Ksiądz pedofil zastraszał świadka. Sąd wiedział i nic nie zrobił

Skazany za pedofilię ksiądz Paweł K. z Wrocławia przez kilkanaście miesięcy nękał świadka oskarżenia w swojej sprawie – twierdzi prokuratura. Wrocławski Sąd Apelacyjny wiedział o wszystkim, ale zdecydował, że nic nie zrobi. Nie aresztował mężczyzny, a nawet nie zgodził się z wnioskiem prokuratury, by zabrać księdzu 100 tysięcy złotych kaucji.

W styczniu ksiądz został skazany – przez wrocławski Sąd Okręgowy – na siedem lat więzienia. W czerwcu wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. W czasie procesu ksiądz Paweł nie był aresztowany. Wpłacił za to 100 tysięcy kaucji. Na wypadek, gdyby miał utrudniać postępowanie. Na przykład uciekając, ukrywając się czy właśnie prześladując świadków.

W lutym 2014 roku jeden ze świadków – zeznających przeciwko księdzu na procesie – zaczął być nękany telefonami i smsami.

Sprawca próbował groźbami zmusić go do zmiany zeznań. Tak przynajmniej wynika z informacji jakie przekazała nam rzeczniczka wrocławskiej Prokuratury Okręgowej Małgorzata Klaus. Świadek był też ofiarą innej wyrafinowanej formy nękania. Ktoś zamawiał na jego konto w internecie różne niepotrzebne towary. Na przykład 1988 maseczek do twarzy za 10 tysięcy złotych.

W grudniu ubiegłego roku ofiara nękania zawiadomiła prokuraturę. Ale do połowy maja 2015 nic się nie zmieniło. Nękanie – wynika z informacji o śledztwie – skończyło się 12 maja. Dopiero w czerwcu śledczy zebrali dowody, że sprawcą jest sam ksiądz Paweł K. Dokładnie 20 czerwca usłyszał zarzuty stalkingu i zmuszania groźbami do zmiany zeznań.

Tymczasem sprawę siedmioletniego wyroku za pedofilię badał Sąd Apelacyjny. Pod koniec czerwca na sądowej rozprawie prokurator poinformował o nowym śledztwie, o zarzutach stalkingu i grożenia świadkowi. Oskarżyciel zaproponował by – w związku z tym – zabrać księdzu 100 tysięcy kaucji. Choć mógł równie dobrze wnioskować o aresztowanie go.

Sąd jednak kaucji nie zabrał. Dlaczego? – Uznał, że oskarżenie nie „uprawdopodobniło”, by zachowanie oskarżonego (czyli groźby i stalking) „zmierzało do zakłócenia postępowania” w tej sprawie, którą zajmował się Sąd Apelacyjny – tłumaczy nam jego rzecznik sędzia Witold Franckiewicz. Również w czerwcu sąd utrzymał styczniowy wyrok skazujący księdza na 7 lat więzienia.

W śledztwie, dotyczącym gróźb i stalkingu, prokuratura też nie wnioskowała o aresztowanie Pawła K. Musiał wpłacić kaucję, zakazano mu kontaktów ze świadkiem, którego miał nękać. Zastosowano wobec niego też dozór policji.

Mimo prawomocnego wyroku ksiądz do dziś nie poszedł za kratki. Od czerwca trwa bowiem administracyjna procedura. Najpierw sędziowie z Sądu Apelacyjnego napisali uzasadnienie wyroku. Skończyli w ostatnich dniach. Teraz akta muszą trafić do Sądu Okręgowego. Tu zaczyna się „wykonywanie” kary. Ksiądz dostanie więc wezwanie, by zgłosił się w wyznaczonym dniu w wyznaczonym więzieniu.

