Wrocław: Skazany były poseł na wolności. Powód? Sędziowie zapomnieli o obrońcy…

Wrocławski przedsiębiorca i były poseł Zenon M. miał wyłudzić przeszło 22 mln zł bankowych kredytów. Wszystko działo się przed piętnastoma laty. Ale do dziś nie może zapaść prawomocny wyrok w tej sprawie. Kilka miesięcy temu Sąd Najwyższy – już drugi raz z rzędu – uchylił wyrok pięciu lat więzienia. Powód? Banalny. Wrocławski Sąd Apelacyjny nie zawiadomił o rozprawie jednego z dwóch obrońców oskarżonego biznesmena.

Teraz rozprawę trzeba będzie powtórzyć. Pierwszy raz Zenon M. został skazany w 2011 roku przez wrocławski Sąd Okręgowy. Wyrok ten utrzymał Sąd Apelacyjny ale uchylił Najwyższy w 2012 roku. Nakazał przesłuchanie w Sądzie Apelacyjnym jednego ze świadków. W 2013 roku zapadł kolejny wyrok – pięciu lat więzienia.

Oskarżonego broniło dwóch adwokatów. O terminie rozprawy – na której mieli przemawiać obrońcy – zawiadomiono tylko jednego.

W kasacji od tego wyroku obrońcy Zenona M. przekonywali, że to ograniczenie prawa do obrony. Bardzo poważny zarzut. Choć mieli znacznie więcej zarzutów do wyroku Sądu Apelacyjnego.

Ale Sąd Najwyższy w ogóle nie zajmował się innymi argumentami za uchyleniem wyroku pięciu lat. Wystarczyła tylko ta jedna sprawa – nie zawiadomiony obrońca. W lutym kolejny już więc raz – trzeci w ciągu ostatnich czterech lat – Sąd Apelacyjny będzie się zajmował sprawą Zenona M.

Przed laty był on jednym z najbogatszych wrocławian. Sponsorował drużynę koszykarską. Na początku lat 90-tych był posłem. Z kolei na początku kolejnej dekady trafił do aresztu. Właśnie m.in. w związku z podejrzeniami wyłudzania bankowych kredytów.

Kiedy przed rokiem przypominaliśmy jego sylwetkę mówił nam, ze jest pewien uchylenia przez Sąd Najwyższy wyroku skazującego. Jak się okazało miał rację.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3740125,wroclaw-skazany-byly-posel-na-wolnosci-powod-sedziowie-zapomnieli-o-obroncy,id,t.html

Głupia sprawa

Dostał dożywocie i przesiedział 12 lat za morderstwo, którego nie popełnił: – Ratował mnie Spinoza, Leibniz, Marek Aureliusz. I Horacy ze swoim nihil mirari. Niczemu się nie dziwić.

Piszę do Ciebie ten list od piętnastu lat. Każdego dnia rozmawiam z Tobą w myślach.

Od 12 stycznia 1999 roku. Pamiętasz? Byłeś chory, mama i ja pojechaliśmy z Tobą do lekarza. Ale zapomnieliśmy Twojej książeczki zdrowia i musiałem wrócić do domu. Wszedłem do salonu, akurat zadzwonił telefon. Stał na parapecie, więc rozmawiałem przy oknie. I nagle zobaczyłem uzbrojonych facetów w kominiarkach przeskakujących przez płot. Wybiegłem, żeby nie zastrzelili Tesy, naszego półrocznego psa, ale już leżał we krwi. Krzyknąłem: Jestem nieuzbrojony! Nie będę stawiał oporu! Skuli mnie bez żadnych wyjaśnień. Nie czułem strachu, myślałem: jakaś pomyłka. Dopiero na komendzie w Gdańsku usłyszałem od prokuratora: „Jest pan oskarżony o zabójstwo na zlecenie”.

Tego dnia widziałem Cię ostatni raz.

Przez następne 12 lat, 3 miesiące i 9 dni pozostałeś dla mnie czterolatkiem, który zasypiał mi na klacie. Dwanaście, trzy, dziewięć i Twoje imię – taki adres mailowy wymyśliłem sobie, kiedy mnie wypuścili w XXI wieku.

Numer dwa

Aresztowanie nie wywarło na mnie większego wrażenia. Wiedziałem, że nikogo nie zabiłem, i w duchu drwiłem z niekompetencji policji. Wytypowali przypadkowego chłopaka i wysłali po niego brygadę antyterrorystyczną. To mogło budzić tylko śmiech.

Następnego dnia zaprowadzili mnie na okazanie. Ustawili nas w pomieszczeniu z lustrem fenickim: kilku facetów na tle białej ściany. Przez mikrofon mówili, co mamy robić. Obróć się w prawo, obróć się w lewo, przejdź się po sali. Okazanie się skończyło i prokurator przyniósł mi protokół. Iwona C., naoczny świadek zabójstwa, jako sprawcę zbrodni wskazała numer dwa.

Ja byłem numerem dwa. Kolana mi zmiękły, w gardle urosła klucha. Zacząłem gorączkowo myśleć: o co chodzi?!

Nic się nie stało

A w skrócie chodziło o to. 28 grudnia 1998 roku, przedpołudnie, Gdańsk. Adam Kwaśny, instruktor jazdy konnej, jedzie samochodem ze swoją partnerką Iwoną do klubu jeździeckiego. Ostatni odcinek trasy to wąska polna droga. Z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Auta ocierają się, po czym się zatrzymują. Z obu samochodów wysiadają kierowcy. Jeden (Adam Kwaśny) mówi: „Nic się nie stało”. Drugi wyjmuje pistolet i strzela mu w głowę.

Iwona również wysiada i widzi z bliska, jak jej kochanek zostaje zabity. Widzi też, że w samochodzie mordercy siedzi drugi mężczyzna. Iwona jest byłą konkubiną Mariusza Nawrockiego (brata jednego z najbogatszych Polaków). Ma z nim dwie córki.

Oskarżone zostają trzy osoby: Mariusz Nawrocki pseudonim „Gajowy” – który zlecił zabójstwo (był zazdrosny o Iwonę, nie mógł się pogodzić z tym, że odeszła). Adam Sienkiewicz ps. „Siena” – za pośredniczenie między zleceniodawcą a sprawcą (organizował samochód, broń, zabójców). Ja: Czesław Kowalczyk ps. „Czester” – za dokonanie zabójstwa. Tylko że ja byłem niewinny, a ksywkę wymyśliła mi Twoja mama, bo oboje nie przepadaliśmy za imieniem Czesław.

Jak porwany

Pamiętam taką scenę: wiozą mnie z izby zatrzymań w Gdańsku nie wiadomo dokąd. Prokurator już postawił mi zarzut. Jedziemy pod górę, przez okno radiowozu widzę las i myślę: to pewnie jeden z ostatnich widoków na wolności. Co najmniej rok minie, zanim się wyjaśni, że jestem niewinny.

Nałożyli mi enkę, czyli piętno szczególnie niebezpiecznego przestępcy. Od tej pory otaczali mnie antyterroryści i siedziałem tylko na oddziałach o największym rygorze: Słupsk, Gdańsk, krótko Warszawa, długo Sztum. Więzienie w więzieniu.

To nie Czesław K. zabił w 1998 r. trenera jeździectwa: Gangster już nie kłamie?

Najgorsze były początki. Czułem się, jakbym został porwany. W Słupsku na ence siedziałem dwa miesiące bez żadnego przesłuchania. To jest tak: nie wiesz, co się dzieje. Jakby ktoś walnął cię w tył głowy. Nie masz żadnej możliwości działania. Żadnego telefonu do rodziny, jak na filmach, bo jesteś w areszcie śledczym i mógłbyś mataczyć. Aha, mogę pisać listy, ale przysługuje mi jeden znaczek w miesiącu. Pieniędzy nie mam, bo wszystko zabrali, nawet slipy. Piszę pisma: przesłuchajcie mnie, nic nie zrobiłem! W tym czasie prokurator gromadzi dowody, ale nie ma obowiązku informować mnie o postępach w śledztwie. Non stop myślę: co robić? Zasypiam na chwilę i budzę się z pytaniem: jak udowodnić, że jestem niewinny? Kto może mi pomóc?

Inaczej niż w kinie

Jak ludzie słyszą: „siedział za morderstwo, którego nie popełnił”, od razu widzą film „Skazany na Shawshank”. Wyobrażają sobie, jak walczę o przetrwanie wśród przestępców – na spacerniaku, stołówce, w łaźni, przy pracy. Tylko że ja przez pięć lat siedziałem w celi sam. 24 godziny na dobę sam. Na spacerniaku sam. Pięć lat nie oglądałem swojej twarzy.

Najdłużej byłem w Sztumie. Cela wąska jak kiszka. Siedem kroków długości, a na szerokość: jak rozpostarłem ramiona, z obu stron dotykałem ścian całymi dłońmi. Wejście: najpierw grube stalowe drzwi typu sejf. Dalej krata z otworem do wydawania posiłków (niewielki, głowy nie zmieścisz). Po prawej stronie kibel i umywalka, dalej ścianka, która ma chronić przed zarazkami resztę celi. Tuż za nią taboret i stolik, przy którym jem, piszę i czytam. U góry szafka. Dalej prycza. Każdy mebel przytwierdzony na stałe do podłogi lub ściany. Siennik tak ciężki, że niektórzy ćwiczyli nim jak sztangą (jak się później dowiedziałem). Na końcu, naprzeciw drzwi, piwniczne okienko na wysokości oczu (bo oddział jest w podziemiach). Niewielki z niego pożytek, bo otwiera je i zamyka automatycznie klawisz z dyżurki, więc ciągle jest zimno i wilgotno. A widać przez nie tylko mur.

I najważniejsze: nad wejściem jest kamera, która obejmuje całą celę. Powyżej żarówka za siatką. Leżeć na pryczy możesz tylko twarzą w jej stronę, więc cały czas świeci w oczy. 24 godziny na dobę. Śpisz przy świetle, bo strażnicy cały czas muszą widzieć, co robisz (również na kiblu). Jak kładziesz się tak, żeby nie raziło, albo zakrywasz głowę kołdrą, klawisz od razu przywołuje Cię do porządku przez interkom. W dzień możesz się położyć na pryczy, ale nie możesz się przykryć.

