Zamiast kont klientów, podawał swoje. Adwokat wyłudził 2 mln zł?

Adwokata, który miał wyłudzić od swoich klientów prawie dwa mln zł, zatrzymała krakowska policja. 34-latkowi postawiono zarzut oszustwa dotyczącego mienia znacznej wartości. Mężczyzna został aresztowany na dwa miesiące. Adwokat reprezentował swoich klientów w sądzie cywilnym. – Proceder był banalnie prosty. W finalnym etapie prowadzonych spraw adwokat podawał w sądzie, zamiast konta reprezentowanej strony, swój numer konta bankowego. Pieniądze należne klientom, nigdy do nich nie trafiały – mówi Mariusz Ciarka, z małopolskiej policji.

Jak informuje małopolska policja, adwokat najczęściej reprezentował osoby, które dochodziły przed sądem roszczeń za działki przejęte pod budowę autostrady lub w sprawach kupna – sprzedaży nieruchomości.

Jak podaje krakowska prokuratura, podejrzany Tomasz S. wszystkie sprawy prowadził w Krakowie. Jednak jest wpisany na listę adwokatów w Rzeszowie.

Nie przyznał się do winy

- Przesłuchiwany w charakterze podejrzanego nie przyznał się do przedstawianych mu zarzutów. Podaje pewne okoliczności związane z poszczególnymi czynami, które są mu zarzucane. Te czynności muszą zostać zweryfikowane – zaznacza Bogusława Marcinkowska, z krakowskiej prokuratury okręgowej.

Mężczyźnie grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Postępowanie w tej sprawie jest prowadzone pod nadzorem Prokuratury Rejonowej Kraków Śródmieście Zachód.

TVN24

Sędzia ukradł kiełbasę. SN: „Nie ma przedawnienia”

Postępowanie dyscyplinarne przeciwko Zbigniewowi J., byłemu już sędziemu Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu, który cztery lata temu ukradł w markecie kiełbasę, nie jest przedawnione – orzekł dzisiaj Sąd Najwyższy. Zbigniew J. w grudniu 2006 r. w jednym z marketów w Stalowej Woli ukradł kiełbasę wartą 6 zł. Włożył ją do rękawa. Gdy przeszedł przez sklepową bramkę, zatrzymał go ochroniarz. Przyjechała policja, o całej sprawie zostali powiadomieni przełożeni sędziego.

W czerwcu br. Sąd Apelacyjny w Katowicach, choć uznał, że sędzia dopuścił się „przewinienia dyscyplinarnego”, to jednak go nie ukarał, bo od zdarzenia minęło już ponad trzy lata. Zgodnie z prawem, po upływie trzech lat od zdarzenia, sąd jest zobowiązany do odstąpienia od wymierzenia kary dyscyplinarnej.

Odwołanie od tego rozstrzygnięcia złożył sam Zbigniew J., według którego sprawa dotyczyła wykroczenia. Sędzia dowodził, że znacznie wcześniej nastąpiło przedawnienie i katowicki sąd w całości powinien umorzyć sprawę dyscyplinarną.

Dzisiaj Sad Najwyższy nie podzielił tej argumentacji. Eugeniusz Wildowicz, sędzia SN, wskazał, że sprawa przed sądem dyscyplinarnym w Katowicach dotyczyła uchybienia godności urzędu sędziego, a nie wykroczeń. Dlatego – jak zaznaczył sędzia Wildowicz – rozstrzygnięcie katowickiego sądu było prawidłowe, a przedawnienie takiej sprawy dyscyplinarnej następuje według Prawa o ustroju sądów powszechnych po pięciu latach od dnia zdarzenia.

Dzień po kradzieży kiełbasy, sędzia J. został złapany na jeździe po pijanemu w Jeziórku. Tam szalał na drodze z prędkością około 150 km/godz. Proces w tej sprawie toczy się w Sądzie Rejonowym w Staszowie i nie widać końca procesu.

