Adwokat Szymon Matusiak ze Szczecina złamał tajemnicę adwokacką?

Zachowanie tajemnicy adwokackiej to fundament tego zawodu. Tak powie każdy adwokat do którego udamy się na rozmowę. Ale czy tak jest zawsze, czy możemy być pewni, że wszystkie informacje przekazane adwokatowi będą rzeczywiście tajemnicą?

Zacznijmy od końca, wykonaliśmy kilkadziesiąt telefonów aby zapytać adwokatów czy jeśli wyślemy adwokatowi mailem informacje i dokumenty dotyczące sprawy, którą chcemy zlecić, będą one objęte tajemnica adwokacką. Wszyscy odpowiedzieli że „oczywiście„, „to jest tajemnica adwokacka„, „niczego nie ujawnię„…. Wyjaśnijmy, pytaliśmy o zlecenie sprawy, a więc na etapie przed udzieleniem pełnomocnictwa.

Zerknijmy teraz jak to odbywa się w praktyce w Szczecinie.

Adwokat Szymon Matusiak ze Szczecina miał dwóch klientów. Dla uproszczenia nazwijmy ich „M” i „W”. Po jakimś czasie „M” i „W” popadli w konflikt i rozpoczęły się procesy pomiędzy nimi. Chodziło o zapłatę pewnych kwot, sprawa toczyła się przed Sądem Rejonowym w Wałczu (sygn. akt: I C 522/15). Podczas tego procesu adwokat Szymon Matusiak przekazał treść korespondencji (wydruki e-maili) jaką otrzymał wcześniej od klienta „M”, klientowi „W””. Klient „M” przegrał proces z klientem „W”, sąd wydając wyrok oparł się między innymi na treści ujawnionej przed adwokata Szymona Matusiaka korespondencji.

Szokujące zachowanie adwokata Szymona Matusiaka znalazło swój finał przed ORA w Szczecinie. Jeszcze bardziej szokująca decyzję podjął zastępca rzecznika dyscyplinarnego adwokat Piotr Paszkowski, który uznał że w postanowieniu z dnia 24 lipca 2017 roku (znak RD-33/17) że takowe ujawnienie korespondencji mailowej nie jest naruszeniem tajemnicy adwokackiej a „wydaniem dokumentu„!!!! Co ciekawe kiedy osoba z naszej redakcji kontaktował się z adwokatem Piotrem Paszkowskim w innej sprawie pytając czy przesłana korespondencja mailowa przed zleceniem sprawy będzie objęta tajemnicą adwokacką, ten wielokrotnie zapewniał, że jest adwokatem i wszystko co otrzyma drogą mailową jest objęte tajemnicą adwokacką. Czyżby podwójne standardy obowiązywały Pana adwokata Piotra Paszkowskiego? Dlaczego ORA w Szczecinie nie chce sobie poradzić z tak ewidentnym przypadkiem naruszenie zasad etyki adwokackiej?

Obecnie sprawa rozpatrywana jest przez Sąd Dyscyplinarny przy ORA w Szczecinie (sygn akt: SD-25/17), a klient „M” którego korespondencję ujawnił adwokat Szymon Matusiak, zdecydował się na skierowanie sprawy na drogę postępowania cywilnego – sprawa przed Sądem Okręgowym w Szczecinie (sygn. akt: IC 815/17) – pierwsza rozprawa odbędzie się 28 lutego 2018 roku.

Wielokrotnie próbowaliśmy skontaktować się z adwokatem Szymonem Matusiakiem prosząc ustosunkowanie się do stawianym mu zarzutów. Nasze prośby pozostały bez odpowiedzi.

O sprawie będziemy informować.

Fundusze wyparowały na Cypr, czyli gdzie są pieniądze 2 tys. polskich inwestorów?

Ponad 2 tys. osób powierzyło blisko pół miliarda złotych funduszom, które inwestowały w grunty rolne i leśne. Certyfikaty tych funduszy oferowały m.in. państwowe banki Alior Bank i BOŚ. Ale zamiast zysków, są ogromne straty.

– Sprzedaliśmy z mężem dom na wsi. W styczniu 2016 r. za namową doradcy w Alior Banku prawie 195 tys. zł wpłaciłam do funduszu, który miał inwestować w ziemię rolną. Zapewniano mnie, że to świetna inwestycja – opowiada pani Ewa. Po roku wycofała pieniądze. – W czerwcu 2017 r. dostałam niecałe 3 tys. zł. Od tamtej pory ani grosza więcej.

Nasza czytelniczka należy do grupy ponad 2 tys. osób, które włożyły w sumie blisko 500 mln zł w alternatywne fundusze Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych FinCrea. Nie były to inwestycje dla drobnych ciułaczy. Przepustką była wpłata co najmniej 40 tys. euro, czyli ok. 170 tys. zł. Wśród inwestorów są milionerzy, ale też ludzie, którzy zaryzykowali oszczędności życia. Jak w złoto Amber Gold.

Szanse na to, że odzyskają przynajmniej tyle, ile wpłacili, są dziś nikłe. Według naszych informacji zarządzający funduszami wyprowadzili z nich pieniądze.