Od apelu o godz. 6.30 do apelu o 18.00 puszczają Radio Maryja. Na cały regulator – tak, że kawa w kubku wpada w rezonans i powierzchnia drży jak przy trzęsieniu ziemi. Dzień w dzień przez trzy lata. Nie, w areszcie nie można mieć stoperów.

Któregoś dnia wyciągnąłem się na łóżku, a zapomniałem zamknąć szafkę nad stołem. I nagle mnie olśniło! Otwarte drzwiczki rzucały cień na moją głowę na pryczy! Światło przestało mnie razić, a kamera wciąż widziała moją twarz. Trzy lata mi zajęło dojście, że można tak zrobić – bez uszczerbku dla regulaminu.

Ślady

Posiłki jadłem z Tobą. Ustawiłem sobie cztery zdjęcia, które przysłała mi mama. Skleiłem je nalepkami z opakowań jedzenia z kantyny, np. z płatków. I zrobiłem ołtarzyk. Oparłem o ścianę i siadałem naprzeciwko. Ja jadłem i Ty jadłeś. Na jednym zdjęciu masz cztery latka i niebieską bluzę, którą Ci kupiłem. Z wiewiórką, sową i zajączkiem. Na lewej ręce opierasz głowę, w prawej trzymasz widelec. Na talerzu z napisem „Przedszkole” niedojedzona czerwona kapusta i ziemniaki. Na drugim zdjęciu jesteś trochę starszy i mrużysz oczy od słońca. Uśmiechasz się znad kiełbasy z rożna. Wyglądasz identycznie jak ja w dzieciństwie: słomiany blondynek z niebieskimi oczyma.

Jak klawisze robili kipisz, zrzucali mi te zdjęcia, żeby sprawdzić, czy nie chowam za nimi skleconej naprędce broni.

Bo raz dziennie jest rewizja. Otwierają się drzwi sejfowe, później klapa w kracie i mówią: „Kipisz”. Rozbieram się do naga, staję plecami do kraty, żeby przez otwór skuli mi ręce. Wyprowadzają na korytarz, zamykają za sobą drzwi. Żebym nie słyszał, jak komentują, grzebiąc w moich rzeczach. A ja stoję cały czas skuty i nagi. Upodlony. Po kilku minutach wracam do celi, a tam wszystko wymieszane na kupie. Cukier z kawą i pościelą. Ale najgorsze, jak widzę ślady ich traperów. Na Twoich zdjęciach, synku. Na listach od mamy. Jakby zdeptali świętość.

Zresztą nie ma wyjścia z celi bez rozbierania. Wszystko jedno: czy przychodzi adwokat, czy idziesz na spacerniak, wygląda tak samo. Otwierają klapę, dajesz buty, skarpety, bluzę, spodnie, slipki, oni sprawdzają, ubierasz się, skuwają ręce przez kratę. Dopiero później otwierają, skuwają nogi i przeprowadzają łańcuch między jednym a drugim. Biorą pod pachy i niosą w pozycji na Małysza, tak, że widzisz tylko podłogę.

Witamy w klubie

Wyobraź sobie: zgarniają Cię z domu, oskarżają o zastrzelenie człowieka i w dodatku pakują do „klubu płatnych zabójców”. Bo na ławie oskarżonych posadzili mnie z ośmioma innymi facetami i urządzili proces zbiorowy. Wszystkim postawiono łącznie 62 zarzuty, w tym: czterech zabójstw, kilkunastu usiłowań zabójstw, porwań, pobić, nielegalnego posiadania broni, podkładania ładunków wybuchowych itd. Specjalnie dla nas zbudowano w gdańskim sądzie kuloodporną szklaną klatkę, pierwszą w Polsce.

Na czas rozpraw sąd był jak oblężona twierdza: zamknięty dla interesantów, wszędzie kłębili się antyterroryści i tajniacy. To dziennikarze wymyślili nazwę „klub płatnych zabójców” i sztucznie pompowali temat. Ale wszystkim to pasowało. Im grubsza sprawa, tym zasługi większe. Policja i prokuratura mogły triumfować, że rozbiły gang.

W takich warunkach przestajesz być osobnym człowiekiem, który ma swoje racje. Dla ludzi jesteś zwyrodnialcem i występujesz tylko w pakiecie z innymi zwyrodnialcami. Jak Hannibal Lecter z „Milczenia owiec”. Np. na miesięcznej obserwacji w szpitalu psychiatrycznym we Wrocławiu na całym piętrze byłem sam. Dlatego po pierwszej rozprawie wymyśliłem, że będę nosił okulary zerówki. Żeby się odgrodzić od świata, który traktuje mnie jak bestię. Rozumiesz? Dzieci, jak zamkną oczy, myślą, że ich nikt nie widzi. Tak samo ja próbowałem się schronić za okularami.

Śmiech pozoranta

Skoro byłem dla nich płatnym zabójcą, podejrzewali, że mogłem zastrzelić też generała Papałę. Ze Słupska zabrali mnie do Warszawy na okazanie w tej sprawie. Zabawne, jak niebezpieczny może być przedstawiciel handlowy. Bo zanim mnie aresztowali, sprzedawałem zestawy głośnomówiące klientom biznesowym. Akurat weszły regulacje o konieczności montowania ich w samochodach, więc to był złoty interes. Jak podpisałem kontrakt z dużą firmą spedycyjną, zarabiałem z 10 tys. zł na miesiąc. Chciałem zainwestować w fabrykę styropianu (pudełka na jedzenie dla fast foodów itd.). Wcześniej trochę handlowałem ciuchami, mydłem i powidłem – jak to w latach 90. A teraz skuli mnie, założyli kominiarkę, kamizelkę kuloodporną i rzucili na podłogę radiowozu. Z pięć godzin jechałem tak, leżąc na brzuchu. Ze mną dwóch antyterrorystów. Konwój liczył z pięć samochodów.

Na okazaniu ustawili mnie i kilku studentów jako pozorantów. Jakaś kobieta wskazała jednego z nich, więc podśmiewał się, jaki to z niego zabójca. Wtedy powiedziałem: siedzę już półtora roku, bo jedna kobieta podobnie wskazała mnie. Pamiętam jego minę: jak uśmiech gaśnie i przeradza się w strach.

Gdzie jest tata?

Śnił mi się po nocach, synku, Twój ciężar na mojej klacie. Twoja ufność. Wdrapywałeś się na kanapę, później na mnie i zasypiałeś przytulony. W nocy też spałeś z nami. Dużo wtedy jeździłem i miałem w samochodzie na stałe wmontowany fotelik dla Ciebie. Jak mama chodziła na wykłady (studiowała dwa kierunki), jeździłeś ze mną. Lubiłeś to, byłeś bardzo grzeczny.

W areszcie strasznie tęskniłem za Wami, ale pierwszy list od mamy dostałem po trzech miesiącach. Bo cała korespondencja musiała przejść przez cenzurę. Decydował prokurator: puścić dalej, ocenzurować, zawrócić czy dołączyć do akt.

Martwiłem się. Mama pisała, że po moim aresztowaniu zacząłeś bardzo chorować (anginy, zapalenie płuc) i że zrobiłeś się agresywny. Biłeś kolegów na podwórku i w przedszkolu. I ciągle pytałeś: gdzie tata? Kiedyś specjalnie rozbiłeś szybę i mama powiedziała Ci: „Tata wyjechał, bo musi zarobić na tę szybę. Jak będziesz grzeczny, to wróci”. Nie miałem pojęcia, że ten niewinny początek będzie miał takie skutki.

Ucieczka

Zastanawiałeś się, jak byś się zachował na moim miejscu?

Jak miałem 15 lat, przeprowadziłem się spod Lublina do Gdyni, bo marzyłem o żeglowaniu. Zrobiłem uprawnienia, a rok później pracowałem też w stoczni jako nurek. Normalnie sprawdzałem, czy kadłub statku nie jest uszkodzony, ale tego dnia wyławialiśmy nurka, który zginął pod wodą. Zaplątał się w sieci i widać było, że rozrywał je rękoma, bo dłonie miał ponacinane aż do kości. A cały czas miał przy sobie nóż i mógł się spokojnie wydostać na powierzchnię, gdyby nie wpadł w popłoch. Zapamiętałem na resztę życia: panika to najgorszy wróg.

W więzieniu powiedziałem sobie: wszystko mieści się w głowie. Zabrali mi wolność, ale nie zabiorą zdrowia. Zabrali mi wolność, ale czasu nie zmarnują.

I zacząłem łapczywie czytać książki i uczyć się angielskiego. Tylko że w więzieniu dominują lektury z czasów Lenina i „żółte tygrysy”. Jeśli chcesz dostać książki z wolności, musisz napisać wniosek i podać autora oraz tytuł. Kiedyś, żeby ośmieszyć tę procedurę, poprosiłem o „Mini-podręcznik partyzanta miejskiego” Carlosa Marighelli. I go dostałem. A przecież to jest instrukcja, jak konstruować bomby, jakiej broni używać, itd. – nie ma gorszej książki dla mordercy!

Czytałem też na głos. Bałem się, że po latach izolowania nie będę umiał myśli zamieniać w zdania. Myślę, że w areszcie przeczytałem ponad tysiąc książek. Niektórych nie zdołałem, bo Twoja mama stwierdziła: „Piszesz, abym wysłała rzeczy. Wstydzę się wysyłać paczki w takie miejsce”.

Ratował mnie Spinoza, Leibniz, Marek Aureliusz. I Horacy ze swoim nihil mirari. Niczemu się nie dziwić.

Grałem też w szachy. Drewniane, turystyczne. Dostałem je w paczce od dziadka. Wpinałem maleńkie figury w 6-centymetrową szachownicę. Ale ileż można wygrywać z samym sobą? Przez pięć lat tylko raz zremisowałem.

Nagroda i kara

Złość wyrzucałem na treningu i przez medytacje.