Zbigniew J. nie pierwszy wsiadł za kierownicą „na gazie”. W sierpniu 2005 r. w Chełmie złapali go policjanci, gdy miał 2,3 promila alkoholu w organizmie. W tej sprawie J. został skazany prawomocnym wyrokiem na początku br. przez Sąd Okręgowy w Lublinie. Dostał rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

Zbigniew J. już nie orzeka, jest w stanie spoczynku.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

Rzeszów: Proboszcz z Małej może wyjść z aresztu za kaucją

Sąd Okręgowy w Rzeszowie zdecydował w piątek, że 51-letni ks. Roman J., proboszcz parafii w Małej k. Ropczyc, podejrzany o molestowanie seksualne dziewczynek, może wyjść z aresztu. Warunek – ma wpłacić 20 tys. zł poręczenia majątkowego.

– Decyzja sądu jest suwerenna i nie możemy jej zaskarżać – mówi „Gazecie” Jaromir Rybczak, wiceszef Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, która prowadzi śledztwo w tej sprawie.

Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał, że proboszcz może wyjść na wolność pod warunkiem, że wpłaci 20 tys. zł poręczenia majątkowego. Sąd zdecydował również, że ks. Roman J. będzie miał dozór policyjny, zakaz opuszczania kraju, zakaz kontaktowania się z poszkodowanymi dziewczynkami i nie będzie mógł mieszkać w Małej.

Ks. Roman J. siedzi w areszcie od 29 kwietnia. Niedawno, bo 21 lipca Sąd Rejonowy w Ropczycach, przedłużył duchownemu areszt do 27 października. Na tę decyzję zażalenie złożył obrońca proboszcza.

Prokuratura zarzuca ks. Romanowi J. molestowanie seksualne dwóch dziewczynek poniżej 15. roku życia i współżycie z trzecią, która nie miała skończonych 18 lat. Śledczy twierdzą, że pierwsza z najmłodszych dziewczynek miała być przez proboszcza molestowana w latach 2003-2005, druga w 2007 roku, a najstarsza miała obcować z nim płciowo w latach 2007-2008. W tym ostatnim przypadku – zdaniem prokuratury – duchowny wykorzystał zaufanie nastolatki, co jest karalne.

Proboszczowi grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Śledczy twierdzą, że ks. J. przyznał się do molestowania dwóch dziewczynek.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

Rzeszów: Proces o mobbing. Oskarżony komendant policji

Takiego procesu na Podkarpaciu jeszcze nie było. Komendant wojewódzki policji inspektor Józef Gdański stanął przed sądem oskarżony o mobbing przez policjanta z Tarnobrzega

– Jeżeli pozwałby pan swojego szefa do sądu, to miałby pan czelność i honor przychodzić do pracy i prosić go, by dawał panu pieniądze i nadal pana utrzymywał? Myślę, że nie. Jeśli ten policjant ma odrobię honoru, to myślę, że jutro złoży raport o zwolnienie. Ja bym tak zrobił. Policjant przekroczył granicę lojalności wobec swojego przełożonego – mówił „Gazecie” po pierwszej rozprawie w Sądzie Rejonowym w Rzeszowie inspektor Józef Gdański.

Oskarża wszystkich i o wszystko

Szef podkarpackiej policji wydaje się być spokojny o finał procesu, który wytoczył mu 37-letni Mirosław P. (nazwisko do wiadomości redakcji), sierżant z Komendy Miejskiej Policji w Tarnobrzegu.

- Z policji sam nie odejdę. Szkoda mi przepracowanych tu 10 lat. Poza tym ja naprawdę lubię tę robotę. Wiem, że świata nie zmienię, ale może w policji sytuacja się poprawi. Nie jestem najemnikiem, tylko policjantem – mówi Mirosław P.

Jego koledzy z pracy nie są wcale zaskoczeni, że pozwał komendanta wojewódzkiego do sądu. – Mirek donosi praktycznie na wszystkich w policji – na swoich kolegów, przełożonych. Myśli, że ma do spełnienia jakąś misję. Jego zarzuty są chybione. On po prostu nie lubi policji, a w niej pracuje. Czy to nie kuriozum? – pyta jeden z tarnobrzeskich oficerów.

Mirosław P. mówi, że miał już dość upokorzeń ze strony swoich przełożonych. Jego kłopoty w pracy zaczęły się na początku 2007 roku, gdy – jak sam opowiada – przeniósł się z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie do Komendy Miejskiej Policji w Tarnobrzegu.

W KWP pracował w prestiżowym wydziale korupcji. W Tarnobrzegu również, ale praca w wojewódzkiej policji, a potem w miejskiej, to krok w tył w policyjnej karierze.

