Największy skandal budowlany Krakowa został zalegalizowany

Największy skandal budowlany Krakowa został zalegalizowany. Nadzór budowlany uznał, że nadbudowę przy ul. Szerokiej 12 ukończono zgodnie z prawem. Dopatrzył się za to samowoli u sąsiada, który od początku alarmował w sprawie nadbudowy! Nadbudowa przy Szerokiej została zalegalizowana, a inwestor nie zapłaci za to złotówki kary – inspektorzy uznali bowiem, że zadaszenie podwórka, malowanie ścian wewnętrznych czy wstawianie okien, budowa schodów i montaż jacuzzi stanowiły „roboty zabezpieczające przed wpływami atmosferycznymi” oraz że roboty wykończeniowe nie wymagają zgłoszenia.

Nadbudowa przy ul. Szerokiej to najgłośniejsza afera budowlana ostatnich lat w Krakowie. Przypomnijmy: kamienicę spod numeru 12 wraz z pozwoleniem na budowę kupił od Fundacji Nissenbaumów krakowski biznesmen Krzysztof P. Zaplanował w niej hotel. Budynek podniósł o trzy kondygnacje – wyżej o jedną niż w projekcie Nissenbaumów.

Urzędowy korowód

Urzędników zaalarmował sąsiad Tytus Miecznikowski, bo w jego kamienicy przylegającej do „12” zaczęły pękać ściany. Na dodatek została zaburzona wentylacja, bo podwyższone mury hotelu zasłoniły u niego wyloty kanałów wentylacyjnych i kominów.

W 2004 r. Miecznikowski złożył wniosek o rozbiórkę nadbudowy u sąsiada. I od tego zaczął się urzędowy korowód. Dwa lata później Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że pozwolenie na budowę, którym posługiwał się inwestujący w hotel biznesmen, było nieważne. Mimo to urzędnicy z nadzoru budowlanego latami zwlekali z podjęciem ostatecznej decyzji w sprawie kontrowersyjnej inwestycji, przerzucając odpowiedzialność na kolejne szczeble. Ci z Krakowa na tych z województwa. Ci z województwa na tych w Warszawie. Ci z Warszawy zawracali sprawę do Krakowa. I tak przez kolejne lata. W tym czasie przedsiębiorca skończył inwestycję i otworzył hotel Rubinstein Residence, na którym zaczął zarabiać.

Co na to nadzór? Nakazał inwestorowi, by… sam zlecił ekspertyzę na temat wpływu swojej nadbudowy na sąsiednią kamienicę. I to mimo że w sprawie wydano już wcześniej kilkanaście opinii. Urzędnicy przez dziewięć lat prowadzenia sprawy wyprodukowali prawie 2 tys. stron akt. Aż w końcu ją zalegalizowali, bo uznali, że „prace budowlane zostały doprowadzone do stanu zgodnego z prawem”.

Nadzór nie widzi nic złego w uruchomieniu „rezydencji” przed legalizacją budynku. Inwestorom nie grozi nawet kara za wzniesienie samej konstrukcji, bo po dziewięciu latach przerzucania papierów urzędnicy uznali, że inwestycja rozpoczęła się na kilka dni przed utratą ważności pozwolenia budowlanego, a więc jeszcze legalnie.

Proces karny nieistotny

Powiatowemu Inspektoratowi Nadzoru Budowlanego nie przeszkadzał też fakt, że w 2007 r. policja i prokuratura zatrzymały w tej sprawie kilkanaście osób i do dziś w sądzie toczy się proces karny przeciwko Krzysztofowi P., projektantom, niektórym urzędnikom z magistratu oraz… powiatowemu nadzorowi budowlanemu (są oskarżeni o nieprawidłowości przy nadbudowie kamienicy).

Dwie urzędniczki z PINB i wydziału architektury magistratu dobrowolnie poddały się karze za m.in. potwierdzanie nieprawdy w dokumentach. Co ważne, powołany do tego procesu karnego biegły orzekł, że uporządkowania placu pod inwestycję i założenia obowiązkowego dziennika budowy nie można uznać – jak chce nadzór – za początek prac budowlanych.