Mogłem ćwiczyć godzinę dziennie na spacerniaku (ciasny jak cela, tylko bez mebli i z kratą zamiast sufitu). Jedno okrążenie to 18 kroków. Przynosili mnie na Małysza, rozkuwali i na zmianę: biegałem i pompowałem. Kiedyś wpadłem na pomysł, że będę robił tyle pompek, ile dni przesiedziałem. Zacząłem chyba od sześciuset. Ale jak doszedłem do ośmiu setek, stwierdziłem, że ta godzina nie wystarcza. Zresztą pod koniec musiałbym dojść do 4,5 tysiąca.

Treningi trzymały mnie w pionie. Od trzeciej klasy podstawówki trenowałem zapasy. Później żeglowałem, nurkowałem, latałem na lotni, skakałem na spadochronie (w wojsku byłem w brygadzie powietrznodesantowej). Więc w Sztumie nie obchodziło mnie, że do biegania mam tylko kamasze (na ence dają spodnie, bluzę i buciory do kostek). Nie zniechęciłem się nawet, jak w 2002 roku zabrali więźniom z enek sznurówki. Bo w Warszawie znaleziono „Saszę” powieszonego w celi (podobno zabił Jacka Dębskiego, byłego ministra sportu). Znalazłem sposób i na to. Wyprułem gumkę ze slipów, rozerwałem na cienkie paski i związywałem buty w jednym miejscu pod językiem – żeby strażnicy nie zauważyli.

Palenia nie rzuciłem natychmiast. Ale pozwalałem sobie palić raz, góra dwa razy dziennie. Nagradzałem się i karałem w ten sposób. Jeśli w dzień nie zrobiłem treningu i lekcji angielskiego, nie zasługiwałem na nagrodę po apelu.

Ale naprawdę przeżyłem dzięki Tobie. Ta radość, którą czerpałem z rozwoju, to Twoja zasługa, bo robiłem to z myślą o Tobie. Żebyś się mnie nie wstydził, kiedy wyjdę na wolność.

Klucz

Zanim się urodziłeś, poprosiłem Twoją mamę o rękę. Dałem jej pierścionek z trzema brylantami: mały, średni, duży. Potem śniło mi się, że mamy trójkę dzieci. Oświadczyny przyjęła, ale ślubu nie wzięliśmy. A Tobie daliśmy moje nazwisko.

Lata mijały, rosłeś, a ja w więzieniu dostawałem Twoje zdjęcia i powoli docierało do mnie: już nie nauczę Cię jeździć na rowerze. Już nie ze mną złowisz pierwszą w życiu rybę. Bolało. Ale co miałem robić? Nie mogłem Cię nawet zobaczyć. Marzyłem, żebyś mnie odwiedził. Ale mama powiedziała „nie” i wierzyłem, że to dla Twojego dobra.

Jak miałeś z siedem lat, znalazłeś niechcący mój list z adresem zwrotnym z więzienia (mama je ukrywała). Wziąłeś kolegę i wyruszyłeś, żeby mnie odszukać. Ale jakiś dorosły zawrócił Cię z przystanku.

Niedługo później wpadłem na pomysł, żeby na komunię oprócz pieniędzy, roweru czy zegarka podarować Ci klucz. Żeby wyzwolić w Tobie ciekawość. Wyobrażałem sobie, że jak wyjdę na wolność i wyprostuję swoje życie, do tego klucza dopasuję Ci dom. Albo garaż, w którym będzie czekał samochód. Albo że to będzie klucz od mariny, a w niej łódź dla Ciebie. Chciałem pobudzić Twoją ciekawość, bo – jak powiedział Einstein – „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”. Niestety, Twoja mama stwierdziła, że to głupi pomysł.

Uszczerbek

Mózg nie boli, ale jak mu ciężko, to przerzuca ból na coś innego. I mnie bolały nerki. Zacząłem kuleć bez powodu. Miałem kłopoty ze wzrokiem.

Wiesz, że w Sztumie straciłem siedem zębów? Któregoś dnia wyrwano mi dwa naraz. Najgorsze, że leczenie tam odbywało się tylko szczypcami. Jak już przychodzisz, to albo wyrywają, albo zmarnowałeś ich czas. Dlaczego facet po trzydziestce traci jedną czwartą uzębienia? Może dlatego, że siedziałem w piwnicy, w stresie, bez witamin i światła dziennego…

W głowie

W 2003 roku dostałem dożywocie.

Ale nadzieja umiera ostatnia. Przeczytałem o badaniu na szczurach. Wrzucano je do akwarium do połowy wypełnionego wodą, ale na tyle wysokiego, że nie mogły wyjść. Pływały średnio pięć godzin, po czym tonęły. Innym szczurom wrzucano na chwilę drabinkę, ale zabierano, zanim się wydostały. Te szczury pływały średnio siedem razy dłużej. Nie ma lepszego dowodu na to, że w głowie jest ocalenie.

Pewnego dnia zaprowadzili mnie na widzenie. Za szybą starsza kobieta. Przedstawia się, mówi, że mieszka w moim domu (Ty i mama przeprowadziliście się do dziadków po aresztowaniu). Czy zgodzę się, żeby się tam zameldowała? Bo czytała o mnie w gazetach i pomyślała, że dom mi się już nie przyda.

W więzieniu nauczyłem się niczym nie ekscytować. Gdybym miał się podniecać, chociażby tym, że dostałem dożywocie, musiałbym sobie przegryźć żyły.

Odbicie

Najlepsza kara dla mordercy: żeby marzył o kontakcie z drugim człowiekiem. Wtedy nawet najgorszy debil jest zbawieniem. Cieszysz się jak Robinson Crusoe Piętaszkiem.

No i stało się: zdjęli mi enkę! Poszedłem do magazynu, skąd więźniowie biorą materace i inny sprzęt. Pierwszy raz klawisz nie zakuł mnie w kajdanki, nie nieśli mnie jak tłumok. Czułem się, jakbym wyszedł z więzienia. Obok stał człowiek, którego właśnie zamknęli. Odebraliśmy, co trzeba, i rozeszliśmy się do różnych cel. On pewnie martwił się, jakby stracił milion dolarów, a ja cieszyłem się, jakbym pozbył się miliona dolarów długu.

Do tej pory przez pięć lat nie widziałem swojej twarzy. Na ence co drugi dzień musieliśmy się golić, więc klawisz przynosił maszynkę jednorazową i plastikową płytkę wielkości smartfona udającą lusterko. Z jednej strony miała naklejoną srebrną folię – jak od czekolady, i to musiało wystarczyć. I tego dnia jako 38-latek przejrzałem się w lustrze… Zobaczyłem starego obcego człowieka.

Ile jeszcze?

W więzieniu nie boli to, co złe. Boli dobre, które mi zabrano.

W 2001 roku Twoja mama napisała do mnie ostatni list. Później już tylko kartki okolicznościowe. W styczniu 2008 roku dostałem kartkę na urodziny. Kwiatki, różowe serduszka, po prawej stronie fabryczne: „Dużo szczęścia i słodyczy oraz samych radosnych chwil…”. A po lewej odręcznym pismem: „Trzy dni temu zmarł Twój przyjaciel. (…) Nie chcę się więcej z Tobą kontaktować. To nie przeze mnie tam jesteś. Nie jestem Tobie nic winna. Już i tak bardzo mnie skrzywdziłeś”.

Cały 2008 rok był jak ta kartka: z jednej strony nadzieja, z drugiej cios.

W lipcu Trybunał w Strasburgu nakazał mnie wypuścić. Ja i moi adwokaci dostaliśmy wyrok pocztą, dołączyliśmy do akt. Sąd czekał, aż tłumacz przysięgły przełoży go z angielskiego. Przed rozprawą adwokaci już nie umawiali się ze mną na następne spotkanie w więzieniu, tylko powiedzieli: „Wpadniesz do kancelarii. Adres znasz”. Już planowałem, synku, że będziesz ze mną mieszkał. Miesiąc u mnie, miesiąc u mamy, albo przynajmniej wakacje i weekendy u mnie.

Ale na rozprawie sędzia stwierdził: „Mimo że Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, iż (…) nastąpiło naruszenie art. 5 § 3 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności poprzez stosowanie wobec Czesława Kowalczyka aresztu tymczasowego w nadmiernym wymiarze, wskazać należy, że sądy krajowe nie są związane orzeczeniami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Pamiętam reakcję adwokata: naprawdę szczęka mu opadła. Ja czułem się, jakby mi ktoś wbił nóż w plecy. Później potwierdził to stanowisko Sąd Apelacyjny.

W skrócie: polskie sądy są niezawisłe i Strasburg może im skoczyć.

W grudniu 2008 roku uchylono mi dożywocie i wlepiono 25 lat. Sąd powtórzył wszystkie błędy z poprzedniego procesu. W uzasadnieniu wyroku wpisał np. nieprawdziwe nazwisko panieńskie mojej mamy i te same literówki.

A Twoją mamę rozumiem: została bez pieniędzy, bez wsparcia, z małym dzieckiem, studiami, z piętnem kobiety mordercy. Nie mam żalu, że mnie opuściła. Żadna miłość nie przetrwa dożywocia. Ale mam żal, że zabiła miłość synka do ojca. Ciocia pisała, że ciągle pytałeś: „Ile jeszcze tata musi pracować, żeby zapłacić za rozbitą szybę?”. Później mama zmieniła taktykę i powtarzała przez lata: „Tata wyjechał, bo cię nie kocha”.

Wiele razy płakałem. Może bez łez (wciąż wydaje mi się, że jestem obserwowany). Ale płakałem.

Przez przypadek

Na jakiej podstawie w ogóle mnie wytypowano i aresztowano?

Bo znałem Mariusza Nawrockiego (chciałem współpracować z jego bratem przy otwarciu fabryki styropianu, więc widzieliśmy się parę razy). Bo byłem podobny do Zbigniewa D., który zastrzelił Kwaśnego. Tak twierdziła Iwona C., choć moim zdaniem portret pamięciowy zabójcy (mały prosty nos, pyzata twarz, uszy przylegające do głowy) w ogóle nie przypominał mnie.