Już w czerwcu – zaraz po wydaniu wyroku – Sąd Apelacyjny mógł zdecydować o aresztowaniu Pawła K. Tak by w areszcie poczekał na zakończenie administracyjnej procedury związanej z osadzaniem go w więzieniu. Nie zdecydował się jednak na to. Więc Paweł K. wciąż jest na wolności.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/8010069,ksiadz-pedofil-zastraszal-swiadka-sad-wiedzial-i-nic-nie-zrobil,id,t.html

Hiszpański sędzia żąda zatrzymania b. prezydenta i premiera Chin. „Za ludobójstwo”

Hiszpański sędzia Ismael Moreno zażądał od Interpolu wystawienia nakazów aresztowania byłego prezydenta Chin Jiang Zemina, byłego premiera Li Penga oraz trzech innych chińskich polityków w ramach dochodzenia ws. ludobójstwa w Tybecie.
Skargę przeciw byłym przywódcom Chin wniosły do hiszpańskiego sądu organizacje broniące praw człowieka, zgodnie z przyjętą w tamtejszym sądownictwie zasadą represji wszechświatowej (tzw. jurysdykcją uniwersalną), na mocy której można karać cudzoziemców za zbrodnie przeciw ludzkości popełnione za granicą, pod warunkiem że w kraju, w którym doszło do ich popełnienia, nie wytoczono w tej sprawie dochodzenia.

Tortury i naruszenia praw człowieka

Na mocy tego właśnie prawa inny hiszpański sędzia Baltasar Garzon doprowadził w 1998 roku do aresztowania w Londynie byłego dyktatora Chile Augusto Pinocheta. Garzon wystąpił o ekstradycję Pinocheta w związku z zarzutami zabójstwa, zaginięcia i stosowania tortur wobec obywateli hiszpańskich, argentyńskich i chilijskich. Z przyczyn zdrowotnych byłemu dyktatorowi zezwolono jednak na powrót do kraju.

Sędzia Moreno napisał w swym wniosku, że Jiang Zemin sprawował władzę nad ludźmi, którzy bezpośrednio dopuścili się tortur i innych poważnych naruszeń praw człowieka wobec narodu tybetańskiego. Sędzia domaga się zatem, by Interpol wydał nakaz zatrzymania i aresztowania Jianga za ludobójstwo, tortury i zbrodnie przeciw ludzkości.

W opublikowanej w listopadzie decyzji hiszpański trybunał narodowy, który prowadzi takie sprawy, uznał, że istnieją przesłanki świadczące o udziale Jiang Zemina, Li Penga oraz trzech innych byłych przedstawicieli chińskich władz w decyzjach politycznych dotyczących Tybetu.

Zaszkodzi stosunkom chińsko-hiszpańskim

Chiny zażądały wówczas od Madrytu wyjaśnień w sprawie nakazu aresztowania Jiang Zemina w ramach otwartego w 2006 roku dochodzenia w sprawie ludobójstwa w Tybecie w latach 1980-90. Pekin wyraził nadzieję, że władze hiszpańskie nie „podejmą działań, które mogłyby zaszkodzić Chinom i stosunkom chińsko-hiszpańskim”.

W piątek chińskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało Madryt, by zapobiegł kolejnym postępowaniom w sprawie domniemanego łamania przez Chiny praw człowieka w Tybecie. Rządząca w Hiszpanii Partia Ludowa zabiega o reformę zasady represji wszechświatowej w hiszpańskim sądownictwie, tak aby ograniczyć sędziom możliwość podejmowania postępowania poza granicami kraju – wyjaśnia Reuters.

Warunkiem wniesienia sprawy do trybunału narodowego w Hiszpanii jest to, by co najmniej jedna z ofiar przestępstwa była jej obywatelem. W tym przypadku warunek spełnia mnich Thubten Wangchen. Sprawę przeciwko pięciu byłym członkom chińskich władz wniosły do sądu hiszpański Komitet Wsparcia Tybetu (CAT) z siedzibą w Madrycie, fundacja Dom Tybetu i jeszcze jedna organizacja protybetańska.