Fundusze powstawały od 2012 r. Inwestycje Rolne kupowały ziemię; Lasy Polskie – działki leśne; Selektywny inwestował w spółki i nieruchomości; Vivante miał zarobić na wybudowaniu pod Otwockiem nowoczesnego domu spokojnej starości.

Trzy lata później fundusze pęczniały od gotówki. Certyfikaty inwestycyjne [„cegiełki” funduszu] oferowały bowiem duże banki – Alior, a od 2016 r. – Bank Ochrony Środowiska. Ważnym dystrybutorem był też spółdzielczy bank SGB.

Do inwestowania zachęcały gwarancje zysku na określonym poziomie, do czego zobowiązywała się spółka giełdowa Piotra Wiśniewskiego W Investments. Dziś pod nazwą Baltic Bridge firma kwestionuje swoje zobowiązania wobec klientów.

Pod koniec maja 2016 r. Wiśniewski w tajemnicy przed inwestorami sprzedał spółkę zarządzającą funduszami. Kupiła ją cypryjska firma Vapour Fund Management Ltd., obecnie Meridian Fund Management, za którą stoją m.in. Michał Krawczyk i Michał Matynia.

Pierwsze ostrzeżenie: brak wypłat

Do jesieni 2016 r. klienci funduszy nie mieli powodów do niepokoju. Ale wtedy Alior Bank dowiedział się, że od kilku miesięcy funduszami zarządza inna firma. Pod koniec roku doszło do dużej redukcji wykupów certyfikatów, czyli wypłat pieniędzy inwestorom. – Fundusze powinny wykupić co najmniej 5 proc. certyfikatów. Jednak redukcje zleceń inwestorów, którzy postanowili wypłacić pieniądze, sięgały blisko 100 proc. Ludzie dostawali więc grosze – mówi Krzysztof Polak, dyrektor Biura Maklerskiego Alior Banku.

Brak wypłat w pełnej wysokości był sygnałem, że fundusze straciły płynność.

Co się stało z gotówką? Jeden z tropów prowadzi do transakcji dokonanej tuż przed zmianą zarządzającego. Fundusz Selektywny za ponad 37 mln zł (blisko jedna trzecia jego aktywów) kupił udziały w zarejestrowanej na Cyprze spółce Winterfox, do której należą firmy udzielające „chwilówek”. Nowy zarządzający funduszami, firma Meridian, uważa, że transakcja służyła wyprowadzeniu pieniędzy. Największym udziałowcem Winterfox była spółka Monterregi; ta z kolei należy – jak dowodzi Meridian – pośrednio do Piotra Wiśniewskiego.

Informacje te potwierdza kancelaria Matczuk Wieczorek i Wspólnicy (MWW), którą pod koniec 2016 r. wynajął zaniepokojony Alior Bank.

– Przypuszczamy, że spółka ma zerową wartość. Cena, jaką za nią zapłacono, jest nieuzasadniona – mówi Tomasz Matczuk, radca prawny w MWW. Dodaje, że sprzedawana spółka cypryjska była powiązana z Wiśniewskim, a pieniądze z jej sprzedaży przelano na konta kolejnych spółek i osób powiązanych z byłym zarządzającym.

Wiśniewski zaprzecza, że Winterfox jest wydmuszką. Zapewnia, że nie jest właścicielem spółki Monterregi. Winę za problemy funduszy zrzuca na firmę Meridian.

Gdzie się podziały pieniądze inwestorów?

Inwestycja kontrolowanej przez Piotra Wiśniewskiego spółki zarządzającej funduszami w Winterfox nie jest jedyną, którą bada łódzka prokuratura. Doniesienia w sprawie wątpliwych transakcji złożyła w imieniu inwestorów kancelaria Matczuk Wieczorek i Wspólnicy (MWW), która działa na zlecenie największego dystrybutora funduszy – Alior Banku.

– Mamy duże wątpliwości dotyczące licznych inwestycji realizowanych w 2016 r. przez byłego i kolejnego zarządzającego w funduszach Selektywnym i Vivante, bo nosiły znamiona konfliktu interesów – mówi Tomasz Matczuk, radca prawny w MWW.

Choć fundusze firmowała FinCrea Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych, to nie towarzystwo decydowało o tym, na jakie przedsięwzięcia szły pieniądze inwestorów. Robiły to podmioty, którym FinCrea zlecała zarządzanie pieniędzmi klientów. Do maja 2016 r. zarządzającym był Dom Maklerski W Investments (DM WI), kontrolowany przez inwestora giełdowego Piotra Wiśniewskiego. Wiosną zarządzanie przejął Meridian Fund Management, za którym stoją m.in. Michał Krawczyk i Michał Matynia.

Gdzie jest nadzór?

Kancelaria MWW zwraca uwagę na brak wystarczającego nadzoru nad funduszami, który sprawuje kilka instytucji, m.in. depozytariusz, którym w przypadku tych funduszy jest Raiffeisen Bank. Depozytariusz prowadzi rachunki funduszy i powinien kontrolować prawidłowość wycen ich udziałów.

– Uczestnicy funduszy oczekiwali, że depozytariusz będzie stał na straży ich interesu, dbając o zbadanie czy aktywa nabywane przez fundusz rzeczywiście istnieją i czy są właściwie wyceniane. Powstają wątpliwości, czy weryfikacja nie odbyła się za późno, gdy „mleko się wylało”– mówi Matczuk.