W 2011 roku ja siedziałem, a wszyscy trzej byli na wolności: pośrednik Adam Sienkiewicz (dostał za to 15 lat, a wyszedł po ośmiu), kierowca Piotr R. i zabójca Zbigniew D. Sienkiewicz nigdy nie zeznał, że to ci dwaj zabili Kwaśnego, bo czuł się związany regułą lojalności (za nielojalność mogli mu zabić rodzinę). Ale w 2011 roku Zbigniew D. wpadł przy napadach na TIR-y i poszedł na współpracę. Zaczął sypać kolegów za różne przestępstwa sprzed lat, np. rabunki. Wymienił m.in. nazwisko Sienkiewicza. Wtedy ten poczuł się zwolniony z reguły lojalności i opowiedział ze szczegółami, kto i jak zabił Kwaśnego.

To była jedna z moich trzystu rozpraw. Przychodziłem już w kapciach. I nagle 20 kwietnia 2011 roku prokurator mówi: „Są nowe dowody”.

Sędzia czyta zeznania Sienkiewicza, Sienkiewicz na żywo je potwierdza i uchylają mi areszt.

Nikt się tego nie spodziewał. Adwokat zadzwonił do mojego przyjaciela: „Przyjedź po Czesia”. A on: „Co się stało? Nie wytrzymał?”. Był przekonany, że jak wychodzę, to tylko w trumnie. A ja wyszedłem w klapkach, które kupiła mi siostra.

Na drogę z więzienia do nowego życia dostałem 12 złotych. Chyba po złotówce za każdy rok niesłusznej odsiadki. Ale pod bramą czekali przyjaciele. Jeden dał spodnie, drugi buty i zabrali mnie do restauracji na wzgórzu w Gdyni. Widziałem całą Zatokę Gdańską aż po Hel. Czułem euforyczne szczęście. Kolory, zapachy, wiatr – doznania aż parzyły. Wszystko cieszyło i zadziwiało – jakbym nagle wylądował na Mauritiusie.

Jeszcze przez wiele miesięcy gęba sama mi się śmiała, aż ludzie brali mnie za obcokrajowca.

W nowym świecie

Tylko że nie miałem nic. Wyszedłem z domu z ogrodem, a wróciłem do ruiny zasypanej śmieciami po pas. Wszystko, co mogli, wyrwali: okna, drzwi, wannę, umywalkę, wypruli kable ze ścian. Nawet bramę wywieźli na złom. W ogrodzie – góry odpadów: plastiki, szmaty, sprzęt AGD, buty, cztery metalowe wózki z Tesco, sedes. Część rzeczy rzucali z balkonów mieszkańcy 12-piętrowego bloku, który stoi tuż obok. Jedna butelka do tej pory tkwi wbita w dach mojego domu.

Pojechałem do Ciebie do Warszawy (już od pięciu lat mieszkaliście w stolicy). Ale mama oświadczyła, że muszę zaczekać. Bo masz egzaminy gimnazjalne i nie powinniśmy mieszać Ci w głowie. Przyznałem jej rację. Wierzyłem, że to dla Twojego dobra. Wielkanoc spędziłem z siostrą i mamą w Lublinie.

Wiesz, że wszystko dostałem od ludzi? Ubrania, buty, rower, nawet starego peugeota. Przyjmowałem z wdzięcznością, cieszyłem się jak dziecko. Ale najpiękniejszy prezent dostałem od Duszka – mojego przyjaciela. Wiesz: szef dużej firmy, żona – dyrektorka szkoły. Przyjechałem do nich na weekend po świętach. Musieli wyjść na imprezę biznesową, więc zostawili mi dom, mówiąc: „Zostań z dzieciakami. Zjedzcie kolację i dopilnuj, żeby poszły spać”. Zaufali mi, choć nie byłem jeszcze uniewinniony.

Musiałem się z czegoś utrzymać, więc szukałem pracy. Ale jak mówiłem, kim jestem, to po pierwszym zdaniu już nie było drugiego. Piętno mordercy to jedno, ale ja byłem jak UFO. Nie znałem wartości pieniądza, nie rozumiałem, jak działa internet bezprzewodowy. Pierwsza książka, którą kupiłem to „Komputer dla seniora”.

Pamiętasz Tesę, naszego psa? Mnie aresztowali, a ją postrzelili. Okazało się, że przeżyła, ale mama oddała ją do Ciapkowa – schroniska dla zwierząt w Gdyni. Później pisała, że ciągle pytasz o mnie i o Tesę. I że bardzo tęsknisz.

Wkrótce po wyjściu poznałem wspaniałą kobietę. Ma na imię tak samo jak Twoja dziewczyna, do dziś jesteśmy razem. Ona mówi, że wtedy byłem dziki, wycofany. Że różnica między zwykłym człowiekiem a mną była taka, jak między psem a psem z Ciapkowa.

No i przygarnęła mnie jak przybłędę.

Temida ślepa i głucha

12 lat trzymano mnie w areszcie tymczasowym na podstawie jednych odwołanych zeznań. Iwona C. wskazała mnie jako zabójcę 13 stycznia 1999 r. Ale już dwa tygodnie później wycofała się ze swojego stanowiska. Bo zobaczyła prawdziwego sprawcę w Gdyni na hali. Okazało się też, że podczas okazania była pod wpływem silnych leków psychotropowych. Poza tym najpierw twierdziła, że sprawca był w bejsbolówce mocno naciśniętej na głowę, a przy innym przesłuchaniu – że zabójca miał krótkie blond włosy. Jak można widzieć coś, co było zasłonięte?

Kilka miesięcy później Mariusz Nawrocki przyznał się, że zlecił morderstwo Kwaśnego, i wymienił nazwiska dwóch sprawców i jednego pośrednika. Wśród nich nie było mojego. Ale uznano jego zeznania za niewiarygodne.

Prosiłem ustnie i pisemnie: przesłuchajcie mojego kierowcę Marcina Willamowicza (woził mnie, bo straciłem prawo jazdy za zbyt szybką jazdę). On na pewno będzie pamiętał, co robiliśmy 28 grudnia 1998 r., i potwierdzi moje alibi. Po wielu miesiącach usłyszałem, że był przesłuchiwany, ale nic nie wniósł do sprawy. Dopiero z akt dowiedziałem się, że został przesłuchany, ale rok przed zabójstwem, w zupełnie innej sprawie! W mojej przesłuchano go po dziesięciu latach.

Twoja mama też dzwoniła na policję, że chciałaby zeznawać, bo w chwili zabójstwa co prawda nie była ze mną, ale rozmawialiśmy przez telefon. Wystąpiła o billingi z telefonów rodziców i naszego domowego. Usłyszała, że to już nie ma znaczenia, bo okazanie potwierdziło, że to ja zabiłem Kwaśnego. Prokurator Paszkiewcz przesłuchał ją po ośmiu miesiącach. W tym czasie nie mogła przyjść na widzenie, bo moglibyśmy mataczyć.

Zaostrzone dożywocie z 2003 roku (dopiero po 40 latach mógłbym się ubiegać o zwolnienie warunkowe) zasądził Waldemar Kuc. Sędzia, którego potem dożywotnio usunięto z zawodu, bo prowadził samochód, mając 1,2 promila alkoholu, uczestniczył w kolizji, po czym udał się do sądu i poprowadził dwie rozprawy.

To tylko kilka najbardziej rażących nieprawidłowości. Naprawdę uważasz, synku, że to ja Cię zawiodłem?

Niekończąca się historia

Sąd uniewinnił mnie prawomocnym wyrokiem dopiero 21 sierpnia 2012 roku.

Tylko że prokurator Paszkiewicz do ostatniej chwili próbował udowodnić, że byłem zamieszany w zabójstwo Kwaśnego. Skoro go nie zamordowałem, to przynajmniej odpowiem za nielegalne posiadanie broni. W 1999 roku to było logiczne: jeśli uważano, że zastrzeliłem człowieka z pistoletu, musiałem mieć broń. Więc areszt był stosowany co do dwóch czynów: zabójstwa oraz nielegalnego posiadania broni. W dniu 28 grudnia 1998 roku – to ważne. Ale skoro nikogo nie zabiłem?

Oskarżyciel wykorzystał zeznania Nawrockiego: że w grudniu 1998 roku rzekomo zapytał mnie, czy mógłbym załatwić mu pistolet (na prezent dla brata lub do jego ochrony, bo w tym czasie wielokrotnie próbowano zabić Macieja N.). Że w Wigilię spotkaliśmy się we trzech na stacji benzynowej w Gdyni, żeby przekazać broń. Że dostałem ją w plastikowej torbie od niejakiego Roufafa i zaniosłem do samochodu Nawrockiego. Ciekawe, że teraz sąd uwierzył Nawrockiemu. A w 1999 roku, kiedy twierdził, że nie mam z morderstwem Kwaśnego nic wspólnego, sąd uznał jego zeznania za niewiarygodne. Czyli aresztowano mnie za zabójstwo dokonane 28 grudnia, a teraz skazano za nielegalne posiadanie broni cztery dni wcześniej, czego w ogóle nie było w zarzutach.

W uzasadnieniu wyroku sąd napisał, że nie stwierdzono, czy to była ta sama broń. Bo pistoletu, z którego zastrzelono Adama Kwaśnego, nigdy nie znaleziono. Zabójcy rozebrali go na części i porozrzucali po śmietnikach. A tego, który rzekomo miałem przekazać Nawrockiemu, nigdy nie widziano. Więc na jakiej podstawie prokurator Paszkiewicz uznał mnie za winnego po raz kolejny? Na prostej: że odsiedziałem 12 lat! Rozpaczliwa próba ratowania twarzy.

No i w pierwszej instancji dostałem za pistolet 1,5 roku. Tylko że już odsiedziałem 12 lat. A zarzut o nielegalne posiadanie broni przedawnił się po 15 latach. Ale wnieśliśmy apelację. Bo od tego wyroku zależy, jakie dostanę odszkodowanie od państwa (z tytułu utraconych zarobków i zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie).

