Wierzyciele postanowili zgłosić wniosek o upadłość spółki „Sandius – Lex” z Legnicy

Jak informowaliśmy w wcześniej, spółka „Sandius- Lex” z Legnicy zaprzestała spłaty swoich zobowiązań. Wierzycieli podjęli próbę ustalenia możliwości spłaty zadłużenia i sytuacji ekonomicznej spółki, okazało się to jednak niemożliwe w związku z postawą zarządu spółki. Tym samym, wierzyciele podjęli decyzję o zgłoszeniu wniosku o upadłość spółki „Sandius – Lex” z Legnicy. Okazuje się, iż działaniami zarządu spółki zainteresowała się także prokuratura. Czy szykuje się nam kolejna „afera” z niewypłacalną kancelarią odszkodowawczą. Wedle informacji jakie posiadamy spółka „Sandius – Lex” nie posiada polisy OC z związku z prowadzoną działalnością gospodarczą, co może oznaczać problemy dla klientów i wierzycieli spółki. O sprawie będziemy informować.

Kolejna kancelaria z Legnicy niewypłacalna?

Tym razem chodzi o spółkę „SandiusLex Kancelaria Prawna” z Legnicy ul. Chojnowska 76, która od pewnego czasu nie spłaca swoich zobowiązań. Informacje od kontrahentów tej firmy są dość niepokojące. Firma zalega z wypłatą co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych, wierzyciele oceniają szanse otrzymania zaległych kwot bardzo nisko. Jak nam wiadomo część spraw została skierowana już na drogę postępowania sądowego, a ponieważ kapitał zakładowy spółki jest niski, wierzyciele szykują już wniosek o upadłość spółki „SandiusLex”. Tym samym może okazać się, iż kolejna mała firma odszkodowawcza, zniknie z pieniędzmi swoich klientów. O sprawie będziemy informować. Pomimo prób kontaktów z firmą „SandiusLex” z Legnicy nikt nie chciał udzielić nam informacji na temat kłopotów finansowych firmy.

odszkodowania.info.pl

Przeszukania w kancleari prawnej w Legnicy. Oszukali setki osób

Legnicka Prokuratura Rejonowa zabezpieczyła dokumenty w biurze jednej z największych w Polsce kancelarii specjalizujących się w odszkodowaniach. Działająca w Legnicy kancelaria prowadzi działalność na terenie całej Polski. Zatrudnia wielu agentów i prawników.
Od ubiegłego roku do prokuratury spływają z całej Polski zawiadomienia od osób, które nie mogą odzyskać od niej swoich pieniędzy. Zgłaszający twierdzą, że padli ofiarą oszustwa, firma nie wypłacała im należnych pieniędzy, bądź miesiącami ich zwodziła. Kilka dni temu śledczy zdecydowali się wejść do siedziby kancelarii w Legnicy. Zabezpieczono dokumentację. Prokurator Liliana Łukasiewicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Legnicy, potwierdza tę informację.

– Ze względu na dobro postępowania nie mogę nic więcej powiedzieć – dodaje.

W całej Polsce setki poszkodowanych osób nie może odzyskać swoich pieniędzy, firma działa nadal i …. naciąga kolejne osoby. Osoby poszkodowane proszone są o zgłaszanie się do Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

Związkowcy z Tauronu są solidarni w przestępstwie

Andrzej Macho, wicedyrektor legnickiego Tauronu, został brutalnie pobity na zlecenie związkowca z „Solidarności”. O planie napadu wiedział inny członek związku, ale mu nie zapobiegł. „Solidarność” uważa, że postąpił fair. W piątek rano ma pikietować w sprawie przywrócenia go do pracy
Zleceniodawcą pobicia był Adam P., były kierownik zakładu samochodowego w Tauronie i członek „Solidarności”. Proces w tej sprawie zaczął się w grudniu w Legnicy. Adam P. zeznał, że kazał pobić Machę, bo czuł się przez niego mobbingowany. Uważał, że wicedyrektor niesłusznie ma zastrzeżenia do jego pracy. Tłumaczył, że tak się go bał, iż chował się przed nim w toalecie.

Solidarność

3 czerwca 2011 roku pod dom dyrektora Machy zajechał samochód, z którego wysiadło trzech mężczyzn. Rzucili się na niego, kiedy próbował wsiąść do swojego auta. Bili żelaznym prętem, kijem bejsbolowym i pałką policyjną. Złamali mu nos, szczękę, wgnietli czaszkę w okolicy oka i czoła. Łukasz N., jeden z napastników, zeznał w sądzie, że Adam P. szczegółowo opisał, jak mają urządzić ofiarę: – Powiedział nam wprost, że mają być połamane łokcie, kolana i wybite zęby.