Raiffeisen zapewnia, że o wykrytych nieprawidłowościach informuje na bieżąco Komisję Nadzoru Finansowego.

KNF o sprawie wie od stycznia 2017 r. – Prosiliśmy o weryfikację aktywów funduszy oraz sprawdzenie, czy za zmianą zarządzającego, brakiem wykupów i płynności oraz nietransparentną polityką informacyjną nie kryją się poważniejsze nieprawidłowości. Nasze obawy w dużej mierze się potwierdziły – podkreśla Tomasz Matczuk.

KNF nie udziela informacji, zasłaniając się tajemnicą zawodową, ale zdaniem poszkodowanych inwestorów robi za mało. W listach do KNF proszą o zdecydowane działania, nawiązując do głośnej afery Amber Gold, w której poszkodowanych zostało 11 tys. osób, a oszukani przez firmę domagają się zwrotu ponad 800 mln zł: „Państwo musi działać sprawnie, jeżeli nasze środki mają zostać ochronione. Proszę nie dopuścić do tego, aby była to kolejna sprawa, gdy państwo szuka winnych dopiero, gdy pieniędzy obywateli odzyskać się już nie da”.

Kancelaria MWW (reprezentuje blisko tysiąc inwestorów) od kilku miesięcy zabiegała w FinCrea TFI o odebranie Meridianowi prawa zarządzania funduszami. FinCrea TFI zrobiła to dopiero 16 października. Zapewnia, że od kilku miesięcy prowadzi kontrolę aktywów i transakcji oraz działań zarządzającego.

Meridian nie ma sobie nic do zarzucenia: – W lipcu 2016 r. TFI przeprowadziło kontrolę, która nie wykryła żadnych nieprawidłowości w zarządzaniu funduszami – zapewnia Michał Matynia z Meridiana. Druga kontrola rozpoczęła się w sierpniu 2017 r. – Nie została zakończona, jednak w jej toku TFI nie wskazywało na żadne nieprawidłowości czy też bezprawne lub nierzetelne działania firmy zarządzającej – mówi Matynia.

Liczenie strat

Wszyscy uczestnicy afery solidarnie spychają odpowiedzialność na pozostałych. A klienci? Pani Ewa, która w fundusz rolny zainwestowała prawie 195 tys. zł, nie myśli już o krociowych zyskach z inwestycji w ziemię rolną, a jedynie o tym, ile pieniędzy uda jej się odzyskać.

W kwietniu 2016 r. – zgodnie z wyceną potwierdzoną przez FinCrea TFI i depozytariusza – wartość aktywów netto czterech funduszy wynosiła 551 mln zł. W ciągu półtora roku zmalały o 142 mln zł!

Problem w tym, że fundusze są tyle warte na papierze. Trzeba sprawdzić m.in., czy wyceny nieruchomości uwzględniają ceny rynkowe konkretnych nieruchomości oraz czy przy wycenie obligacji emitowanych przez podmioty cypryjskie uwzględniono ryzyko, że mogą nigdy nie zostać spłacone.

Ile realnie inwestorzy mogą odzyskać? Nie wiadomo. W najgorszym scenariuszu będzie to niewielka część zainwestowanych pieniędzy.

gazeta.pl

Parkometr nie zarobi na parkujących na dziko – wyrok NSA

Opłatę za pozostawienie auta w płatnej strefie można pobierać tylko za postój w miejscach do tego wyznaczonych.

Tak uznał w poniedziałek siedmioosobowy skład Naczelnego Sądu Administracyjnego. Oznacza to, że za parkowanie w płatnej strefie, ale poza miejscami wyznaczonymi – czyli tam, gdzie teoretycznie auto stać nie może, np. przy barierkach, pasach, w bramach, na chodnikach czy tuż za wyznaczonym miejscem – grozi co najwyżej mandat karny.

Skoro za postój w takim miejscu kierowca nie musi płacić, nie można go ukarać wynoszącą 50 zł opłatą dodatkową za brak biletu z parkometru.

Uchwała ma charakter abstrakcyjny, czyli nie ma związku z żadną konkretną sprawą. O jej wydanie wnosił prezes NSA, wskazując na poważne rozbieżności w orzecznictwie dotyczącym tej kwestii.
Rozbieżne poglądy

Z wniosku prezesa wynika, że sądy administracyjne nie są zgodne co do tego, czy opłatę za parkowanie w płatnej strefie można pobierać tylko od tych kierowców, którzy stawiają auta w miejscach wyznaczonych, czy także od tych, którzy parkują w strefie na dziko.

Siedmioosobowy skład NSA uznał, że opłaty mogą być pobierane tylko od kierowców, którzy parkują swoje samochody w strefie w wyznaczonych do tego miejscach. Sąd dokonał szczegółowej analizy przepisów dotyczących opłat za parkowanie i ich zmian na przestrzeni ostatnich 20 lat.

W ocenie NSA posłużenie się przez ustawodawcę różnymi pojęciami: „ustalenie strefy płatnego parkowania” i „wyznaczenie miejsc płatnego postoju”, a także rozdzielenie kompetencji do tego między różne podmioty oznacza, że ustalenie strefy nie jest równoznaczne z wyznaczeniem miejsca płatnego parkowania. Zatem nie cały obszar strefy jest miejscem, gdzie pobiera się opłaty za parkowanie.