Nałożyli mi enkę, czyli piętno szczególnie niebezpiecznego przestępcy. Przez pięć lat siedziałem w celi zupełnie sam

Niestety, wyrok zapadnie nieprędko, bo świadkiem w mojej sprawie jest Mariusz Nawrocki. A jego wypuszczono z więzienia na operację serca, po której postanowił nie wracać za kraty. I teraz nie mogą go znaleźć. Tak moja przygoda z wymiarem sprawiedliwości trwa.

Prawie w cztery oczy

Dopiero po egzaminach gimnazjalnych mama powiedziała Ci, kim w ogóle jestem, i spotkaliśmy się ten pierwszy raz. Czerwiec, ładna pogoda. Spacerowaliśmy po parku: Ty i ja z przodu, mama z mężem z tyłu. Miałem kluchę w gardle, choć wcześniej układałem sobie scenariusze. Ale do takiej rozmowy nie da się przygotować.

„Głupia sprawa” – powiedziałeś mi wtedy. „Wybacz, że nie rzucam ci się na szyję, ale dla mnie jesteś obcym człowiekiem. Dziesięć lat cię nienawidziłem”.

„Głupia sprawa”. To zdanie mnie rozjebało. Przepraszam, normalnie nie przeklinam. Z przekory nie kląłem nawet w więzieniu, co robiło spore wrażenie na innych.

Masz rację, głupia sprawa. Dla policji, prokuratury i sądu – bo jak można dopuścić do tylu nieprawidłowości? Głupia sprawa dla Ciebie, mamy mojej i Twojej, dla mnie i całej rodziny – że zrujnowali nam życie. Dla państwa – bo jak wycenić teraz tę ruinę? Moje nadszarpnięte zdrowie, zęby, które już nie odrosną, rysę na psychice? Zrujnowany dom, brak pracy, przyjaciół? I najważniejsze dla mnie: straconą miłość syna?

Może pójdę do prokuratora Paszkiewicza? I powiem: „Głupia sprawa, stary. Przez twoją zapiekłość siedziałem 12 lat w areszcie i syn nie chce mnie znać. Skoro możesz wszystko, spraw, żeby znów mnie pokochał”.

Zabawne…

Wysłałem Ci też list, który pisałem przez dziesięć lat w więzieniu. Właściwie cały zeszyt. Mama stwierdziła, że Ci go nie da, bo „mógłby uszkodzić Twoją kruchą psychikę”.

Rozumiem, że ułożyliście sobie życie beze mnie. Aż nagle pojawiam się i burzę Wasz ład. Jak ujęła to mama: „Nie było cię naście lat, a teraz zabiegasz o atencję syna. Nie masz do tego prawa”. Ale serce nie sługa. Nie potrafię inaczej.

Pamiętasz, kiedy mieszkałem na łodzi w Gdyni? Odnawiałem papiery żeglarskie. A Ty należałeś do kadry i przyjeżdżałeś na regaty. Kiedyś natknąłeś się na mnie w marinie i zdziwiłeś się:

– Co ty tu robisz?!

– Mieszkam – odpowiedziałem. – Jak będziesz miał chwilę, zajrzyj do mnie na łódkę.

Ale nie przyszedłeś. Za to zadzwoniła Twoja mama: „Jego koledzy się śmieją, że zaczepia go jakiś pedofil”.

A wiesz, że widziałem wszystkie Twoje zawody? W Zatoce Gdańskiej i Puckiej, na Zalewie Zegrzyńskim. Ty pływałeś na żaglówce, a ja z daleka na skuterze wodnym. Patrzyłem, jak Ci idzie. Raz moja partnerka zrobiła zdjęcie: widać moją głowę, a daleko na horyzoncie Twoją łódkę. Śmiałem się, że mam zdjęcie z synem.

Marzenie

Mam 48 lat. Żyję z prac dorywczych, ostatnio byłem w rejsie na Grenadynach. Jeśli dostanę odszkodowanie, chciałbym tylko kupić katamaran i wozić turystów. W lecie po Morzu Śródziemnym, w zimie po Karaibach. Na razie działam w Stowarzyszeniu „Niepokonani 2012″, bo pokrzywdzonych przez państwo jak ja zgłosiło się 5 tysięcy.

Od wyjścia z więzienia minęły trzy lata. Moja partnerka skarży się, że nie gaszę światła i nie zamykam drzwi. Cóż, przez 12 lat robili to za mnie inni. Codziennie wstaję na apel. O 6.30 umyty i ubrany, tak mocno mam to zakodowane.

Nie umiem mówić o emocjach, unikam tego jak ognia. Tobie jednemu centralnie mówię: kocham Cię. I to do szaleństwa.

Na 18. urodziny dałem Ci zegarek. Miałem wiele lat, by przemyśleć, co w życiu jest ważne. Wygrawerowałem: „Nie lękaj się”. Żebyś się nie bał iść za głosem serca. Żebyś sobie ufał. „Spełniaj marzenia swoje, a nie innych ludzi” – powiedziałem Ci rok temu. Ja mam jedno marzenie: żebyśmy razem popłynęli w rejs przez Atlantyk. Nie znałeś mnie, a Twoją pasją jest żeglarstwo – jak moją. Nie jesz surowych pomidorów – jak ja. Żartują, że jesteś filozof – jak ze mnie.

Jeśli człowiek nie wie, że coś stracił, to tego nie szuka. Ty nie wiesz, że straciłeś.

Przez lata wyobrażałem sobie różne scenariusze. Ale nigdy takiego, że nie będziesz chciał mnie znać. W dodatku ostatnio zmieniłeś nazwisko. Ludzie widzą, jak mnie to boli, i próbują pocieszać: „Daj mu czas. On to kiedyś zrozumie”. Ale ja wiem, że to bzdura. Zabiegam o Twoją miłość już trzy lata. Jeśli mnie nie poznasz, to mnie nie pokochasz.

gazeta.pl

Niezwykły proces: prokuratura kontra sędzia. Spór o pieniądze podatników

Wrocławska Prokuratura Apelacyjna wytoczyła proces Sędziemu Sądu Apelacyjnego a zarazem profesorowi prawa karnego i byłemu prokuratorowi Jerzemu Skorupce. Domaga się od niego 14,2 tys. zł. Chodzi o pieniądze ze specjalnego państwowego funduszu na mieszkaniowe pożyczki dla prokuratorów. Udzielane na bardzo preferencyjnych warunkach. Zdaniem NIK-u – proces jest efektem kontroli Izby – profesor skorzystał z przywileju, który mu się nie należał.

Najwyższa Izba Kontroli – dodajmy – wykryła więcej takich przypadków. Z ustaleń kontrolerów wynika, że w latach 2010 – 2012 pięć osób korzystało z przywileju spłacania mieszkaniowych pożyczek na preferencyjnych warunkach choć przestały być prokuratorami. Zgodził się na to wrocławski Prokurator Apelacyjny. Tymczasem przywilej państwowych pożyczek mieszkaniowych mają prokuratorzy. Na niższych odsetkach państwowa kasa stracić miała 30,6 tys zł. NIK – w wystąpieniu pokontrolnym – nazywa to ostro „naruszeniem dyscypliny finansów publicznych”. Prokuratura Apelacyjna z tym zarzutem się nie zgadza.

W myśl prawa każdy prokurator (dotyczy to również sędziów) może wziąć mieszkaniową pożyczkę z budżetu państwa. „Zwykły” człowiek na takich warunkach pożyczki nie dostanie. Jej oprocentowanie to prognozowana na dany rok inflacja zapisana w projekcie budżetu państwa. W 2010 roku było to na przykład 1 procent. Profesor Skorupka – w 2005 roku gdy był jeszcze Prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej – dostał 70 tysięcy złotych takiej pożyczki. Trzy lata później został sędzią. Poprosił Prokuratora Apelacyjnego by ten zgodził się na spłacanie pożyczki na dotychczasowych zasadach. Czyli tak jakby prof. Skorupka nadal był prokuratorem. Dostał taką zgodę.

NIK ujawnił tę historię w 2013 roku. I ocenił, że nie należało się zgadzać. Przepisy dają tylko jedną możliwość rozliczenia pożyczki gdy ktoś odchodzi z prokuratury. Niespłaconą kwotę oddaje jednorazowo z wyższymi odsetkami. W 2008 roku było to 7,24 procent. I nie ma przy tym znaczenia czy odchodzi do sądu czy gdzie indziej. NIK ujawnił cztery inne przypadki prokuratorów, którzy odeszli a spłacali nadal pożyczki na korzystnych dla siebie warunkach. Jak się dowiedzieliśmy te cztery osoby zapłaciły do państwowej kasy wyższe oprocentowanie po wezwaniu z Prokuratury Apelacyjnej. Odmówił sędzia Jerzy Skorupka. Prokuratora Apelacyjna – w pozwie – domaga się od niego 14,2 tys. zł. z czego 8,4 tys. zł. to wyższe oprocentowanie, jakie należało wyliczyć w lipcu 2008. Wrocławski sąd we wrześniu wydał nakaz zapłaty. Czyli bez procesu uznał, że roszczenie Prokuratury Apelacyjnej jest słuszne. Ale sędzia sprzeciwił się i zaczął się normalny proces.

Dlaczego prof. Jerzy Skorupka nie chce zapłacić?

– Zostało zawarte porozumienie. Dysponent pieniędzy budżetowych wyraził zgodę żebym spłacał pożyczkę na dotychczasowych zasadach – mówi sędzia Jerzy Skorupka. – Jeżeli ktoś jest winny naruszeniu dyscypliny finansów publicznych to ówczesny Prokurator Apelacyjny. Przecież znali stan prawny i długi czas im to nie przeszkadzało. Dlaczego teraz swoją winę chcą przerzucić na kogoś innego? – Ale dlaczego prosił Pan o możliwość spłaty pożyczki na dotychczasowych zasadach po odejściu z prokuratury? – Dopytujemy. – Przecież prawo nie przewidywało takiej możliwości? – Uznałem, że jeśli będzie porozumienie to na zasadzie porozumienia taką pożyczkę będzie można spłacać i dlatego w spokoju ta pożyczka została spłacona. Zwróciłem się do Prokuratora Apelacyjnego. Mógł się nie zgodzić – odpowiada sędzia.