P. twierdzi, że zmienił komendę, bo rodzinę ma w Tarnobrzegu. Miał dość dojazdów. Ale komendant Józef Gdański twierdzi, że sierżant został przeniesiony. – Nie nadawał się do pracy w wojewódzkim wydziale korupcji – mówi wprost Gdański.

Dyscyplinarka za spóźnienie

Sierżant P. żali się, że od trzech lat jest pozbawiany premii, awansów, dodatków. Jesienią zeszłego roku został przeniesiony do komisariatu w Nowej Dębie. Jego zdaniem to kolejny przejaw szykanowania go w pracy, by mu zamknąć usta, żeby nie mówił o tym, co się dzieje w policji. A dzieje się źle – tak twierdzi.

Prowadzono przeciwko niemu pięć postępowań dyscyplinarnych, postawiono mu 11 zarzutów. – Cztery postępowania zostały umorzone, a jedno od ponad trzech lat jest zawieszone. To dla moich przełożonych jest podstawą, bym nie mógł awansować, dostawać dodatków – skarży się Mirosław P.

W pozwie opisał to mocniej: „(…) Aby mnie szczuć, dyskryminować, pozbawić (…) praw i zwolnić ze służby”.

- Awanse i nagrody w policji nie są automatyczne. Przyznaje się je wyróżniającym się funkcjonariuszom. Gdyby P. się wyróżniał, awansowałby – mówi Jan Żak, szef policji w Tarnobrzegu.

Czym sobie „zasłużył” sierżant, że co chwilę ma postępowania dyscyplinarne? W dokumentach czytamy, że m.in. o kwadrans spóźniał się do pracy, swojego przełożonego nazwał „nieudolnym” (to wbrew etyce zawodowej), woził autem poufne dokumenty i pokazywał je nieuprawnionym osobom. Przełożeni P. zarzucali mu również, że nie wykonywał poleceń służbowych i niewłaściwie przechowywał broń służbową.

- Żaden z tych zarzutów się nie potwierdził – broni się Mirosław P.

Sierżant P.: Moje dobra naruszone

Mirosław P. pisał skargi do Komendy Głównej Policji. Nie tylko na temat szykan z powodu wielu postępowań dyscyplinarnych. Pisał, że policjanci z Tarnobrzega fałszują statystyki, a jeden z szefów wyłudził z Providenta 10 tys. zł.

Próżno szukać potwierdzeń tych zarzutów. – Bo to wszystko jest nieprawda – przekonuje komendant Żak.

Teraz sierżant oskarża Józefa Gdańskiego o mobbing. W pozwie Mirosław P. napisał, że jego kłopoty zaczęły się, gdy przeniósł się z Rzeszowa do Tarnobrzega. „(…) Za to, że zacząłem prowadzić sprawy operacyjne dotyczące wysoko postawionych funkcjonariuszy publicznych (…). Moi przełożeni nagminnie w moich postępowaniach dyscyplinarnych naruszali dyscyplinę służbową (…) i nie mieli z tego powodu żadnych konsekwencji” – czytamy w pozwie.

Ugoda? Nie z podwładnym

Gdański nie chce komentować zarzutów policjanta do zakończenia procesu. – Jest tyle instytucji wewnątrz policji, że nie trzeba było tej sprawy wynosić na zewnątrz. To nie wygląda normalnie. Pierwszy raz mam taki proces – mówi komendant.

Halina Chudzik, obrońca Józefa Gdańskiego, twierdzi: – To nie komendant wojewódzki powinien być pozwany, tylko komendant z Tarnobrzega. To on jest bezpośrednim przełożonym pana P.

Żak także o zarzutach nie chce rozmawiać. Boi się, że jeżeli za dużo powie, to sierżant i jemu wytoczy proces.

W piątek sędzia Agnieszka Kowal zapytała Mirosława P. i Józefa Gdańskiego, czy jest możliwa między nimi ugoda. Sierżant odparł, że tak. Gdański, że nie. Proces przerwano.

- Dogadać się ze swoim podwładnym? Chyba pan żartuje – stwierdził szef podkarpackiej policji, wchodząc do windy.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

Rzeszów: Agenci EuCO trafią do aresztu? Śledczy o tym myślą.