Jak zauważył przewodniczący składu, prezes Izby Gospodarczej NSA Janusz Drachal, miejsca płatnego postoju wyznacza się za pomocą znaków pionowych i poziomych (linie). Są to znaki informacyjne.
Dwa znaki czy jeden

Sąd zaznaczył, że płatne miejsca postojowe co do zasady powinny być wyznaczone jednymi i drugimi znakami. Sędziowie rozróżnili ich funkcje. Te pionowe, które informują o sposobie korzystania z drogi, NSA uznał za wystarczające do wyznaczenia płatnego miejsca postojowego. Takiej roli w ocenie NSA samodzielnie nie spełniają zaś znaki poziome, czyli linie.

sygn akt II GPS 2/17

Opinia dla „Rzeczpospolitej”

Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich

Uchwała Naczelnego Sądu Administracyjnego jest zgodna ze stanowiskiem prezentowanym przez rzecznika praw obywatelskich. Rady gmin, których regulaminy stref płatnego parkowania nie są zgodne ze stanowiskiem zaprezentowanym przez NSA, powinny je teraz niezwłocznie dostosować do uchwały siedmiu sędziów. Kierowcy, którzy niesłusznie zostali obciążeni opłatami dodatkowymi za postój bez biletu z parkometru w miejscu do tego niewyznaczonym, choć w strefie płatnego parkowania, mogą je kwestionować przed sądami administracyjnymi.

rp.pl

„Ja pracuję do 15:30”. Bulwersująca prawda, dlaczego nie ostrzeżono przed nawałnicą – winny jest… piątek

Wyjaśnienia brzmią tak kuriozalnie, że początkowo nie sposób w nie uwierzyć. Prawda jest taka, że Starostwo Powiatowe w Chojnicach nie przekazało okolicznym gminom ostrzeżeń o nadciągającej burzy, bo… SMS z IMGW z ostrzeżeniem przyszedł po godzinie 15.00 w piątek. A wtedy w urzędach nie ma już nikogo.

Udało nam się porozmawiać z dyrektorem Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Starostwie Powiatowym w Chojnicach. Do jego wyjaśnień przejdziemy za chwilę, najpierw przypomnijmy, jakie były skutki nawałnic w piątkowy wieczór 11 lipca. W Borach Tucholskich wichura połamała tysiące drzew, w miejscowości Suszek zginęły dwie harcerki, we wsi Rytel i okolicach akcja usuwania zniszczeń wciąż trwa.

Oczywiście, że w takich chwilach pojawia się pytanie, czy można było zrobić coś więcej, by uniknąć niektórych tragedii. I pewnie nie ma co od razu poszukiwać winnych – w końcu sił natury nie da się w pełni okiełznać. Ale co nieco przewidzieć się da. I można próbować zapobiec. Pod jednym warunkiem – że ktoś podejmie próbę zapobieżenia.

Jak ustaliła „Gazeta Pomorska”, ostrzeżenie o drugim stopniu zagrożenia IMGW z Gdyni wysłał o godzinie 14.27. Wśród adresatów tego powiadomienia znaleźli się starosta chojnicki oraz szef powiatowego Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego. Starosta Stanisław Skaja zapewniał, że ostrzeżenie to zostało przekazane do wszystkich gmin w powiecie, ale odpowiedzialny za zarządzanie kryzysowe dyrektor Andrzej Nogal potwierdził, że… nie. Powiadomienie dostał, ale nic z nim nie zrobił. Po prostu je zignorował. Dlaczego? Bo był piątek, bo było po 15.00, bo w urzędach wtedy już są komputery powyłączane, bo przecież takich ostrzeżeń przychodzi wiele – wyjaśnia w rozmowie z naTemat.

Andrzej Nogal
Dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Starostwie w Chojnicach

Czy ja mam sobie coś do zarzucenia? Odpowiem w ten sposób: otrzymałem ostrzeżenie jak wiele, wiele innych na komórkę. Odczytałem to ostrzeżenie przed 16. No bo wiadomo, jak przychodzi SMS, to nie zawsze to człowiek odbiera. Jeśli jest po 15.30 to takiego SMS-a już nie ma gdzie wysłać. Urzędy miasta i gminy już wtedy nie pracują. Ja też pracuję do 15.30. A wysyłanie tego do gmin i jednostek, które tam mamy u siebie w rozdzielniku odbywa się faksem i mailem. W tych urzędach i tak nikt by tego nie odebrał.

W tym przypadku było to ostrzeżenie o drugim, a nie trzecim – najwyższym stopniu zagrożenia. I dlatego podjąłem taką decyzję. Bo to i tak by nigdzie nie doszło.

Poza tym media też otrzymują informacje z IMGW i one o tym zagrożeniu informowały. Wysyłanie tego komunikatu do mediów nie miałoby sensu.

Teraz na stronie głównej starostwa można znaleźć apel do samorządowców z całej Polski o pomoc finansową na usuwanie skutków nawałnic. A nieco niżej można znaleźć link do informacji o działającym (ponoć) w powiecie Regionalnym Systemie Ostrzegania.

natemat.pl

W półtora roku z kaprala na pułkownika. Szef ABW awansował o 14 stopni w 18 miesięcy

Przez 18 miesięcy kierowania Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego jej szef Piotr Pogonowski awansował już z kaprala na pułkownika. Kancelaria Prezydenta nie chce podać, kiedy otrzymał pierwszy stopień oficerski.