gazeta.pl

Uwaga na SMARTANDROID.PL – Sprzedaż Internetowa Tomasz Niedźwiecki

Wszyscy chcemy kupować tanio i dobrze, prawda? Zdradzamy wielką tajemnicę. Nie ma tanio, dobrze i z pełną ochroną konsumenta. Jeśli jest tanio, to istnieje mocne prawdopodobieństwo, że nie będzie dobrze albo ta ochrona będzie jak wegetariański stek dla mięsożercy, jak fiat 126p w crash teście albo jak polonez w Top Gear.
Handel elektroniką na Allegro wygląda tak: te oferty, które są najbardziej atrakcyjne cenowo, to zazwyczaj sprzęt refurbished, czyli naprawiany i wystawiany z powrotem na rynek. Dziwnym trafem sprzedawca zapomina o tym poinformować. Zdarza się, że takiego sprzętu nie obejmuje gwarancja producenta. „Gwarancję” daje sprzedawca. Może ona faktycznie chronić, może w ogóle nie działać, ale czy na pewno kupilibyście państwo sprzęt od danego sprzedawcy, wiedząc, że był on naprawiany?

Cudów w handlu nie ma

A jeśli są, to tylko takie jak w przypadku sklepu 66procent.pl. Czyli owszem, cena butów jest niższa o połowę, ale po dokonaniu zamówienia okazuje się, że towar to podróbka albo nie przychodzi w ogóle.

– W październiku tego roku zakupiłem telefon u sprzedawcy zarejestrowanego jako „Przedsiębiorstwo: Sprzedaż internetowa”. Z kolei ta firma telefony kupuje w Chinach. Po paru tygodniach od zakupu na Allegro i zapłacie otrzymałem telefon do ręki. Niestety po siedmiu dniach się zepsuł (a konkretnie jego wyświetlacz), o czym niezwłocznie powiadomiłem sprzedawcę – relacjonuje pan Gabriel.

Na początku sprzedawca (chodzi o Smartandroid.pl) informował, że może uda się telefon naprawić w Polsce. Później jednak czytelnik dostał informację, że trzeba wysłać go do Chin, co wiąże się dla niego z dodatkowymi kosztami.

– W związku z tym powołałem się na art. 8 ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie kodeksu cywilnego i zażądałem naprawy telefonu lub wymiany na telefon bez wad – relacjonuje czytelnik.

Co na to sprzedawca?

Stwierdził, że… nie jest sprzedawcą i ustawa go nie dotyczy: „Proszę dokładnie zapoznać się z regulaminem. Jesteśmy pośrednikami w imporcie, a nie sprzedawcą”.

A co na to sklep, czyli sprzedawca, czyli importer?

„Proszę zwrócić uwagę, iż świadczymy usługi importowe. Nie jesteśmy sprzedawcą towaru, a jedynie stroną, która łączy polskiego konsumenta ze sprzedawcami z Chin. Klienci korzystają z bardzo niskich cen, jednak w regulaminie jasno określamy na jakich warunkach” – napisał mi Tomasz Niedźwiecki.

I wyjaśnia dalej: „W związku z tym, że sprzedawany towar nie jest kierowany na rynek europejski, nie ma też serwisu, do którego można by zepsuty sprzęt w Europie odesłać. Naturalnym więc jest, że trzeba go odesłać do Chin, aby został naprawiony. Ponieważ oferujemy towar w bardzo niskich cenach, w regulaminie jasno określamy, że możemy zrealizować reklamację, jednak koszty są po stronie kupującego”.

– Ja nie dostałem żadnego paragonu czy faktury. Mam potwierdzenie zakupu na ich koncie Allegro i dowód przelewu za telefon, a nie za usługę importu. Telefon był zatrzymany w WER Zabrze i VAT również oni opłacili, bo przesyłka zarejestrowana była na ich firmę – twierdzi czytelnik.

Pan Gabriel mógłby się kłócić w sądzie. Zwłaszcza że jak byk stoi na stronie owego importera: SKLEP INTERNETOWY.

Na koniec pan Niedźwiecki zaprezentował jednak radę płynącą ze szczerego serca: „Potencjalny klient może zaakceptować te warunki i skorzystać z bardzo niskiej ceny lub dokonać zakupu w innym miejscu, gdzie cena jest dużo wyższa, ale obejmuje serwis w Polsce”.

I tak to jest. Albo kupujemy w polskiej dystrybucji, drożej, bo z polskimi podatkami, ale z pełną ochroną. Albo tanio.