– Bo wynika z niej, że dwóch agentów pracuje, mimo zakazu prowadzenia działalności gospodarczej – mówi nam Damian Mirecki, szef Wydziału Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie.

Chodzi o Łukasza W. i Urszulę S. ze Stalowej Woli. Oboje są agentami Europejskiego Centrum Odszkodowań z Legnicy. To potężna kancelaria, która w imieniu ofiar wypadków walczy dla nich o odszkodowania od towarzystw ubezpieczeniowych. Poszkodowani muszą oddać kancelarii nawet 40 proc. odszkodowania. Ofiary często podpisują umowy z EuCO nieświadomie, gdy są w szpitalu.

Agenci kancelarii są podejrzani o podżeganie policjantów do bezprawnego przekazywania im nazwisk poszkodowanych w wypadkach i kolizjach drogowych. Oprócz Łukasza W. i Urszuli S. zarzuty w tej sprawie dostało dwóch innych agentów EuCO i pięciu policjantów. Prokuratura podejrzewa, że za każdą informacje o ofierze funkcjonariusze dostawali od 50 do 100 zł.

O całej sprawie pisaliśmy w poniedziałkowej „Gazecie”. Jak udało nam się ustalić, Łukasz W. (były policjant) i Urszula S. nadal pracują w EuCO, mimo, że dostali prokuratorski zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. Centrala kancelarii również nas zapewniała, że wszyscy jej agenci zostali zawieszeni.

Wszyscy agenci mają także zakaz opuszczania kraju. Prokuratura zapowiada, że zastanowi się nad zmianą środków zapobiegawczych na surowsze wobec Łukasza W. i Urszuli S. On wyszedł na wolność za poręczeniem majątkowym w wysokości 15 tys. zł, a ona musiała wpłacić 20 tys. zł.

- Nie wykluczamy, że wystąpimy o tymczasowy areszt wobec agentów. Zakaz pracy miał odciągnąć ich od ewentualnych kontaktów z osobami, dla których wyłudzono odszkodowania. Istnieje obawa, że mogą się z nimi kontaktować – twierdzi prokurator Mirecki.

Na razie wszyscy agenci złożyli zażalenia na dotychczasowe środki zapobiegawcze. Sąd rozpatrzy je w najbliższy czwartek. – Na posiedzeniu powołamy się na artykuł „Gazety”, że zawieszeni agenci, mimo zakazu, pracują. Sami również będziemy to sprawdzać – zapewnia Mirecki.

EuCO pytane przez nas, dlaczego ich agenci nadal pracują, odpowiada: – Wspomniane osoby są zawieszone w czynnościach agentów. Mają zakaz kontaktów z klientami i nie mogą podpisywać umów – zapewnia Damian Kuraś, rzecznik EuCO.

I poprosił „Gazetę” o przekazane nagranej przez nas rozmowy z S. – Jeżeli nagranie potwierdzi, że Urszula S. złamała postanowienia Kodeksu Etycznego, zostaną wobec niej podjęte odpowiednie kroki. Zarząd EuCO nakazuje swoim pracownikom bezwzględne przestrzeganie kodeksu pod rygorem usunięcia z firmy – napisał rzecznik.

Czy bez udostępnienia nagrania, ECO konsekwencji nie wyciągnie? Tego kancelaria nam już nie wyjaśnia.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

Rzeszów: Agenci EuCO z prokuratorskimi zarzutami

„Gazeta” o tym procederze pisała rok temu. Nasza dziennikarka Małgorzata Kolińska-Dąbrowska dostała się na szkolenia kancelarii odszkodowawczych, na których uczyła się, jak korumpować lekarzy i policjantów.

Od stycznia Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie prowadziła śledztwo w sprawie bezprawnego przekazywania nazwisk ofiar wypadków i kolizji drogowych agentom kancelarii Europejskie Centrum Odszkodowań z Legnicy. Materiały dostała z Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji (policja w policji).

Śledczy właśnie postawili zarzuty pięciu policjantom, jednemu byłemu funkcjonariuszowi i trzem agentom EuCO. Policjanci, według prokuratury, przekroczyli swoje uprawnienia, bezprawnie przekazując agentom ubezpieczeniowym nazwiska ofiar zdarzeń drogowych. Dodatkowo jeden z nich usłyszał zarzut korupcji.