Informację o błyskawicznym awansie Pogonowskiego ujawnił TVN24.pl. Z informacji portalu wynika, że szef ABW przez półtora roku awansował aż o 14 stopni. Nawet w przewidzianym ustawą przyspieszonym trybie awansowania powinno to zająć dziewięć lat. W trybie normalnym – dwa razy dłużej.

Tajny awans Pogonowskiego

Służby długo broniły się przed udzieleniem informacji o stopniu Pogonowskiego. Kancelaria Prezydenta zapytana, kiedy Andrzej Duda mianował go na pierwszy stopień oficerski, odpisała, że taka wiadomość „podlega przepisom o ochronie informacji niejawnych” i nie może zostać udostępniona. O tym, jaki stopień ma Pogonowski, nie można też przeczytać na stronie ABW, gdzie jest on tytułowany jako „prof. dr hab.”.

Pogonowski jest prawnikiem po Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, był pracownikiem naukowym na tej uczelni. W latach 2008-09 razem z Mariuszem Kamińskim budował Centralne Biuro Antykorupcyjne, a wcześniej z Antonim Macierewiczem Służbę Wywiadu Wojskowego.

W latach 90. działał w kierowanej przez Kamińskiego Lidze Republikańskiej. W 2011 r. bez powodzenia kandydował do Sejmu z listy PiS. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” przedstawiał się wtedy jako wyznawca „idei IV RP”, a Kamińskiego nazywał swoim „dobrym duchem”. – Tym, co przyspieszyło moją decyzję o wejściu do polityki, był Smoleńsk i to, co nastąpiło później. Jak każdy normalny Polak przeżyłem tę tragedię głęboko, ale większy szok i zdumienie wywołało to, co działo się potem – mówił.

Szefem ABW został jesienią 2015 r. Od razu nakazał wszcząć postępowanie sprawdzające wobec stojącego na czele CBA Pawła Wojtunika, którego formalnie nie można było odwołać, bo miał jeszcze dwa lata do końca kadencji. Dzięki temu PiS pozbył się Wojtunika i służby specjalne zostały opanowane przez ludzi związanych z partią.

Kilkanaście dni na kurs oficerski

Szybkie awanse to specjalność PiS. Po pierwszych rządach tej partii (2005-07) opisywaliśmy, jak przyjmowani do służb sympatycy tej partii zaliczali kilkunastodniowe kursy na pierwszy stopień oficerski. Normalnie taki kurs trwa osiem miesięcy. Rekordzistą był Witold Marczuk, b. komendant straży miejskiej w Warszawie, potem szef ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego. W niecałe dwa lata awansował z podporucznika na generała.

Szef ABW nie zawsze musi legitymować się stopniem oficerskim i być funkcjonariuszem. Cywilami byli Krzysztof Kozłowski, Andrzej Milczanowski, Piotr Naimski, Zbigniew Siemiątkowski, Janusz Pałubicki czy Andrzej Barcikowski.

gazeta.pl

Adwokat Szymon Matusiak ze Szczecina musi przeprosić za kłamstwa

W marcu zapadł przed Sądem Apelacyjnym we Wrocławiu wyrok na mocy którego szczeciński adwokat Szymon Matusiak został zmuszony do przeproszenia za swoje kłamstwa wypowiadane pod adresem jednej ze spółek. Sąd nie miał najmniejszych wątpliwości co do kłamstw adwokata i to wyrażanych publicznie na łamach Kuriera Szczecińskiego. Dlatego też adwokat został zobowiązany do przeprosin na łamach tego samego tytułu prasowego.

Przeprosiny Matusiak

Przeprosiny Matusiak

Przypomnijmy, iż wcześniej adwokat Szymon Matusiak został ukarany przez dziekana ORA w Szczecinie za obraźliwe odnoszenie się do klientów. O złych nawykach adwokata pisaliśmy także wcześniej na naszych łamach http://www.bezprawie.pl/?p=546

„Newsweek”: Prezes PiS interweniował ws. zięcia Lecha Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński pytał Zbigniewa Ziobrę, dlaczego mąż jego bratanicy został zatrzymany akurat w czasie kampanii parlamentarnej oraz dlaczego nie wolno mu wyjeżdżać z Polski – ustalił „Newsweek”.

W najnowszym „Newsweeku” przeczytamy o kulisach śledztwa przeciwko byłemu mężowi Marty Kaczyńskiej Marcinowi Dubienieckiemu. Były zięć nieżyjącego Lecha Kaczyńskiego jest podejrzewany o kierowanie grupą przestępczą, która wyłudziła 14 milionów z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Mężczyzna spędził 14 miesięcy w areszcie, ciąży na nim też zakaz wyjeżdżania z kraju.

Dubieniecki miał powiedzieć „Newsweekowi”, że kiedy prosił o uchylenie zakazu, prokurator sugerował mu, że „dobrze by było, gdyby takie polecenie przyszło z samej góry”. Tego samego dnia prezes PiS Jarosław Kaczyński miał wysłać pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym pytał m.in. o powody zatrzymania Dubienieckiego w czasie kampanii parlamentarnej, o powody nałożenia na niego zakazu wyjazdu za granicę i o „wytwarzanie dokumentów mogących obciążyć jego najbliższych”.