AKTUALIZACJA (21.12.2013 r.)

Po publikacji tego materiału odezwał się do mnie pan Niedźwiecki, twierdząc, że sugeruję, iż sprzedają w sklepie sprzęt odnawiany. Niczego takiego nie sugeruję. Moje zarzuty odnoszą się do – moim zdaniem – naruszania przez sklep (który reklamuje się jako sklep, a twierdzi, że jest importerem) polskiego prawa w zakresie ochrony konsumenta.

gazeta.pl

Dyrektorka kazała zdjąć plakat ateistów. ‚Niezgodny ze statutem szkoły’

Chodzi o billboard przedstawiający kaplicę sejmową odcinaną od budynku Sejmu. Umieszczony jest na nośniku firmy reklamowej na terenie należącym do Szkoły Podstawowej nr 20 w Lublinie.
Fundacja Wolność od Religii jest organizatorem kampanii billboardowej, która promuje postawy ateistyczne oraz rozdział Kościoła od państwa.

W czwartek fundacja otrzymała informację od firmy udostępniającej nośnik, że na skutek interwencji dyrektorki placówki billboard zostanie zdjęty.

Plakat przedstawia kaplicę sejmową odcinaną od budynku Sejmu. Obok widnieje napis: „Art. 25 i 53 Konstytucji Polskiej”. W pierwszym z tych artykułów mowa jest o tym, że „Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione”, a „władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych”. Drugi gwarantuje każdemu wolność sumienia i religii i stanowi, że „nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych”.

Wolność od religii

Wolność od religii

W piśmie nakazujących ściągnięcie plakatu używanego przez Fundację WoR w tegorocznej kampanii w całej Polsce dyrekcja szkoły powoływała się na niezgodność treści zawartych na plakacie ze statutem szkoły.

– Sytuacja ta potwierdza nasze przeświadczenie o tym, iż w Polsce mniejszość bezwyznaniowa podlega nieustannej dyskryminacji i wykluczeniu. Jesteśmy oburzeni skrajnym przykładem braku tolerancji, zwłaszcza iż spotyka on nas ze strony instytucji publicznej, której władze zgodnie z zapisami Konstytucji Polskiej powinny pozostawać neutralne światopoglądowo. Chcemy zwrócić uwagę na praktykę wspierania nierówności światopoglądowej. Wątpimy, iż plakat z tematyką religijną byłby dla władz tej szkoły równie kontrowersyjny – komentuje prezes Fundacji Wolność od Religii Dorota Wójcik.

Z dyrektorką szkoły nr 20 nie udało nam się w czwartek skontaktować. Statutu szkoły również nie mogliśmy znaleźć na stronach internetowych placówki.

– Nie znamy sprawy, zweryfikujemy tę informację i poprosimy o wyjaśnienia dyrektorkę szkoły – mówi rzeczniczka prezydenta Lublina Beata Krzyżanowska.

gazeta.pl

Sąd Najwyższy: Gdy tata sędzia głosuje na syna, to nie jest uczciwe

Sędzia z Suwałk głosował za wyborem swojego syna na wolny wakat sędziowski. Nie wyłączył się z głosowania, bo ponoć praktyka kumoterstwa w wymiarze sprawiedliwości była powszechna. W piątek Sąd Najwyższy stwierdził, że to nie jest w porządku.
Na „swojego” głosował sędzia Waldemar M. z Sądu Okręgowego w Suwałkach. W 2011 r., gdy zwolnił się sędziowski etat w Sądzie Rejonowym w Olecku, jego syn referendarz z wydziału ksiąg wieczystych w Augustowie zgłosił swoją kandydaturę. Chętnych było ponad 20 osób.

Czym zawinił M.? Według rzecznika dyscyplinarnego i Krajowej Rady Sądownictwa jako sędzia wizytator dostał od prezesa suwalskiego sądu polecenie oceny pięciu kandydatów. Syna ocenił kto inny. KRS wytyka, że Waldemar M. oceniał jednak kontrkandydatów, choć nikt mu nie stawia zarzutu, że robił to nieobiektywnie.