- Proceder bezprawnego przekazywania nazwisk ofiar różnych zdarzeń odbywa się na masową skalę – mówi Piotr Dynia, prokurator prowadzący śledztwo.

Znajomości zostają

28-letni Łukasz W. był materiałem na gliniarza drogówki z prawdziwego zdarzenia, szykowano go na naczelnika. Dwa lata temu z kolegą z pracy wygrał mistrzostwa Polski w ratownictwie medycznym. Gdy w sierpniu zeszłego roku odchodził z policji, kumple w robocie dziwili się.

- Za tak śmieszne pieniądze nie będę pracował. Zakładam własną firmę – tłumaczył.

Z policji odszedł zaledwie po ośmiu latach pracy. W maju br. spotkał się z policjantami ponownie. Ale to nie było przyjemne spotkanie. Po Łukasza W. przyjechali funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych.

Pojechali z nim do Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie, gdzie W. usłyszał zarzuty. Prokuratura twierdzi, że namawiał on policjantów drogówki, by przekazywali mu nazwiska ofiar wypadków i kolizji drogowych.

- Wie pan, co w tym jest dla nas najgorsze? – pyta Lucjan Maczkowski, wiceszef policji w Stalowej Woli.

- Że ludzie nie powiedzą „ten zły policjant”, tylko „ta zła policja”. Cały nasz dorobek, statystki… To wszystko jest niszczone – wzdycha Maczkowski.

To właśnie w stalowowolskiej policji pracował Łukasz W. Do czego były mu potrzebne nazwiska ofiar wypadków? Gdy zrzucił mundur policyjny, został agentem Europejskiego Centrum Odszkodowań. Godzinami przeglądał internetową stronę policji w poszukiwaniu klientów. – Śledził informacje o wypadkach – opowiada nam nasz informator.

A potem telefon do dawnych kolegów z pracy, by podali nazwiska poszkodowanych.

EuCO w imieniu ofiar różnych zdarzeń walczy o odszkodowania od towarzystw ubezpieczeniowych. Chwali się, że pomogło już prawie 40 tys. osób. Dla EuCO pracuje ponad 10 tys. agentów. Klienci, którzy podpisują z nimi – często nieświadomie – umowę, muszą oddać kancelarii nawet 40 proc. odszkodowania.

Zawieszeni, a pracują

Łukasz W. nie jest jedyną osobą, która dostała zarzuty. Usłyszała je również jego koleżanka Urszula Sz. Oboje prowadzą biuro EuCO w Stalowej Woli. Zarzuty ma również Lucyna F., agentka EuCO z Krosna, oraz Marek P. agent tej firmy z Rzeszowa.

Skąd mieli nazwiska ofiar wypadków? Prokuratura twierdzi, że bezprawnie przekazywali je im policjanci drogówki: dwóch funkcjonariuszy ze Stalowej Woli: Witold K. i Piotr K., a także Dominik W. z Niska, Ryszard H. z Krosna i Marcin P. z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie.

Ten ostatni jest bratem agenta EuCO Marka P.

Wszyscy policjanci zostali zawieszeni. – Taryfy ulgowej nie będzie. Jeżeli zarzuty się potwierdzą w sądzie, to stracą pracę – zapewniał nas kilka dni temu Paweł Międlar z podkarpackiej policji.

Prokuratura zabroniła również pracować agentom: Łukaszowi W. i Urszuli Sz. Ich przełożeni twierdzą, że cała czwórka została zawieszona w służbowych obowiązkach.

- Zarzuty, które zostały postawione agentom, są sprzeczne z kodeksem etycznym Europejskiego Centrum Odszkodowań, który musi być bezwzględnie przestrzegany przez wszystkich pracowników spółki, a także stanowią naruszenie umowy agencyjnej – przekonuje nas Damian Kuraś, rzecznik EuCO.

Sprawdzamy, czy rzeczywiście agenci nie pracują. Dzwonię do Urszuli Sz. Wcielam się w osobę, która chciałaby z EuCO współpracować. Rozmowę nagrywam. Kobieta zaprasza mnie na czwartek do biura na rozmowę. Potem przejdę szkolenie, a później do EuCO będę dostarczać umowy z ofiarami wypadków czy kolizji drogowych.