Jego zdaniem realnie rozpoczęły się one bowiem po wygaśnięciu pozwolenia na budowę, co wynika właśnie z dziennika budowy. To istotne, bo gdyby nadzór budowlany wziął pod uwagę tę opinię, nie mógłby zalegalizować nadbudowy. Musiałby uznać ją za samowolę, a inwestora ukarać. Wynika to wprost z decyzji legalizacyjnej, w której nadzór tłumaczy, dlaczego nie ma kary dla inwestora Krzysztofa P.

W trakcie procesu karnego pojawiła się również opinia biegłego z zakresu bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Wskazuje, że klatki schodowe w Rubinstein Residence jako drogi ewakuacyjne są zbyt wąskie (chodzi o kilka centymetrów różnicy). Takich odstępstw jest więcej.

PINB twierdzi jednak, że proces karny i płynące z niego informacje w żaden sposób go nie wiążą. Z „Gazetą” urzędnicy nadzoru o swojej decyzji nie chcieli rozmawiać. Zasłonili się brakiem akt sprawy, które przekazali do wyższej instancji. „W chwili obecnej organ nie jest w stanie udzielić jakichkolwiek dodatkowych informacji poza informacjami, które znane są opinii publicznej” – czytamy w odpowiedzi odmawiającej spotkania.

Kara za opieszałość

Za prowadzenie sprawy przez dziewięć lat nadzór został niedawno ukarany. Krakowski wojewódzki sąd administracyjny nałożył na urząd grzywnę (5 tys. zł) za jej przeciąganie. Sąd nie znalazł uzasadnienia dla prowadzenia jej przez tyle lat. Karę zapłacą jednak obywatele ze swoich podatków, bo nie otrzymali jej konkretni urzędnicy, tylko instytucja.

W zaskakująco ekspresowym tempie – bo po niespełna roku badania akt – PINB dopatrzył się za to samowoli w kamienicy nr 13. Nie pomógł fakt, że jej właściciel dysponuje trzema pozwoleniami na budowę wydanymi jeszcze jego rodzicom pod koniec lat 80. To na ich podstawie prowadzony był remont w „13”. Z obywatela zwracającego uwagę na nadużycia właściciel „13” stał się ściganym. Teraz odwołuje się od decyzji.

Dla Gazety: Krzysztof Fijałek, autor pierwszego tekstu w „Gazecie” na temat Szerokiej 12, obecnie szef redakcji w serwisie Interia:

To bardzo smutne. Decyzja świadczy o uwiądzie instytucji publicznych. Dostarcza dowodów, że urzędy nie służą nikomu i niczemu. Tak naprawdę okazują się niepotrzebne. A przecież utrzymujemy je, by strzegły porządku społecznego. Między innymi po to, by nie każdy pomysł na biznes mógł być za wszelką cenę realizowany.

KALENDARIUM. Jak samowola się legalizowała

Pod lupą prokuratury. Oskarżeni przez prokuraturę w sprawie nadbudowy przy ul. Szerokiej 12
* Krzysztof P., pierwotny inwestor,
* Marcin S.-J., kierownik budowy,
* prof. Zbigniew J., inspektor nadzoru inwestorskiego, współprojektant,
* Jan J., wojewódzki konserwator zabytków,
* Wiesław L., rzeczoznawca,
* Beata J., urzędniczka powiatowego nadzoru budowlanego,
* Wojciech K., urzędnik krakowskiego magistratu,
* Stanisława G., wówczas urzędnik nadzoru budowlanego, dziś dyrektor wydziału architektury miasta Kraków.