Dlaczego więc się zgodził? Co z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych? Anna Zimoląg Rzecznik Prasowy Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu: Prokurator został powołany do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, w związku z czym zrzekł się stanowiska prokuratora. Następnie wystąpił do Prokuratora Apelacyjnego we Wrocławiu z wnioskiem o umożliwienie mu spłaty pożyczki na dotychczasowych warunkach, na co otrzymał zgodę. W ówczesnym stanie prawnym – prokuratura i sądy były częścią tego samego resortu – decyzja ta nie budziła wątpliwości. Pani rzecznik nie zgadza się też z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych, o którym napisał NIK w wystąpieniu pokontrolnym. Jak tłumaczy o naruszeniu dyscypliny można mówić wtedy gdy czyjeś zaniedbanie powoduje, że nie ma prawnych możliwości dochodzenia należnych skarbowi państwa pieniędzy bo nieznana jest kwota jaką należy egzekwować. A w tej sprawie należności skarbu państwa zostały wyliczone i Prokuratura Apelacyjna domaga się ich zwrotu w sądowym procesie.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3697038,niezwykly-proces-prokuratura-kontra-sedzia-spor-o-pieniadze-podatnikow,id,t.html

NIK: Zabrać fotoradary straży miejskiej. Chęć zysku ważniejsza niż bezpieczeństwo

Inspekcja Transportu Drogowego powinna zostać włączona do policji, a straże miejskie nie powinny używać mobilnych fotoradarów – m.in. takie są rekomendacje Najwyższej Izby Kontroli płynące z badania stanu bezpieczeństwa na drogach. Polska Agencja Prasowa dotarła do zestawienia wniosków NIK stanowiących podsumowanie tegorocznych kontroli tego sektora. Izba zaleca zmiany organizacyjne oraz prawne, a także kontynuację procesu budowy autostrad i dróg ekspresowych. Po zbadaniu tej problematyki NIK postuluje przypisanie MSW wiodącej roli w koordynowaniu i egzekwowaniu działań na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym i uchwalenie wieloletniego programu finansowania przedsięwzięć w tym zakresie. W ocenie Izby, stan bezpieczeństwa na polskich drogach w ostatnich 10 latach ulegał poprawie, bo w tym czasie liczba śmiertelnych ofiar wypadków spadła o 41 proc., a rannych – o 31 procent.

„Tendencja spadkowa utrzymuje się w całym dziesięcioletnim okresie i to pomimo stałego wzrostu liczby pojazdów poruszających się po polskich drogach. Wciąż jednak należą one do jednych z najbardziej niebezpiecznych w UE” – napisano w raporcie.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3632950,nik-zabrac-fotoradary-strazy-miejskiej-chec-zysku-wazniejsza-niz-bezpieczenstwo,id,t.html

Wpłacił grzywnę za mężczyznę, który ukradł wafelek za 99 groszy. Sąd: Jest winny, ale nie poniesie kary

Sąd Okręgowy w Koszalinie utrzymał wyrok ws. dyrektora koszalińskiego więziennictwa płk. Krzysztofa Olkowicza, który wpłacił grzywnę za osadzonego w areszcie niepełnosprawnego intelektualnie mężczyznę. W maju sąd uznał go za winnego i nie wymierzył kary; teraz podtrzymano wymierzony wtedy wyrok.
Szef koszalińskiego więziennictwa odwołał się od decyzji sądu I instancji, bo czuł się niewinny. Przed rozprawą powiedział, że gdyby sytuacja się powtórzyła, postąpiłby tak samo. W jego ocenie sprawą nigdy nie powinna zajmować się policja i sąd, a niepełnosprawny mężczyzna nie powinien w ogóle znaleźć się w areszcie.

– Niedopuszczalne zachowanie osoby piastującej ważne stanowisko w systemie służby więziennej. Powinna ona powziąć działania zgodne z prawem, działania profesjonalne – mówiła dziś sędzia Renata Rzepecka-Gawrysiak, uzasadniając szkodliwość czynu. Dyrektor musi zapłacić 80 zł kosztów sądowych

Płk Olkowicz nie został ukarany, musi jedynie wpłacić 80zł kosztów sądowych, bo dopuścił się wykroczenia. Dyrektora koszalińskiego więziennictwa nie będzie mieć też kłopotów w pracy z powodu swojego postępowania.

Mężczyzna zapowiada jednak, że o swoje dobre imię będzie walczyć przed Sądem Najwyższym, bo „nie czuje się winny”.

Na dyrektora do Ministerstwa Sprawiedliwości donieśli podwładni

W maju Olkowiczowi nie wymierzono kary, bo podejmowane przez niego działania – w ocenie sądu – „zmierzały do tego, aby doprowadzić do jak najszybszego, wręcz natychmiastowego zwolnienia Arkadiusza K., czego nie można ocenić nagannie”.

Olkowicz zapłacił 40 zł grzywny za mężczyznę, który znalazł się w areszcie po kradzieży wafelka wartego 99 groszy. Sprawa trafiła na wokandę po tym, jak o wpłaceniu grzywny za ubezwłasnowolnionego Arkadiusza K. do Ministerstwa Sprawiedliwości donieśli podwładni Olkowicza. Powiadomili oni resort o podejrzeniu naruszenia przez dyrektora przepisu, który zabrania uiszczania za więźnia grzywny, jeśli nie jest się bliską mu osobą.

Olkowicz wpłacił grzywnę za mężczyznę, który ukradł wafelek za 99 groszy

Arkadiusz K. trafił do koszalińskiego aresztu 3 września 2013 r., bo nie zapłacił 100 zł grzywny za kradzież wafelka wartego 99 gr. Grzywnę zamieniono mu na 5 dni aresztu. O powodach jego osadzenia Olkowicz dowiedział się trzy dni później. Zaprosił więźnia na rozmowę, po której nabrał podejrzeń, że Arkadiusz K. cierpi na jakieś schorzenie psychiczne i nie powinien przebywać w areszcie.

Po uzyskaniu dodatkowych informacji na temat Arkadiusza K., którego wcześniej nie znał, Olkowicz zdecydował o zapłaceniu za niego 40 zł grzywny, by mógł on wcześniej wyjść na wolność. Tak też się stało – 6 września 2013 r. mężczyzna opuścił areszt.

gazeta.pl

Tysiąc złotych grzywny za… zdjęcie z ruletką. „Zakazana promocja hazardu”

Gdyby przypadkiem przyszło wam do głowy wrzucić do sieci zdjęcie z ruletką, kartami albo kośćmi… Nie róbcie tego! No, chyba że macie ochotę na odwiedziny celników

Przed kilkoma dniami pan Marcin z Piotrkowa Trybunalskiego znalazł w skrzynce pocztowej list z sądu. Lektura pisma nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Wyrokiem z 23 czerwca sędzia nałożył na mężczyznę tysiąc złotych grzywny w trybie nakazowym. Tak kończy się, przynajmniej w pierwszej instancji, przygoda pana Piotra z Urzędem Celnym w Piotrkowie.

Zaczęła się niewinnie od strony internetowej, gdzie mieszkaniec Piotrkowa publikował prywatne zdjęcia. Jak opowiadał „Dziennikowi Łódzkiemu” np. z gwiazdami, bo lubi się pochwalić. Okazji do zrobienia zdjęć nie brakowało, bo w przeszłości pracował jako DJ i wodzirej. Na jednej z imprez zrobił sobie zdjęcie przy stole z ruletką. Gdy wrzucił je do internetu, odwiedziła go delegacja służby celnej.

– Pomyślałem, że to dowcip, ale szybko okazało się, że jednak nie. Dowiedziałem się, że promuję hazard, łamię ustawę antyhazardową i jestem podejrzany o wykroczenie skarbowe. Nie napisałem na stronie internetowej nic, co zachęcałoby do hazardu. Ruletka pojawiła się w normalnym lokalu, gdzie byłem na imprezie integracyjnej. Ja nawet nigdy nie byłem w kasynie – opowiadał łódzkim mediom.

Celnicy wezwali pana Marcina na przesłuchanie. – Postawiono mi zarzuty promowania gier hazardowych. Zaproponowano mi mandat, ale nie powiedziano w jakiej wysokości. Okazało się, że za publikację zdjęcia z ruletką grozi mi do 3,3 tys. zł kary. Odmówiłem przyjęcia. Urzędnicy, z którymi rozmawiałem, byli bardzo mili, złego słowa nie mogę na nich powiedzieć. To przepisy są nie takie jak trzeba – dodaje.

Konsekwencje „reklamowania gier i zakładów wbrew przepisom ustawy hazardowej” określa kodeks karny skarbowy. Pan Marcin odpowiadał z art. 110a. Przepis mówi: Kto zleca, prowadzi, umieszcza reklamę lub promocję gier cylindrycznych (np. ruletka), podlega karze grzywny w wysokości 720 stawek dziennych (określa ją sąd na podstawie dochodów sprawcy). Identyczne konsekwencje grożą ludziom promującym grę w karty, w kości, na automatach i zakłady.

– Wiele osób wstawia zdjęcia z wieczorów kawalerskich czy panieńskich z kasyna. Przecież to nic złego. Nie rozumiem tych przepisów – komentuje pan Marcin. Zapowiada, że od wyroku się odwoła.

– Sytuacja, w której znalazł się mieszkaniec Piotrkowa, może budzić zdziwienie. Tym bardziej że aby mówić o przestępstwie, przepisy wymagają wykonywania czynności reklamowania i promowania gier. Ale jak widać, można interpretować je szeroko, co daje, niestety pole, do nieporozumień – komentował na łamach „Dziennika Łódzkiego” mecenas Piotr Kaszewiak.