- Jest godz. 16. Pani pracuje? – pytam.

- To środek mojego dnia pracy – mówi rezolutnie Sz.

Dzwonię do Łukasza W. Przedstawiam mu się jako dziennikarz „Gazety”. Pytam go, czy nie chciałby porozmawiać o prokuratorskim śledztwie, w którym dostał zarzuty. Odmawia.

- Ale wciąż pracuje Pan w EuCO? – pytam go na koniec.

- Wykonuję teraz dla tej firmy określone zadania – potwierdza W.

Damian Mirecki, szef Wydziału Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Apelacyjnej w Rzeszowie: – Jeśli ci ludzie pracują, to na pewno to zbadamy. Wobec nich mogą być zastosowane surowsze środki zapobiegawcze i mogą być surowiej ukarani przez sąd.

Prokurator: Nie tylko policjanci

Co zyskiwali policjanci na przekazywaniu agentom nazwisk poszkodowanych? – Pieniądze. Podejrzewamy, że za każdą informację o ofierze dostawali od agenta od 50 do 100 zł – mówi „Gazecie” prowadzący śledztwo prokurator Piotr Dynia.

To nie wszystko. Śledczy badają, czy policjanci dostawali również „prowizję” od wywalczonego odszkodowania przez EuCO. Na razie wpadli na jeden taki przypadek. Funkcjonariusz z KWP w Rzeszowie Marcin P. miał wziąć – według prokuratury – blisko 800 zł takiej prowizji. – Zbadamy wszystkie umowy, jakie zawierali podejrzani agenci z ofiarami zdarzeń – zapowiada prokurator Dynia.

I otwarcie mówi: – Bezprawne przekazywanie agentom nazwisk poszkodowanych nie dotyczy tylko policjantów, ale również strażaków i pracowników szpitali. Już mamy takie sygnały. Bywało tak, że do wypadków szybciej przyjeżdżali agenci niż karetka. Skąd agenci o tym wiedzieli?

Na trop policjantów, którzy agentom przekazywali nazwiska ofiar, wpadło Biuro Spraw Wewnętrznych. Proceder trwał od marca do grudnia zeszłego roku. Dzisiaj są pierwsze efekty śledztwa.

Centrala EuCO zapewnia: – Agenci nie mogą pozyskiwać informacji od pracowników służby zdrowia oraz policjantów – twierdzi rzecznik Kuraś.

To samo w ub. roku „Gazecie” mówił Daniel Kubach, wiceprezes EuCO, gdy w cyklu publikacji „Łowcy nieszczęść” pisaliśmy, że m.in. agenci ich firmy nachodzą swoich późniejszych klientów w szpitalach i korzystają z „pomocy” policjantów. – Nie znam człowieka, który mógłby podejść w trakcie wypadku i wręczać ofiarom swoją wizytówkę – mówił Kubach.

Prokuratura twierdzi, że takich oporów nie miał Łukasz W. Zanim się oficjalnie związał z EuCO, jeszcze gdy pracował w policji, dorabiał w firmie ubezpieczeniowej.

Urszula Sz., podczas rozmowy z nami, nie owija w bawełnę: – Oczywiście, że przyda się panu znajomość z policjantami, strażakami i pracownikami służby zdrowia. Nie ingerujemy w to, w jaki sposób pan dotrze do klienta.

Prokurator Mirecki zastanawia się głośno: – Czym się różni przekazywanie przez policjantów nazwisk agentom od tego, gdy funkcjonariusz bierze łapówkę od kierowcy zamiast wypisywania mu mandatu? To pierwsze jest subtelne, ale jedno i drugie to korupcja.

EuCO: Zasada polecenia

Agenci EuCO są podejrzani również o fałszowanie dokumentów o odszkodowania. W jednym przypadku kobieta złamała nogę na śliskiej podłodze, a agenci do wniosku wpisali, że pracowała na roli.

EuCO zapewnia, że nie policja, nie pracownicy służby zdrowia są źródłem ich klientów. To kto? – Sprawdzonym sposobem jest zasada polecenia, kiedy to nasz klient informuje swoje najbliższe środowisko o możliwościach, jakie stwarza nasza spółka – przekonuje Damian Kuraś.