Ponadto głosował za kandydaturą syna. Najpierw jako członek mniejszego sędziowskiego kolegium (wydaje pierwszą ocenę kandydatowi), które najlepiej oceniło jego syna. Potem na zgromadzeniu ogólnym sędziów, gdzie referendarz jednak w głosowaniu przepadł.

Zdaniem KRS to nie było godne sędziego zachowanie, bo społeczeństwo – zwłaszcza ludzie młodzi – mogą odebrać to jako sygnał, że środowisko sędziowskie jest otwarte tylko dla swoich. SN nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy dyscyplinarnej. Powołując się na wyrok z 1933 r., przypomniał, że sędzia ma mieć nieskazitelny charakter. – Czy to w porządku głosować na własne dziecko? Nie. To źle wpływa na odbiór sądów w społeczeństwie – przypomniał, czym jest etyka, sędzia Jan Górowski.

Zgodnie z nowym prawem od zeszłego roku sędziowie wizytatorzy nie mogą oceniać swoich krewnych. KRS w uchwale z maja 2012 r. przypomniał, że głosowanie na rodzinę narusza zasady etycznego zachowania.

gazeta.pl

Z sądu: miasto zapłaci 7 mln zł za błędy urzędników

Ponad siedem milionów złotych odszkodowania mają zapłacić władze Łodzi firmie, która wybudowała czterogwiazdkowy hotel Ambasador Centrum – tak postanowił łódzki sąd okręgowy. Ta kwota ma wynagrodzić hotelarzom straty, jakie wynikły z poślizgu w budowie. Bo zdaniem sądu opóźnienie to było spowodowane błędami miejskich urzędników.

Cegal to rodzinna spółka działająca na rynku od kilkunastu lat. Należy do niej trzygwiazdkowy hotel Ambasador przy ul. Kosynierów Gdyńskich, a w listopadzie ubiegłego roku otworzyła Ambasadora Centrum przy al. Piłsudskiego. To drugi w Łodzi czterogwiazdkowy hotel. Oferuje gościom 143 pokoje, w tym cztery apartamenty. Na parterze są basen, trzy sauny i jacuzzi, a na piętrze pięć sal konferencyjnych.

Inwestor twierdzi, że hotel powstałby półtora roku wcześniej, gdyby nie błędne decyzje urzędników. W 2003 r. firma wystąpiła o tzw. warunki zabudowy. Po czterech latach okazało się, że decyzja nie jest prawomocna: urzędnicy popełnili błędy, które sprawiły, że całą procedurę trzeba było rozpocząć od nowa. To doprowadziło do poślizgu w budowie i strat, bo wzrosły ceny materiałów budowlanych, a Cegal zaczął zarabiać na hotelu później, niż planował. Początkowo domagał się ponad 17,3 mln zł odszkodowania, ostatecznie żądania ograniczył do 13,7 mln zł.

Miasto nie chciało uznać roszczeń. Jego pełnomocnik przekonywał, że inwestor przyczynił się do tej sytuacji. Ale sędzia Marek Kruszewski nie miał wczoraj wątpliwości: – Roszczenie powoda jest słuszne co do zasady.

Uznał, że urzędnicy prowadzący sprawę warunków zabudowy dla nowego hotelu złamali prawo. Wydali decyzję, ale odwołali się od niej właściciele sąsiedniej nieruchomości. Urzędnicy powinni się tym zająć dalej, ale tego nie zrobili. – W ten sposób naruszyli przepisy, które nakazują organowi administracji nadanie biegu odwołaniu w terminie tygodnia – tłumaczył sędzia Kruszewski. – Takie bezprawne działanie było źródłem opóźnienia w inwestycji i strat, które poniósł inwestor.

Wyliczając odszkodowanie, sąd oparł się na zleconej w czasie procesu opinii biegłego. Nakazał miastu wypłacić firmie Cegal 1,3 mln zł odszkodowania za wzrost kosztów budowy. Utracone dochody z powodu poślizgu w otwarciu hotelu wyliczył na ponad 5,8 mln zł. Do tego dochodzą ustawowe odsetki za różne okresy. Gmina została też obciążona kosztami procesu w wysokości niemal 50 tys. zł.