Według „Newsweeka” na pytania odpowiedział Bogdan Święczkowski. Prokuratura odmówiła pokazania pisma, ale przekonuje, że Święczkowski nie ujawnił żadnych informacji ze śledztwa. Tygodnik przyjrzał się też osobie Barbary Pankiewicz – sędzi, która trzykrotnie – co w praktyce zdarza się bardzo rzadko – orzekała ws. aresztu dla podejrzanego.

gazeta.pl

Spóźniona sprawiedliwość. Po 21 latach odzyskał niecały 1 mln zł. Wcześniej stracił firmę, majątek i żonę

Przez bezprawnie naliczony przed laty podatek Jarosław Chojnacki stracił przedsiębiorstwo, dom, cały majątek i żonę, która z powodu problemów finansowych popełniła samobójstwo. Po 21 latach walki z urzędnikami celnymi współwłaścicielowi firmy Cristhine zwrócono nadpłacony podatek akcyzowy – niecały 1 mln zł – plus część odsetek.

Teraz Jarosław Chojnacki założyciel firmy Cristhine postanowił doprowadzić do tego, by urzędnicy gdyńskiej Izby Celnej (to służby celne zajmują się podatkiem akcyzowym), którzy doprowadzili do upadku jego firmę, ponieśli odpowiedzialność karną i odszkodowawczą. Wystąpił na drogę sądową.

Przedsiębiorstwo zajmujące się konfekcjonowaniem kosmetyków prowadził w Kartuzach wraz z żoną Krystyną. To ona opowiedziała mi historię ich firmy i poprosiła o dziennikarską interwencję. Tak powstał mój, jak się okazało, spóźniony reportaż „Jedna firma, jedno życie”.

Ostatni mail od Krystyny

Maj 2014 rok. „Ostatnią rzeczą, którą napisała moja małżonka, był mail do Pani. Uważała, że niesprawiedliwość dzieje się głównie w zaciszu gabinetów urzędniczych i wygłuszonych sal sądowych, dlatego bardzo liczyła na opublikowanie Pani artykułu w »Gazecie Wyborczej«. Dzisiaj już nie żyje, umarła w poczuciu niewyobrażalnej niesprawiedliwości. Proszę Panią o kontynuowanie sprawy” – napisał do mnie Jarosław Chojnacki dzień po śmierci żony.
Konfekcjonowanie nie produkcja

Chojnaccy w kosmetyczny biznes weszli na początku lat 90. Zachodni puder w dużych bryłach, tusz do rzęs i szminkę przepakowywali do eleganckich opakowań z logo swojej firmy. Sprzedawały się.

To był pierwszy rok obowiązywania akcyzy w III RP. To podatek pośredni nałożony na niektóre wyroby konsumpcyjne.

Płacą go kupujący, bo wliczany jest w cenę. Kosmetyki to towar akcyzowy. – Biznes szedł świetnie. Do momentu, kiedy pod koniec 1993 r. naszą firmę obłożono bezprawnie podatkiem akcyzowym, chociaż my nie produkowaliśmy kosmetyków, a jedynie je konfekcjonowaliśmy – opowiada Chojnacki.

– To, że nie łamaliśmy przepisów, we wrześniu 1993 r. potwierdził Urząd Skarbowy w Kartuzach. Ale trzy miesiące później, w grudniu, urzędnicy zmienili zdanie i naliczono nam 580 mln starych złotych podatku. Od razu zablokowano konta bankowe i zabrano z nich pieniądze.

Pierwszy raz z potyczki z fiskusem Chojnackim udało się wyjść cało. Naczelny Sąd Administracyjny uchylił wtedy decyzję urzędu. Skarbówka się z nimi rozliczyła.

Ale w maju 1996 r. Ministerstwo Finansów wydało rozporządzenie, które mówiło o tym, że ci, którzy „powiększają wartość wyrobów”, muszą odprowadzać akcyzę. Chojnaccy nie wiedzieli, czy powiększają, więc poprosili ministra finansów o wykładnię prawną. Dowiedzieli się, że mają płacić wysoką akcyzę.

Co ciekawe, Chojnaccy pokazali mi decyzje skarbówki dotyczące innych firm ówcześnie konfekcjonujących kosmetyki, z których wynikało, że otrzymały inną interpretację przepisów, albo wprost umarzano im podatek.

Chojnaccy nie wytrzymywali konkurencji. Brali kredyty, by odprowadzać akcyzę. Popadli w kłopoty finansowe. I dalej walczyli przed sądami administracyjnymi, wydając pieniądze na prawników.

gazeta.pl

Sąd Najwyższy: awizo sądowe musi być precyzyjne

Awizo sądowe musi być precyzyjne. Wszelkie braki czy nieścisłości, nawet jeśli można ustalić, kto jest adresatem, dyskwalifikują doręczenie.

Tak mówi najnowsza uchwała Sądu Najwyższego, ważna, gdyż sądy wysyłają rocznie setki tysięcy przesyłek. Wiele z nich uznawanych jest za doręczone w formie awiza, nawet bez wręczenia adresatowi.