– Gdyby fotografię w sieci z wyjazdu integracyjnego z ruletką w tle uznać za promocję czy reklamę gier hazardowych, to jesteśmy o krok od ścigania aktorów wcielających się w rolę Jamesa Bonda czy pary, która chwali się zdjęciami z podróży poślubnej w Las Vegas – dodaje prawnik.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,16449722,Tysiac_zlotych_grzywny_za____zdjecie_z_ruletka___Zakazana.html#ixzz3CBPuYt9H

Sieć antypedofilska bierze pod lupę polskie diecezje

Największa międzynarodowa organizacja walcząca z pedofilią w Kościele – SNAP – zakłada oddziały w Polsce. Chce w każdej archidiecezji albo województwie zbierać informacje na temat ofiar i oprawców. Wiedza ta będzie wykorzystana w procesach karnych i cywilnych o odszkodowania. Być może uda się to, czego nie jest w stanie zrobić Episkopat. Zapowiadana „Biała księga” na temat pedofilii w Kościele jest cały czas odkładana z braku danych – pisze „Gazeta Wyborcza”.

SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests – sieć współpracy ocalonych, którzy padli ofiarą nadużyć seksualnych ze strony księży) zrzesza ofiary księży pedofilów. Powstała w 1989 r. w USA i ma przedstawicieli w 56 krajach. Zbiera informacje na temat osób molestowanych przez księży i walczy o odszkodowania. Za jej sprawą w USA zbankrutowało 11 diecezji, a odszkodowania idą w setki milionów dolarów.

Organizacja współpracowała również z ONZ w czasie przesłuchań przedstawicieli Watykanu w Genewie w 2014 roku, którzy tłumaczyli się z pedofilii w szeregach Kościoła.

Na pomoc Episkopatowi

Pomysł, żeby struktury założyć w Polsce powstał w Chicago w czasie międzynarodowej konferencji na temat pedofilii. – Taką wiedzę trzeba zbierać lokalnie, bo taka metoda jest najskuteczniejsza. Ocaleni muszą się bardziej zorganizować – powiedziała w rozmowie z „GW” Maria Mucha, która zajmuje się organizacją struktur SNAP w Polsce.

Jak komentuje gazeta, być może SNAP uda się to, co tak opornie idzie Episkopatowi. „Biała Księga” na temat pedofilii w Kościele, która była zapowiadana wciąż nie powstała i nie wiadomo kiedy powstanie, bo jest problem z gromadzeniem danych – przyznają księża.

tvp.info

Hieny z VOTUM łowią w Karczówce

Byli dzień po tragedii. Kłamali, że ksiądz ich polecił. Oświadczenia pisały nawet dzieci. Wezmą jedną czwartą wywalczonego odszkodowania – opowiadają mieszkańcy Karczówki, w której w szambie utopiło się siedem osób. W Karczówce pod Żaganiem, 17 lipca, jeden z gospodarzy opróżniał szambo, stracił przytomność i wpadł do zbiornika. Na pomoc ruszyła mu rodzina i pracownicy. Zginęło siedem osób.

– To było dzień po tragedii – opowiada Bogusława Czyż, przyjaciółka pani Janki, która straciła 17-letniego syna Andrzeja. – Przyjechali w dobrych garniturach. Budzili respekt. Pytali, gdzie mieszkają bliscy tych, co zginęli w szambie.

17-latek dorabiał w gospodarstwie. W domu było krucho, obiecał matce, że kupi jej nową pralkę. Strażacy chowali go z honorami, bo działał w drużynie OSP. Pomagał budować remizę, mył węże i kaski starszym kolegom. Gdy gospodarze topili się w szambie, ruszył z pomocą.

Garnitury, białe koszule

Agenci firm odszkodowawczych szukali najpierw kontaktu z rodziną gospodarzy. – Ale wkoło było dużo ludzi. Przepędzili ich, jak dowiedzieli się, że chcą interes robić na ludzkiej śmierci. Ludzie płakali, a oni jak hieny cmentarne brali się za podpisywanie umów – opowiada Bogusława Czyż.

Agenci – według mieszkańców było ich trzech – pojechali do sąsiedniej Brzeźnicy. To właśnie tam mieszka rodzina Andrzeja. Matka nie chciała rozmawiać, ale agenci szybko ją przekonali.

– Powołali się na znajomość z księdzem z Czerwieńska pod Zieloną Górą. Miał znać dobrze proboszcza z Brzeźnicy. Mówili, że z księżowskiego polecenia przyszli pomóc rodzinie. Bez tego, jak ja znam, Janka, zamknęłaby im drzwi przed nosem. Ufa księdzu – opowiada Czyż. – Sprytnie zagrali. Proboszcza nie było we wsi, wyjechał na urlop – tłumaczy Czyż.

Tadeusz Buganik, mieszkaniec Karczówki: – Pani Janka była w szoku. Myślę, że nie wiedziała, co podpisuje. Kto w takiej chwili trzeźwo ocenia sytuację. Buganik dał znać koledze. Kazimierz Pańtak, radny lubuskiego sejmiku, jest z zawodu prawnikiem, natychmiast przyjechał na wieś. Spotkał się z kobietą.

Mecenas: To niemoralne

Pańtak przeprowadził małe śledztwo. Wyszło, że żaden ksiądz nie rozmawiał z agentami. – A już na pewno ich nie polecał. Tak się składa, że znam księdza z Czerwieńska osobiście. Z nikim nie rozmawiał o sprawie. To, co zrobili agenci firmy odszkodowawczej, to zwykłe hochsztaplerstwo – złości się Pańtak. – Bo jak inaczej to traktować. Przyjazd z umową w ręku dzień po tragedii jest niemoralny, niezgodne z etyką prawniczą. Wiadomo, że bliscy zmarłych nie są w stanie podejmować świadomych decyzji w obliczu takiej tragedii – tłumaczy Pańtak.

Mecenas zwraca uwagę 25 proc. kwoty w umowie. Tyle rodziny oddadzą firmie z wywalczonych odszkodowań. – To astronomiczne honorarium. Rodzina nie powinna zgadzać się na takie warunki – tłumaczy Pańtak. Sam zaoferował bezpłatną pomoc prawną, by skutecznie i bez kar zerwać podpisane umowy. – Nie wyobrażam sobie, żeby zarabiać na tych ludziach i to takie pieniądze – mówi.

Pańtak pokazuje też podpisy pod umową dzieci, rodzeństwa Andrzeja. Spisane zostały m.in. odczucia 10-letniego chłopca.

– Wygląda to tak, jakby pieniądze przesłoniły im wszystko, nie zważali na dzieci, które przeżywają śmierć brata. Jak sępy – ocenia.

Płakaliśmy razem z Adasiem, a z nami cała kolonia

Pani Janka wypełniła dokumenty zgłaszające szkodę, podpisała je także w imieniu czwórki swoich niepełnoletnich dzieci. Maluchy miały w deklaracjach opowiedzieć, co czują po stracie brata, jak bardzo jego śmierć wpłynęła na ich życie. Niektóre oświadczenia pisały same, odręcznie.

– Zmarły Andrzej był moim bratem, jak to z bratem bywało różnie, raz na wozie, raz pod wozem, ale kochałem go. Teraz została pustka i żal. Wielki żal. I nic nam go nie zwróci – pisze 14-letni Krzysztof.

– Był kochanym, uczynnym i pracowitym człowiekiem. Bardzo przezywam jego śmierć, byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Została po nim tylko pustka i ból – pisze 10-latek.

13-letnia siostra: – Wspólnie bawiliśmy się w różne zabawy na podwórku, lubił żartować ze mną, opiekował się mną i zwierzętami. Po stracie brata odczuwam smutek, tęsknotę, brakuje mi jego humory i pomocy. Bardzo płakałam.

– Dowiedziałem się o śmierci brata, kiedy byłem na kolonii. Płakaliśmy razem z Adasiem, a z nami cała kolonia. Natychmiast chcieliśmy wracać do domu, żeby być z mamą (…) Andrzej był kochanym bratem, zawsze mogłem na niego liczyć” – pisze ostatnie z rodzeństwa.

Matka dodała kilka zdań. – W tym stanie, w jakim jestem dzisiaj, nie jestem w stanie napisać nic więcej.

Czyż: – Nie wiedzieli, co pisać i jak, ale mieli napisać pod dyktando, bo tak trzeba… To straszne – mówi. Nie dziwi ją zgoda matki. – Była w szoku. Ktoś jej wmówił, że tak trzeba, to pisała. Teraz martwi się, że trzeba będzie płacić prawnikom za sprawę. Jej na to nie stać – tłumaczy Czyż.

Firma Votum z Wrocławia zapewnia, że rodzina może w każdej chwili wycofać się z ich pomocy. Twierdzi, że nie wiąże się to w żaden sposób z zapłatą jakikolwiek kar umownych.

Okręgowa Rada Adwokacka w Zielonej Górze zadeklarowała kilka dni po tragedii w Karczówce bezpłatną pomoc prawną dla rodzin ofiar.
– Deklaracja taka została złożona na ręce sekretarza gminy Brzeźnica – mówi Krzysztof Szymański, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Zielonej Górze.

Votum: Podpisujemy umowy w dogodnym terminie dla klienta

Maja Sałwacka: – Czy jest to częstą praktyką państwa agentów, by podpisywali umowy z poszkodowanymi w dniu lub dzień po tragedii? Zwłaszcza po śmierci bliskiej osoby?
Bartłomiej Krupa, dyrektor Departamentu Prawnego, członek zarządu firmy: – Przedstawiciele Votum SA nie są upoważnieni do podpisania umowy, a jedynie do prezentacji oferty oraz odebrania zamówienia na usługę dochodzenia roszczeń. Umowa jest podpisywana przez prawników z centrali firmy po analizie okoliczności sprawy. Prezentacja oferty odbywa się w terminie uzgodnionym z osobami poszkodowanymi.

Kto może zostać państwa agentem? Jakie warunki trzeba spełnić?
Przedstawicielem Votum SA może zostać wyłącznie osoba, która może wykazać się niekaralnością potwierdzoną wypisem z Krajowego Rejestru Karnego. Oczywiście w procesie rekrutacji brane są również pod uwagę inne cechy, które obok rzetelności mają doprowadzić do współpracy z osobami, które wykazują się właściwym poziomem empatii.