– Lekarz powiedział mi, że gdybym nie zasłonił twarzy, to mógłbym nie przeżyć – mówi Andrzej Macho. Do pracy wrócił po ponad dwóch miesiącach leczenia. Do dzisiaj ma sparaliżowaną część twarzy. Czeka go roczna rehabilitacja.

Policja szybko złapała sprawców, bo Adam P. przyznał się do winy i ich wskazał. Jeden to jego znajomy, a pozostali dwaj są uczniami legnickiej zawodówki. Za napad dostali 3 tys. zł. Kiedy sprawa się upubliczniła, wszystkie organizacje związkowe w Tauronie podpisały list potępiający odpowiedzialnych za pobicie.

Ale podczas procesu Adam P. ujawnił, że o planowanym napadzie wiedział także Wiesław B. z zarządu taurońskiej „Solidarności” i Adam K., członek innego związku, bo przecież uzgadniał z nimi współfinansowanie przedsięwzięcia. Sam Wiesław B. przyznał w śledztwie, że po napadzie przyszedł do niego Adam K. i powiedział: „Dopadli go. Jesteśmy winni po 1350 zł”. Ostatecznie akcja okazała się o tysiąc złotych tańsza.

Dyrekcja Tauronu zwolniła obu związkowców. Jednak żaden nie zasiądzie na ławie oskarżonych. Według prokuratury nie mieli obowiązku powiadomienia zarządu spółki ani organów ścigania o planowanym pobiciu. – Przepis ten stosowany jest tylko w przypadku najcięższych przestępstw, jakimi są np. zabójstwo, terroryzm czy piractwo morskie. Zachowanie Wiesława B. prokurator uznał za dwuznaczne moralnie, ale w świetle prawa nie popełnił on przestępstwa – mówi Liliana Łukasiewicz z Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

Dwa miesiące przed napadem Andrzej Macho dostał trzy anonimowe SMS-y. Jeden z nich brzmiał: „Uważaj na siebie. Grozi ci niebezpieczeństwo. Nie zatrzymuj auta na odludziu. To nie jest żart!”. W drugim anonim pisał: „Zagrożenie rośnie – uważaj na siebie!”. Andrzej Macho zgłosił to na policję, ale ta uznała, że treść SMS-ów nie wskazuje na groźby, ale jest jedynie ostrzeżeniem, i następnego dnia sprawę zamknęła. To samo kilka dni później zrobiła prokuratura.

W śledztwie okazało się, że ostrzeżenia wysyłał z telefonu na kartę Wiesław B. Ruszyło go sumienie?

Bogdan Kieleczawa, przewodniczący „Solidarności” w Tauronie, staje w obronie kolegi: – Dyrekcja spółki, zwalniając go, uznała, że popełnił przestępstwo. A przecież nikt mu zarzutów nie postawił i nie toczy się w jego sprawie postępowanie prokuratorskie. Co więcej, ostrzegł przed planowanym pobiciem i w normalnej firmie za to, co zrobił, należałby mu się medal. U nas taka osoba jest zwalniana dyscyplinarnie. Nie zamierzamy temu biernie się przyglądać i będziemy walczyć o jego przywrócenie do pracy.

Kieleczawa jednak nie wspomina słowem o tym, że Wiesław B. miał partycypować w kosztach zlecenia na dyrektora Machę, których to kosztów – jak teraz zeznaje – w końcu nie poniósł.

W piątek zakładowa „Solidarność” Tauronu ma pikietować w sprawie przywrócenia Wiesława B. do pracy.

Komentuje Michał Kokot: Czasem lepiej milczeć

Prokuratura zamknęła tę sprawę, uznając, że tylko jeden ze związkowców zorganizował pobicie Andrzeja Macho. A przecież nadal aktualne jest pytanie co do udziału w tym przedsięwzięciu pozostałej dwójki. Jak to się stało, że akurat Wiesław B. i Adam K. weszli w posiadanie tajemnej wiedzy o zleceniu? Skąd takie do nich zaufanie organizatora napadu na dyrektora? Dlaczego prokuratura uznała, że nie byli oni współorganizatorami pobicia, skoro sami podczas pierwszego przesłuchania przyznali się, że mieli dołożyć pieniądze na wynajęcie bandytów?

Nie mam przekonania, że prokuratorskie dochodzenie w tej sprawie było odpowiednio wnikliwe. Nie wiem, czy tłumaczenie, że tym ludziom nie można nic zarzucić, bo: nikogo nie zabili, nie są terrorystami, nie są piratami morskimi, jest bardziej do śmiechu, czy też usprawiedliwia bezradność prokuratury.

Związkowcy „Solidarności” powinni palić się ze wstydu za osobnika, który wie o spisku na zdrowie człowieka i nie potrafi skutecznie go ostrzec, zamiast bredzić o medalu. Ich pikieta w obronie kolegi obraża poczucie przyzwoitości. Zamiast tak się wygłupiać, już lepiej milczeć i nic nie robić.

gazeta.pl