Kim są dzisiaj urzędnicy zajmujący się nadbudową
* Decyzję legalizującą nadbudowę w imieniu dyrektor PINB wydała Magdalena Gembarowska, kierownik referatu orzecznictwa i kontroli PINB.
* Szefową PINB jest Małgorzata Boryczko, jeszcze jako urzędnik była na jednej z pierwszych kontroli nadbudowy przy Szerokiej 12. Zastąpiła na stanowisku oskarżoną Stanisławę G.
* Janusz Żbik, przez lata szef wojewódzkiego małopolskiego nadzoru budowlanego, przez którego ręce wielokrotnie przechodziły dokumenty dotyczące nadbudowy przy Szerokiej 12, jest obecnie wiceministrem infrastruktury. Przygotowuje ustawę, która ma doprowadzić do likwidacji pozwoleń na budowę na obszarach objętych planem zagospodarowania przestrzennego.

gazeta.pl
Jarosław Sidorowicz, Bartosz Piłat

24 tys. zł? Sąd: To żadna łapówka. Drobna kwota. Sprawa umorzona

Według sędziego z Nowej Huty 24 tys. zł łapówki przyjętej przez prominentną urzędniczkę to kwota tak drobna, że sprawa korupcyjna może być umorzona – donosi „Gazeta Wyborcza”. Irena C., dyrektor Departamentu Transportu i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, została oskarżona o to, że pomogła wygrać intratny przetarg firmie budowlanej. Ta z wdzięczności sfinansowała jej ocieplenie domu za 24 tys. zł.

Sędzia w Nowej Hucie orzekł, że sprawę trzeba umorzyć. Uznał, że wysokość łapówki wcale nie jest taka duża, i zarzucany czyn zakwalifikował jako „występek mniejszej wagi”.

Szczęśliwie sąd wyższej instancji podzielił racje zawarte w apelacji śledczych. Proces zaczął się od nowa.

Cały artykuł w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”.

Kolejna prywatna piramida finansowa. I znów są oszukani

Wysoki procent od inwestycji w stal i oleje maszynowe obiecywał krakowianin Piotr Cz. Ci, którzy mu zaufali, stracili ponad milion złotych. To krach kolejnej prywatnej piramidy finansowej. Sprawa znajdzie właśnie swój finał w sądzie. Krakowska prokuratura zakończyła śledztwo w sprawie oszukańczych inwestycji. Piotra Cz. chce postawić przed sądem za oszustwa i doprowadzenie klientów do niekorzystnego rozporządzenia swoimi pieniędzmi.

Z wyliczeń krakowskiej prokuratury wynika, że ci, którzy uwierzyli w obietnice wysokich zysków, stracili w sumie blisko 1,3 miliona złotych. I to zaledwie w kilka miesięcy. – Historie takie jak sprawa Amber Gold wciąż niczego ludzi nie uczą. Nadal liczą, że jeśli ktoś obieca im wysokie odsetki od dziwnych inwestycji, to rzeczywiście na tym zarobią – zżyma się krakowski śledczy znający kulisy śledztwa. Nieprzypadkowo. Gdy w kraju coraz głośniej było o kłopotach Amber Gold z wypłacalnością, w Krakowie kolejne osoby powierzały Piotrowi Cz. pieniądze, by ten rzekomo dalej „inwestował”. Ba, powierzali mu gotówkę nawet wtedy, gdy Amber Gold z hukiem ogłosiło upadłość. Jak ustalili krakowscy prokuratorzy, ofiarami swojej łatwowierności między lutym a wrześniem zeszłego roku stało się co najmniej kilkanaście osób.

Powierzyli mu nawet 350 tysięcy złotych

A system był taki: Piotr Cz., prowadząc indywidualną działalność gospodarczą, zaczął pożyczać od ludzi pieniądze, obiecując wysoki procent. Wysokość była ustalana indywidualnie. Jednym obiecywał 5 procent miesięcznie, innym – 15 proc. w skali roku.

Z czego? Jednym klientom mówił, że pieniądze zainwestuje w zakup stali lub oleju maszynowego. Innych mamił zyskami z inwestowania w nieruchomości położone w okolicach Piaseczna czy też na Śląsku. – By uwiarygodnić się pożyczającym pieniądze, wręczał im dokumenty opisane jako weksle. Z kolei część umów pożyczki zawierana była w formie aktów notarialnych – opisuje prokurator Bogusława Marcinkowska, rzecznik krakowskiej prokuratury.