Adresat może oczywiście przyjąć przesyłkę sądową nieprecyzyjnie zaadresowaną, ale może ją też skutecznie zakwestionować – to jest istota uchwały.

Doręczenie zastępcze polega na tym, że jeżeli doręczyciel nie zastanie w domu adresata bądź jego domownika, zostawia w skrzynce awizo, a pismo czeka w placówce pocztowej siedem dni na odebranie. Jeśli nie zostanie w tym terminie odebrane przez adresata bądź jego pełnomocnika, operacja jest powtarzana jeszcze raz w całości. A w razie ponownego nieodebrania uznaje się, że doszło do zastępczego doręczenia, równie ważnego jak do rąk własnych. Od tego momentu biegną terminy procesowe, np. na złożenie apelacji.

Kwestia ta wynikła w sprawie o zapłatę 1,5 tys. zł zaległych opłat abonamentowych za korzystanie z kablówki, zerwanie umowy i zagubienie dekodera. Na podstawie faktur referendarz sądowy wydał nakaz zapłaty, który wysłano na adres pozwanej na nazwisko Anna L. zaczerpnięty z umowy sprzed kilku lat, ale awizowanie nie dało efektu, gdyż już tam nie mieszkała. Sąd wysłał nakaz pod nowy adres, ustalony w bazie PESEL, i stare nazwisko, choć już nosiła nazwisko męża (co ciekawe, już je miała, gdy podpisywała umowę, ale podała panieńskie). Tej drugiej przesyłki też nie odebrała, ale referendarz uznał doręczenie za skuteczne i nadał nakazowi klauzulę wykonalności, a komornik przystąpił do egzekucji.

Kobieta zaskarżyła czynności komornika (na podstawie art. 777 k.p.c.), wskazując, że nakaz nie jest prawomocny, gdyż nie został jej doręczony i nie mogła się odwołać. Rozpatrując skargę, Sąd Rejonowy w Grudziądzu powziął wątpliwość, którą zawarł w pytaniu prawnym do Sądu Najwyższego: Czy warunkiem uznania za skuteczne doręczenia zastępczego jest wysłanie przesyłki sądowej na aktualne nazwisko adresata?

Sąd Najwyższy do tej pory nie wypowiadał się w tej kwestii, a możliwe są dwa podejścia: rygorystyczne i liberalne. Rygoryzm, np. nazwisko panieńskie, może być okazją do nieodbierania przesyłek sądowych, z drugiej strony rygory awizowania stanowić mają gwarancję dla adresata, że zostanie prawidłowo zawiadomiony, choć pomyłek nie da się zupełnie uniknąć. Są zresztą jeszcze osoby, które sądzą, że nie może zapaść żadne orzeczenie sadowe bez obecności podsądnego, i nieraz się mocno rozczarowują.

Te wady awizowania były powodem wprowadzenia przed kilku laty podwójnego awizowania jako dodatkowej gwarancji dla adresata.

I to przeważyło, że Sąd Najwyższy przychylił się do rygorystycznego stanowiska.Uznał również, że jest to procedura wyjątkowa.

– Nie wystarczy zatem, że adresat może być mimo braków pewnych elementów zawiadomienia ustalony – powiedział w uzasadnieniu uchwały sędzia SN Jacek Gudowski..

I to potwierdza uchwała: Doręczenie w sposób przewidziany w art. 139 § 1 k.p.c. może być uznane za dokonane wtedy, gdy przesyłka sądowa została wysłana pod aktualny adres z imeniem i nazwiskiem odbiorcy.

Sygn. akt III CZP 105/16

rp.pl

Głęboki dekolt i przekręt wart miliony: nabrała ich Iwona K.

Posiadłość za ponad dwa miliony, fontanny, limuzyny… – Tam pieniądze się wysypywały – opowiadają sąsiedzi agentki finansowej, która okradła klientów na co najmniej 10 milionów. Mąż jest policjantem.

Ewa pracuje w Warszawie w dużej korporacji, dobrze zarabia. Co miesiąc odkładała po kilka tysięcy złotych. Kiedy zgromadziła 40 tys. zł, zaczęła się rozglądać, gdzie mogłaby pieniądze zainwestować. Banki oferujące na lokatach po 1-2 proc. odpadały. Dlatego kobieta zainteresowała się inwestycją w polisy ubezpieczeniowe, którą jej znajomym zaproponowała agentka imieniem Iwona, kobieta z Bełżyc pod Lublinem.

– Uczciwa i solidna. Na początek gwarantuje 10 proc. zysku w skali roku – zachwalali.

Kobiety umówiły się telefonicznie i po kilku dniach w Warszawie dogadywały szczegóły inwestycji przy kawie. – Pani Iwona robiła świetne wrażenie. Bardzo otwarta, do tego energiczna i konkretna. Profesjonalistka. Od razu zaproponowała, abyśmy przeszły na ty. Oczywiście, miałam z tyłu głowy Amber Gold, ale pani Iwona tłumaczyła, że takie polisy ma też jej rodzina. Nie namawiała, nie była nachalna, rzeczowo opowiadała o ofercie, o zyskach. I najważniejsze, dawała czas do namysłu, nic na teraz. To zbudowało moje zaufanie.