Sąd podkreślił, że właściciel hotelu wygrał proces, ale tylko w połowie. Firma chciała odszkodowania za utracone korzyści do końca kwietnia 2010 r., sąd przyznał je tylko do grudnia 2009 r., bo uznał, że Cegal nie udowodnił swoich strat po tym czasie.

Wyrok nie jest prawomocny. Współwłaściciele firmy Cegal zapowiedzieli apelację. – Wysokość odszkodowania nie jest satysfakcjonująca – mówiła pełnomocnik firmy Anna Barańska. – Wyliczając je, sąd nie wziął pod uwagę dokumentów, jakie złożyliśmy, czyli umowy z wykonawcą hotelu i faktur.

Władze Łodzi z dalszymi decyzjami będą czekać do czasu, gdy dostaną pisemne uzasadnienie wczorajszego wyroku. – Orzeczenie nie jest dla gminy niekorzystne – uważa Marcin Masłowski z biura prasowego Urzędu Miasta Łodzi. – Odszkodowanie przyznane przez sąd jest dwa razy niższe niż kwota główna, jakiej żądali powodowie.

gazeta.pl

Prokurator ustawiał śledztwa? 40 tys. zł za korzystny wyrok

PRZEGLĄD PRASY. Prokurator z Łomży miał przyjmować łapówki od gangsterów i na ich zlecenie „ustawiać” śledztwa – pisze „Rzeczpospolita”. Gazeta powołuje się na zeznania skruszonego gangstera Mariusza S., pseudonim „Maniek”. Twierdzi on, że prokurator Jacek Cholewicki z Łomży przez wiele lat chronił działalność gangu, do którego należał. Prokurator miał nie tylko umarzać za łapówki śledztwa przeciwko gangsterom, ale też przekazywać informacje o toczących się postępowaniach i umawiać przestępców z lokalnymi samorządowcami. Mariusz S. zeznał między innymi, że zapłacił prokuratorowi 15 tysięcy złotych za umorzenie śledztwa w sprawie wypadku samochodowego, w którym zginął człowiek.

Prokurator miał też doprowadzić do wycofania apelacji, złożonej przez łomżyńską prokuraturę w sprawie innego gangstera, Roberta Sz. Za korzystny wyrok Sz. miał zapłacić sędziemu 35 lub 40 tysięcy złotych. Według „Rzeczpospolitej”, w 2007 roku Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku wszczęła śledztwo w sprawie przyjmowania łapówek przez prokuratora . Zostało ono jednak umorzone, gdyż sąd dyscyplinarny dla prokuratorów dwukrotnie odmówił uchylenia jego immunitetu. Prokurator nadal pracuje w łomżyńskiej Prokuraturze Okręgowej. Dziennikarzom nie udało się z nim skontaktować.

Źródło: „Rz”

Sąd w USA: „Jogurty nie podnoszą odporności”. Dannon ma zapłacić 21 mln dol. kary

Firma Dannon zgodziła się wypłacić 21 mln dol. tytułem odszkodowania za wprowadzające konsumentów w błąd reklamy jej produktów – jogurtu Activia i napoju DanActive. Odszkodowanie jest elementem ugody pozasądowej zawartej z władzami stanowymi i federalnymi.
Firma jest częścią francuskiego koncernu spożywczego Danone. Produkuje głównie produkty mleczne. W USA działa pod nazwą Dannon.

W swoich reklamach firma głosiła, że bakterie zawarte w jogurtach Activia wspomagają regularne funkcjonowanie przewodu pokarmowego, a napój DanActive podnosi odporność organizmu. Informacje te były także zamieszczane na opakowaniach produktów.

Według amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu (FTC) nie ma wystarczających danych naukowych na poparcie takich tekstów promocyjnych. Komisja podała, że zawarła ugodę z firmą Dannon. Podkreśliła też, że Dannonowi nie wolno było posługiwać się w celach promocyjnych informacjami, które nie zostały potwierdzone przez Amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA).