- Fikcja! Wie pan, kto na tym procederze traci najwięcej? Poszkodowany. Bo takie molochy jak EuCO chcą się szybko dogadać z ubezpieczycielem, a nie targać się z nim latami. Mniejsze odszkodowania wywalczą, ale mają takich spraw mnóstwo. A ofiara cieszy się, że w ogóle coś dostała – mówi nam przedstawiciel małej firmy odszkodowawczej z zachodniej Polski.

marcin.kobialka@rzeszow.agora.pl

Marcin Kobiałka

Rzeszów: Policjanci handlowali informacjami o wypadkach

Mechanizm był prosty. Agenci dużej firmy ogólnopolskiej (red. – jak ustaliliśmy nieoficjalnie chodzi o firmę EUCO z Legnicy) w imieniu ofiar zdarzeń drogowych ubiegali się o odszkodowania z towarzystw ubezpieczeniowych. Chcieli jak najszybciej dotrzeć do poszkodowanych. Na pomoc przychodzili policjanci. Tak twierdzi prokuratura.

- Agenci po otrzymaniu od funkcjonariuszy „drogówki” nazwisk poszkodowanych kontaktowali się z potem z nimi. Następnie podsuwali ofiarom wypadków drogowych lub kolizji do podpisania umowę, że pomogą im w walce o odszkodowanie z towarzystw ubezpieczeniowych – mówi „Gazecie” Damian Mirecki, szef Wydziału Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie, która prowadzi śledztwo w tej sprawie.

Firma reprezentowana przez agentów dostawała prowizję od ofiar wypadków. Agenci także. Im więcej umów mieli podpisanych, tym większy zysk. – W ciągu miesiąca potrafili zarobić w ten sposób nawet 5 tys. zł – opowiadają nam śledczy.

Prokuratura postawiła zarzuty przekroczenia uprawnień pięciu funkcjonariuszom „drogówki”: Marcinowi P. z Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, Dominikowi W. z policji w Nisku, Ryszardowi H. z Jedlicza, a także dwóm mundurowym ze Stalowej Woli: Witoldowi K. i Piotrowi K. Zarzuty usłyszał także były już stalowowolski policjant Łukasz W.

Jeden z podejrzanych funkcjonariuszy potrafił na miejscu wypadku nawet wręczać ofiarom wizytówki agentów. Z ustaleń śledczych wynika, że policjanci przekazywali nazwiska ofiar zdarzeń drogowych od marca do grudnia zeszłego roku. Na ich trop wpadli funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji (policja w policji).

Prokuratura podejrzewa, że za każdą informację o wypadku niektórzy policjanci dostawali od agentów od 50 do 100 zł. Śledczy sprawdzają również, czy mundurowi dostawali „prowizję” od wywalczonego odszkodowania przez agentów. Na razie mają dowody na to, że Marcin P. z KWP wziął blisko 800 zł łapówki.

Niektórym policjantom grozi do 3 lat więzienia, innym nawet 10 lat. Wszyscy są zawieszeni w czynnościach służbowych, mają zakaz opuszczania kraju. – Jeżeli zarzuty potwierdzą się w sądzie, to nie będziemy stosować żadnej taryfy ulgowej. Wszyscy funkcjonariusze stracą pracę – mówi nam Paweł Międlar z podkarpackiej policji.

Zarzuty w tej sprawie postawiono również agentom: Markowi P., Urszuli Sz. i Lucynie F. Jak udało nam się dowiedzieć nieoficjalnie Marek P. jest bratem policjanta Marcina P. Śledczy są również na tropie fałszerstw dokonywanych przez agentów. Ci działali też bowiem bez pomocy policjantów.

- Szukali w prasie i serwisach internetowych informacji o ofiarach różnych zdarzeń. Na przykład o kobiecie, która złamała nogę na śliskiej podłodze, agent napisał we wniosku o odszkodowanie, że wypadek miała przy pracy na roli – słyszymy w prokuraturze.