Czy agenci są szkoleni, jak należy rozmawiać z osobami, które straciły bliskich?
Przedstawiciele regionalni są zobligowani do systematycznego udziału w szkoleniach poświęconych możliwości dochodzenia roszczeń odszkodowawczych dla osób poszkodowanych. Obok szkoleń prawnych Votum SA przeprowadza szkolenia z udziałem psychologów.

Jeden z waszych agentów namówił rodzinę do podpisania deklaracji, tłumacząc, że został polecony przez księdza. Rodzina twierdzi, że tylko z tego powodu mu zaufała. Ksiądz zaprzecza, by dał taką rekomendację. Czy takie o standardy zawierania umów są częstymi praktykami w państwa firmie?
Nie posiadam informacji, aby taka sytuacja miała miejsce.

Umowę podpisano także z niepełnoletnim rodzeństwem ofiary wypadku. W oświadczeniach dzieci musiały opisać swoje relacje z bratem, swój stan emocjonalny po stracie bliskiego członka rodziny. Czy są to częste praktyki waszych agentów i czy państwo się na to zgadzacie jako firma?
Dochodzenie roszczeń na rzecz osób małoletnich wymaga zawarcia umowy z przedstawicielem ustawowym takiej osoby. W przypadku dochodzenia roszczeń związanych z rekompensatą za krzywdę, istotnym dowodem wpływającym na uzyskanie zadośćuczynienia w należnej kwocie, jest oświadczenie osoby poszkodowanej. W przypadku małoletnich, którzy ze względu na wiek nie mogą sporządzić takiego oświadczenia, może je sporządzić rodzic lub opiekun.

Cały tekst: gazeta.pl

Obrońca an-Nashiriego: Gorzkie zwycięstwo. Trybunał wprost powiedział, że w Polsce były tortury. Państwo mogło tego uniknąć

- Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce, był tutaj torturowany. To wyrok, w którym Polska została napiętnowana nie tylko za to, że śledztwo kierowane jest w sposób pozorny i nieefektywny – podkreślał w Radiu TOK FM Mikołaj Pietrzak, obrońca Abd ar-Rahima an-Nashiriego, przetrzymywanego przez CIA Saudyjczyka. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał dziś, że Polska naruszyła zakaz tortur ws. więzień CIA.
Polska naruszyła zakaz tortur i nieludzkiego traktowania ws. więzień CIA – jednomyślnie uznał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Polska ma zapłacić 100 tys. euro Abd ar-Rahimowi an-Nashiriemu i 130 tys. euro Abu Zubajdzie, którzy twierdzą, że byli przetrzymywani w więzieniu CIA na terenie naszego kraju.

„Trybunał stwierdził, że Polska współpracowała z CIA w przygotowaniu i realizacji operacji tajnych przesłuchań i przetrzymywania więźniów na swoim terytorium i powinna była posiadać wiedzę na ten temat, umożliwiając CIA przetrzymywanie skarżących na swoim terytorium” – czytamy w uzasadnieniu wyroku.

„Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce”

– To gorzkie zwycięstwo z naszej strony – komentował w Radiu TOK FM mec. Mikołaj Pietrzak, przewodniczący Komisji Praw Człowieka w Naczelnej Radzie Adwokackiej i obrońca an-Nashiriego, jednego z przywódców Al-Kaidy, który oskarżał polskie państwo o nielegalne przetrzymywanie w więzieniach CIA.

– To wyrok, w którym Polska została napiętnowana nie tylko za to, że śledztwo kierowane jest w sposób pozorny i nieefektywny. Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce, był tutaj torturowany, bezprawnie przetrzymywany, porwany za granicę bez procesu ekstradycyjnego. Naruszono szereg jego praw i wolności – podkreślał Pietrzak.

– Polskie państwo mogło tego uniknąć – podkreślił prawnik. – Mogło uniknąć udziału w tym zbrodniczym systemie tortur i porwań pozostającym bez precedensu w systemie państw demokratycznych. A skoro już doszło do tej zbrodni, co zdarza się w najlepszych państwach, to należało przeprowadzić efektywne śledztwo. A śledztwo, mimo wysokich kwalifikacji prokuratorów, jest pozorne, ponieważ trwa sześć lat i jest zupełnie nietransparentne – zaznaczył.

Wyrok nie przesądza, czy w Polsce były więzienia CIA?

– Ten wyrok nie jest o tym, czy były w Polsce więzienia CIA. To tylko – i aż – wyrok na temat tego, jak było prowadzone śledztwo – tłumaczyła Ewa Siedlecka, dziennikarka „Gazety Wyborczej”. – Trybunał wypowiadał się w sprawie śledztwa. Europejskie orzecznictwo uznaje, że jeśli ktoś uważa, że zostało naruszone prawo do życia, wolność od tortur, od arbitralnego uwięzienia, to jeśli państwo nie wyjaśnia w sposób sprawny i rzetelny, czy tak się stało, tym samym narusza właśnie te prawa – wyjaśniała.

– Ale trybunał poszedł dalej – zaznaczył Pietrzak. – Wskazał, że Polska brała udział w systemie porwań i tortur, pozwalając Amerykanom na założenie bazy, w której Polska powinna przypuszczać, że osoby będą tam bezprawnie przetrzymywane i traktowane w sposób odpowiadający torturom. Trybunał poszedł o wiele dalej, niż wiele osób się tego spodziewało – zauważył prawnik.

– Demokratyczne państwa popełniają błędy, ba, popełniają zbrodnie, ale demokratyczne państwo różni się tym od niedemokratycznego, że te błędy naprawia w drodze mechanizmów kontrolnych z niezależnym śledztwem – przekonywał Pietrzak.

O co oskarżał Polskę an-Nashiri?

Skarżący Polskę Abu Zubajda i an-Nashiri twierdzą, że w latach 2002-2003 zostali – za przyzwoleniem polskich władz – osadzeni przez CIA w tajnym więzieniu w Polsce, gdzie służba miała ich torturować. Skarżący adwokaci domagali się uznania, że Polska naruszyła Europejską Konwencję Praw Człowieka.

Zaskarżyli też przewlekłość i nieefektywność trwającego od 2008 r. polskiego śledztwa w całej sprawie. Trybunał uznał, że śledztwo było przewlekłe i nieefektywne. Polska wnosiła o odrzucenie skarg, co uzasadniała m.in. faktem, że wciąż toczy się polskie śledztwo, a – zajmując wcześniej stanowisko – rząd mógłby wpłynąć na ocenę sprawy przez niezależną prokuraturę.

Amerykanie uznają an-Nashiriego za sprawcę ataku terrorystycznego na okręt amerykańskiej marynarki wojennej USS Cole w 2000 r. w Jemenie. Został on schwytany w Dubaju dwa lata po zamachu, przewieziony do aresztu w Afganistanie i w Tajlandii; potem miał być przetrzymywany i torturowany (m.in. przez podtapianie) w Polsce.

gazeta.pl

Przez 21 lat walczyła z urzędnikami, w końcu popełniła samobójstwo

Przez 21 lat właścicielka firmy kosmetycznej z Kartuz walczyła o zwrot nienależnie pobranego podatku akcyzowego. Chodziło o 3 mln zł. Gdy 17. raz sąd odesłał sprawę do ponownego rozpatrzenia, kobieta popełniła samobójstwo. Sprawa już miała mieć swój pozytywny finał, ale sąd po raz kolejny postanowił… zbadać ją ponownie. Tego było już za wiele. Kobieta załamała się i targnęła na życie, zażywając tabletki. W liście pożegnalnym szczegółowo opisała, czyje działania zmusiły ją do desperackiego czynu – relacjonuje mąż kobiety.

„Sprawiedliwość z nieba”

Połowę życia Krystyna Chojnacka walczyła z urzędnikami o istnienie swojej firmy. – Umierała w takiej świadomości, że nagle, jak ona to zrobi, to na wszystkich spłynie sprawiedliwość z nieba i że wszyscy urzędnicy i sędziowie będą wyczuleni na sprawiedliwość. Była jednak w wielkim błędzie, bo tak nie jest i nigdy nie będzie – mówi zasmucony Jarosław Chojnacki, mąż kobiety.

Właśnie z mężem 20 lat temu pani Krystyna założyła firmę kosmetyczną. To wtedy kontrola skarbowa kazała małżeństwu zapłacić podatek akcyzowy za konfekcjonowane (pakowane) kosmetyki. Jak się później okazało – bezpodstawnie. Przez lata małżeństwo wygrywało w sądzie kolejne sprawy, a Izba Celna składała odwołania. Małżeństwo Chojnackich w batalii z urzędnikami cały czas było wspierane przez Stowarzyszenie Niepokonani 2012.

– Na dzień przed śmiercią odbyła się kolejna, 17. już sprawa w sądzie administracyjnym w Gdańsku i sąd po raz siedemnasty orzekł skierowanie sprawy do ponownego rozpatrzenia, co jest praktycznie niedopuszczalne – podkreśla Łukasz Goyke ze stowarzyszenia.

Chojnaccy walczyli w sądach, ale obawiając się restrykcji urzędu skarbowego cały czas płacili podatek akcyzowy. Trzy lata temu musieli zamknąć firmę, zwolnić 30 pracowników i sprzedać swój dom. – Trybunał Konstytucyjny powiedział, że państwo wobec mnie działało nielegalnie, to teraz państwo musi mieć odwagę, wobec lojalnego obywatela. Lojalne państwo musi naprawiać swoje błędy – uważa pan Chojnacki.

Izba Celna w Gdyni, która toczy sądową batalię, teraz już tylko z Jarosławem Chojnackim, tak odpowiedziała na nasza prośbę o komentarz: „Jesteśmy poruszeni i zasmuceni śmiercią Pani Krystyny Chojnackiej. Z taką sytuacją spotykamy się po raz pierwszy i dla wszystkich, którzy mają z nią do czynienia, jest ona trudna(..) Wyjaśnieniem okoliczności śmierci Pani Krystyny Chojnackiej zajmują się odpowiednie organy i tylko one mogą udzielać komentarzy w tej sprawie”.

– Postępowanie prowadzone jest w kierunku artykułu 151 kodeksu karnego, czyli doprowadzenia innej osoby do targnięcia się na własne życie – poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Waldemar Stankiewicz ,TVP Info