„Konsumenci chcą prawdy”

Prokuratorzy generalni z 39 stanów ogłosili w środę, że Dannon wypłaci 21 mln dol. odszkodowania w ramach ugody pozasądowej. Postępowanie 39 stanów przeciw Dannonowi, któremu przewodzili prokuratorzy z Oregonu (zachód) i Tennessee (środkowy wschód), doprowadziło do największej w historii ugody między producentem żywności a oskarżycielami reprezentującymi wiele stanów.

– Konsumenci chcą i mają prawdo do prawdziwej informacji w sprawach dotyczących zdrowia – powiedział szef FTC Jon Leibowitz w oficjalnym oświadczeniu. – Firmy takie jak Dannon nie powinny przesadzać, gdy chodzi o naukowe dane użyte dla promocji produktu – dodał Leibowitz.

Śledztwo ws. pedofilii: Watykan odmówił współpracy

Watykan odmówił współpracy w śledztwie irlandzkim dotyczącym molestowania seksualnego dzieci przez księży w Dublinie – wynika z informacji ujawnionej przez portal Wikileaks. Według Stolicy Apostolskiej wnioski składane w tej sprawie nie były zgodne z procedurami – pisze brytyjski „Guardian”.
Według depeszy wysłanej z ambasady USA w Rzymie, wnioski o udzielanie informacji, skierowane do Stolicy Apostolskiej, „uraziły wielu ludzi w Watykanie, gdyż uważali je oni za zniewagę wobec suwerenności” kościelnego państwa. Irlandzka komisja sędzi Yvonne Murphy, która bada przypadki pedofilii w irlandzkim Kościele, zwróciła się bowiem do przedstawicieli Watykanu bezpośrednio, z pominięciem drogi dyplomatycznej – pisze dziennik „Guardian”.

Komisja powinna respektować procedury Watykanu?

W Watykanie wywołało to wściekłość. Irlandzki rząd usłyszał, że nie pilnuje, by komisja śledcza respektowała watykańskie procedury ubiegania się o informacje. Irlandzki ambasador w Watykanie Noel Fahey określił okres gniewu Stolicy Apostolskiej jako „najtrudniejszy kryzys, z jakim miał do czynienia” – wynika z depeszy opublikowanej przez Wikileaks. Sam Watykan odrzuca amerykańskie interpretacje.

– Ujawniane przez portal Wikileaks depesze amerykańskiej dyplomacji na temat Watykanu nie przedstawiają stanowiska Stolicy Apostolskiej – oświadczył w sobotę jej rzecznik ksiądz Federico Lombardi.

Skandal pedofilski w irlandzkim Kościele katolickim

Raportu komisji Yvonne Murphy na temat pedofilii w irlandzkim Kościele został opublikowany w listopadzie 2009 r. W atmosferze ogromnego skandalu z funkcji ustąpiło m.in. czterech irlandzkich biskupów. Piąty został odwołany przez papieża Benedykta XVI. 20 marca 2010 papież napisał w liście do irlandzkich katolików, że dzieli z nimi „przerażenie i poczucie zdrady” z powodu „grzesznych i przestępczych czynów”, jakich dopuścili się irlandzcy księża.

PAP

Policjant odpuścił kierowcy. Niska szkodliwość policyjnego czynu?

Argumentacja sądu jest dla nas kompletnie niezrozumiała – podkreśla prokuratura i odwołuje się od wyroku, bo zgodnie z nim policjanci, którzy podejrzanie łagodnie potraktowali kierowcę zatrzymanego do kontroli, nie poniosą żadnej kary. A sąd swoją decyzję uzasadnia: naszą Polską „głęboko zakorzenioną skłonnością do poszukiwania znajomości w celu załatwienia różnych spraw”.
Wszystko zaczęło się od podsłuchów, jakie jednemu z buskich policjantów założyło Biuro Spraw Wewnętrznych. Podejrzewano go o handel narkotykami. I na podejrzeniach się skończyło, bo żadnych dowodów nie znaleziono. Jednak BSW zainteresowało się kilkoma nagranymi rozmowami policjanta.