Zabezpieczeniem zaś wszystkich pożyczek była hipoteka mieszkania należącego do… rodziców Piotra Cz. – I ludzie na to przystawali! – nie kryje zdziwienia krakowski śledczy. Wpłaty zaczynały się od 10 tysięcy złotych, ale niektórzy powierzyli krakowianinowi nawet 350 tysięcy złotych. Zysków już nie zobaczyli, podobnie jak większości pożyczonych pieniędzy.

Nie miał zamiaru i możliwości zwrotu

Niewiele warte okazały się weksle wystawione przez Piotra Cz. – Jak ustalono w toku śledztwa, dotychczas żadnemu z pokrzywdzonych nie udało się zrealizować roszczeń, które ewentualnie na gruncie prawa wekslowego związane by były z wystawieniem przez Piotra Cz. takiego papieru wartościowego – przyznaje rzeczniczka krakowskiej prokuratury.

Bezskuteczne okazały się również uzyskane przez część pokrzywdzonych, sądowe nakazy zapłaty, jak i wszczynane na ich wniosek postępowania egzekucyjne. – Wskazuje to, że Piotr Cz., zaciągając powyższe zobowiązania, nie miał zamiaru i możliwości wywiązania się z nich. Zaciągając pożyczki, oszukiwał pokrzywdzonych również co do faktycznego przeznaczenia uzyskiwanych kwot. Nie zajmował się bowiem działalnością, o jakiej informował pokrzywdzonych – wylicza prokurator Marcinkowska.

Przestał spłacać raty za auto

Nie wiadomo zresztą, czy oszustwa wyszłyby na jaw, gdyby prokuratura sama nie trafiła na trop oszukanych ludzi przy okazji innego postępowania przeciwko Piotrowi Cz., który nie zwrócił firmie leasingowej lexusa (przestał za niego spłacać raty). – To wykonywane czynności w tym postępowaniu doprowadziły do ustalenia, że oskarżony oszukał jeszcze osoby fizyczne wpłacające mu pieniądze – przyznaje prokurator Marcinkowska. Śledczy wysłali już do sądu akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. On sam przyznał się jedynie do zatrzymania lexusa i przywłaszczenia 130 tysięcy złotych na szkodę kobiety, która upoważniła go do sprzedaży mieszkania. Tymczasem prokuratura nie wyklucza, że poszkodowanych przez jego „działalność” może być znacznie więcej.

gazeta.pl

Zamiast kont klientów, podawał swoje. Adwokat wyłudził 2 mln zł?

Adwokata, który miał wyłudzić od swoich klientów prawie dwa mln zł, zatrzymała krakowska policja. 34-latkowi postawiono zarzut oszustwa dotyczącego mienia znacznej wartości. Mężczyzna został aresztowany na dwa miesiące. Adwokat reprezentował swoich klientów w sądzie cywilnym. – Proceder był banalnie prosty. W finalnym etapie prowadzonych spraw adwokat podawał w sądzie, zamiast konta reprezentowanej strony, swój numer konta bankowego. Pieniądze należne klientom, nigdy do nich nie trafiały – mówi Mariusz Ciarka, z małopolskiej policji.

Jak informuje małopolska policja, adwokat najczęściej reprezentował osoby, które dochodziły przed sądem roszczeń za działki przejęte pod budowę autostrady lub w sprawach kupna – sprzedaży nieruchomości.

Jak podaje krakowska prokuratura, podejrzany Tomasz S. wszystkie sprawy prowadził w Krakowie. Jednak jest wpisany na listę adwokatów w Rzeszowie.

Nie przyznał się do winy

– Przesłuchiwany w charakterze podejrzanego nie przyznał się do przedstawianych mu zarzutów. Podaje pewne okoliczności związane z poszczególnymi czynami, które są mu zarzucane. Te czynności muszą zostać zweryfikowane – zaznacza Bogusława Marcinkowska, z krakowskiej prokuratury okręgowej.

Mężczyźnie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Postępowanie w tej sprawie jest prowadzone pod nadzorem Prokuratury Rejonowej Kraków Śródmieście Zachód.

TVN24