Prokuratura analizuje wiele dokumentów firmowych i sprawdza, ile mogło być podobnych przypadków. Niewykluczone są kolejne zarzuty, także wobec policjantów.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów

Rzeszów: Nietypowy marketing księdza

Ksiądz ujawniał, kto nie płaci na parafię. Proboszcz z Łukawca koło Rzeszowa złamał prawo o ochronie danych osobowych i wywiesił przed kościołem listę z nazwiskami parafian, którzy nie wpłacili na budowę nowej plebanii i nowego cmentarza. Nie spodobało się to jednemu z parafian. Sprawa trafiła do sądu. Jednak postępowanie zostało umorzone.

Łukawiec to dwutysięczna wieś koło Rzeszowa. Proboszcz z miejscowej parafii wywiesił przed kościołem listę z nazwiskami i adresami parafian oraz informacjami, kto wpłaca na budowę nowej plebanii i nowego cmentarza, a kto nie jest skory do datków. Nie spodobało się to jednemu z parafian Stanisławowi Pasierbowi.

- Ksiądz przyszedł po kolędzie, spisał dane. Tym zachowaniem chciał wymusić ode mnie pieniądze, ale ja się nie dam – mówi Stanisław Pasierb, który pozwał księdza do sądu.

68-letni Stanisław Pasierb poczuł się szczególnie urażony opublikowanymi listami. To właśnie na nich ksiądz co miesiąc upubliczniał informację, że pan Stanisław nigdy nie dorzucił nawet złotówki na nową plebanię oraz cmentarz. Mężczyzna, który twierdzi, że prosił bezskutecznie księdza o nie umieszczanie jego nazwiska, postanowił zawiadomić prokuraturę.

- Sporządziliśmy akt oskarżenia, zarzucając proboszczowi popełnienie przestępstwa za sporządzenie i udostępnienie list z danymi osobowymi – mówi Renata Krut -Wojnarowska z Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie.

Sąd Rejonowy w Rzeszowie uznał proboszcza winnym upublicznienia danych osobowych. Jednak postępowanie warunkowo umorzył na dwa lata. Nakazał także księdzu zapłacić półtora tysiąca złotych na cele charytatywne.

- Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że złamał ustawę o danych osobowych. Czyn ten może być ukarany karą do 2 lat pozbawienia wolności – informuje Renata Krut-Wojnarowska z Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie.

Ksiądz zaskarżył skazujący go wyrok. Kilkanaście dni temu w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie odbyła się rozprawa apelacyjna. Sąd przychylił się do wniosku proboszcza i całkowicie umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość czynu. Duchowny nie zostanie także wpisany do rejestru karanych.

- Na listach były same inicjały – komentuje wyrok Marcin Świerk z Sądu Okręgowego w Rzeszowie.

Na udostępnionych nam przez Gazetę Wyborczą listach wyraźnie widać pełne dane osobowe z informacjami, kto i ile wpłacał co miesiąc, a kto w ogóle nie płacił. Jak to możliwe, że sędziowie nie wzięli pod uwagę faktu, że wywieszone przed kościołem listy naruszyły dobre imię mieszkańców?

- Jest to nadużycie przepisu. Błędnie zastosowano w tym przypadku prawo. To jest ewidentne przestępstwo. Tworzono przecież i wywieszono zbiór danych. Mam apel do prokuratora generalnego o wniesienie kasacji, to jest przecież rażące naruszenie prawa, jest wrażenie, że jest przepis, a można go bezkarnie łamać – mówi prof. Andrzej Gaberle z Katedry Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Ksiądz proboszcz uważa, że nagonka na niego jest zemstą. Kogo i za co? Niektórych mieszkańców , którzy nie chcą obok swoich domów cmentarza. Nie pomogły protesty. Listy z nazwiskami proboszcz wywieszał prawie 4 lata.

Ksiądz Adam Boniecki, redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego zdecydowanie potępia zachowanie proboszcza parafii w Łukawcu. Uważa, że publiczne informowanie. kto nie wpłaca na rozbudowę plebanii czy cmentarza nie jest zgodne z wartościami chrześcijańskimi.

- Publikowanie nazwiska kogoś, kto nie dał, to wywieranie na niego presji. To przypomina metody PRL-owskie. Jeżeli to metoda na wyduszenie pieniędzy, to na pewno nie jest to metoda na związanie ludzi z Kościołem, nikt nie lubi być upokorzony publicznie. To są błędy szkodliwe dla Kościoła – twierdzi Ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego. *

* skrót materiału

Reporter: Artur Borzęcki aborzecki@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)