynuować postępowanie wywłaszczeniowe, nawet jeśli doszło do realizacji inwestycji. W praktyce zdarza się często, że równolegle się buduje i prowadzi takie postępowanie. Gdyby było inaczej, nie udałoby się zrealizować wielu inwestycji, głównie tych drogowych. Niestety, niektórzy urzędnicy umarzają postępowanie wywłaszczeniowe, powołując się na orzecznictwo sądowe. Wyroki sądowe nakazują wprawdzie umarzać postępowanie, ale tylko w wypadku wywłaszczeń bezprawnych, czyli bez tytułu prawnego. Jeżeli zajęcie działki nastąpiło na podstawie zezwolenia starosty lub wojewody – ten tytuł jest.

Rzeczpospolita