Chodzi m.in. o wydarzenia z 10 lipca 2009 roku. Policjanci w Busku zatrzymali do kontroli opla omegę, bo zignorował znak drogowy nakazujący jazdę w prawo. Podczas kontroli okazało się też, że ma nieważne badania techniczne.

Ale, jak czytamy w prokuratorskich zarzutach, policjanci nie zatrzymali kierowcy dowodu rejestracyjnego pojazdu, co powinni zrobić, nie dali mu mandatu w wysokości 250 złotych i pięciu punktów karnych. Ukarali go jedynie za niezapięte pasy. Zapłacił 100 złotych.

Dlaczego? Bo w międzyczasie pasażerka auta zaczęła szukać pomocy u rodziny, ktoś skontaktował się ze znajomym policjantem, a ten zadzwonił do podsłuchiwanego kolegi kontrolującego właśnie opla. I tak policjant dorobił się zarzutu i oskarżenia o nakłanianie swoich kolegów, by nie karali kierowcy opla, czyli do niedopełnienia obowiązków.

12 listopada sąd w Busku-Zdroju wydał wyrok, który wywołał spore poruszenie w prokuraturze.

Sąd przyjął co prawda, że policjanci nie dopełnili obowiązków, nie zatrzymując kierowcy dowodu rejestracyjnego, oraz że działali na szkodę interesu publicznego, ale umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu.

W uzasadnieniu sąd napisał m.in., że „w polskim społeczeństwie jest głęboko zakorzeniona skłonność do poszukiwania znajomości w celu załatwienia różnych spraw, a przy wykroczeniach drogowych powszechnym jest nakłanianie policjantów do wymierzenia mniejszej kary bądź odstąpienia od karania”. Zdaniem sądu jest to naganne, ale akceptowalne na tyle, że nawet prokurator nie oskarżył w tej sprawie kierowcy, który prosił policjantów, by nie zabierali mu dowodu rejestracyjnego.

W uzasadnieniu można też przeczytać, że sprawa co prawda dotyczy policjantów, którzy „muszą szczególnie czuwać nad przestrzeganiem prawa, ale z drugiej strony takie rozumowanie jest niesprawiedliwe, bo stawia jakby przed nawias tę grupę społeczną”.

– Nie rozumiemy takiej argumentacji sądu i nie zgadzamy się z tym, że czyn policjantów ma znikomy stopień społecznej szkodliwości. Wręcz przeciwnie. Nie można mówić o tym, że złamanie prawa przez policjanta jest mało społecznie szkodliwe, bo przecież to są stróże prawa i to oni mają czuwać, by nikt tego prawa nie łamał – podkreśla prokurator Sławomir Mielniczuk, rzecznik kieleckiej prokuratury. Dlatego prokuratura już przygotowuje apelację od wyroku buskiego sądu.

Zupełnie inne spojrzenie na sprawę ma mec. Sławomir Gierada, obrońca jednego z policjantów kontrolujących opla, a wcześniej podsłuchiwanego przez BSW.

– W tak bzdurnej sprawie jeszcze nie uczestniczyłem. Owszem, policjanci nie zabrali kierowcy dowodu rejestracyjnego, bo zapewnił, że natychmiast zrobi przegląd techniczny, pojechał do stacji diagnostycznej, która była 100 metrów dalej, i zrobił go. I jaka to jest szkodliwość społeczna, skoro ten kierowca dostał przecież mandat? – podkreśla Gierada.

O telefonie od policjanta mówi tak: – Zadzwonił, gdy już były wykonywane czynności z kierowcą, pytał, o co chodzi, nie naciskał, mój klient przekazał mu informacje, że kontrola się zakończyła.

Podnosi również, że podsłuch, który jest dowodem w tej sprawie, został przez BSW wykorzystany nielegalnie. – Bo przecież podsłuch był stosowany w innej sprawie, w związku z narkotykami a nie kontrolami drogowymi. Aby go wykorzystać, policjanci z BSW musieliby mieć zgodę sądu, której nie mieli – podkreśla adwokat.

Z zagadnieniami społecznej szkodliwości czynu buskich policjantów i dowodów z podsłuchów zmierzy się po apelacji prokuratury Sąd Okręgowy w Kielcach.

gazeta.pl