Po kilku miesiącach oszczędzania Ewa poprosiła Iwonę K. o wypłatę odsetek i z dnia na dzień bez problemu otrzymała pieniądze. Dlatego wpłacała agentce kolejne sumy.

30 proc. zysku w roku

Z internetu można się do dziś dowiedzieć, że firma pani K. to „przedsiębiorstwo z rynku ubezpieczeniowego, gdzie każdy klient może uzyskać dostęp do najlepszej klasy usług w dobrych cenach”.

Magda spod Warszawy, znajoma Ewy: – Zawsze wszystko sprawdzam, przecież ciągle słyszy się o oszustach. Przeszukałam cały internet. Nie znalazłam żadnych niepokojących opinii o pani Iwonie. Wprost przeciwnie, same pozytywne. Obiecywany zysk był duży, ale nie na tyle duży, by wzbudzić podejrzenie. Nieco ponad 10 proc. Wpłaciłam pierwsze pieniądze, na próbę, kilkadziesiąt tysięcy.

Teresa z Markiem prowadzą w Lublinie zakład fryzjerski. Bez zaciskania pasa co roku potrafili odłożyć 20 tys. zł. Przed trzema laty, kiedy córka kończyła gimnazjum i zaczęła mówić o studiach w Krakowie, zaczęli odkładać pieniądze. Ktoś z rodziny opowiedział im o Iwonie. Wpłacili w kilku ratach w sumie 100 tys. zł. Agentka obiecała im 30 proc. zysku w ciągu roku, co oznaczało, że ze 100 tys. po trzech latach mieliby ponad 200 tys. zł kapitału. Nie zastanawiali się ani chwili.

Leszek pochodzi z Mielca, jest budowlańcem. Od ponad 15 lat pracuje w Norwegii, gdzie wraz z ekipą remontuje mieszkania. Od trzech lat inwestował pieniądze u Iwony K., tak jak brat stryjeczny. W sumie wpłacił agentce milion złotych.

Kolorowe tipsy i głębokie dekolty

Iwona K., seksowna 30-latka, w relacjach z klientami grała równiachę. Dużo opowiadała o trójce dzieci, mężu, domu, skarżyła się na zdeformowany biust po ostatniej ciąży, zwierzała się z najbardziej intymnych problemów. Lubiła się pokazać. Klientki zwróciły uwagę na często zmieniane fryzury, ekstrawaganckie kolory tipsów, drogą biżuterię. Klienci na obcisłe dżinsy, minispódniczki i głębokie dekolty sukienek.

Jesienią zeszłego roku policja i prokuratura zaczęły otrzymywać pierwsze zgłoszenia. Iwona nie wypłaciła na czas odsetek od lokaty, przestała odbierać telefony, nie odpisuje na maile, jej biuro w podlubelskich Bełżycach jest od dwóch tygodni zamknięte, widząc na ulicy jednego z klientów, udała, że go nie zna.

Pani K. została aresztowana w połowie listopada zeszłego roku. Początkowo sprawą zajmowali się śledczy z powiatowego Łukowa, ale rozmiar przekrętu sprawił, że śledztwo przeniesiono do wydziału przestępczości gospodarczej prokuratury w Lublinie.

– Jeszcze w połowie listopada mieliśmy do czynienia z 17 pokrzywdzonymi osobami, które straciły 2,9 mln zł. Dziś jest ich blisko sto, a kwota, którą stracili, już dawno przekroczyła 10 mln zł. Ale to nie wszystko, bo sprawa jest rozwojowa. Każdego tygodnia zgłaszają się do nas kolejni pokrzywdzeni – tłumaczy prokurator Dariusz Siej, który prowadzi śledztwo w sprawie oszustw Iwony K.

Metoda była banalnie prosta. Iwona K. rzeczywiście była agentką kilku wiodących towarzystw ubezpieczeniowych. Pozyskiwała klientów i proponowała im różnego typu autentyczne lokaty i inwestycje. Żelazną zasadą tego typu operacji jest to, że klient wpłaca pieniądze na konto ubezpieczyciela. Tymczasem w przypadku pani K. klienci przekazywali środki bezpośrednio jej, z ręki do ręki.

– Klientami byli w zdecydowanej większości ludzie prości, nierozumiejący zasady funkcjonowania instrumentów finansowych – zauważa prokurator Siej. – Co prawda mieli świadomość, że proponowany przez agentkę zysk jest bardzo wysoki i być może mało realny do osiągnięcia, jednak za każdym razem, wręczając kobiecie pieniądze, otrzymywali od niej pokwitowanie. Niemal wszyscy klienci agentki byli stosunkowo nieźle sytuowani i nie inwestowali u niej tzw. ostatnich oszczędności. Być może właśnie dlatego robili to lekką ręką.

Co się stało z milionami?

Iwona K. do wszystkiego się przyznała. Ze szczegółami opowiedziała prokuratorowi o tym, w jaki sposób oszukiwała ludzi. Chciała zgłosić się na policję już kilka miesięcy wcześniej, ale nie starczało jej odwagi.

Co się stało z dziesięcioma milionami?

Prokurator Siej: – W chwili zatrzymania agentka miała przy sobie jedynie kilkanaście tysięcy złotych. To była jej jedyna gotówka. Nie była w stanie powiedzieć, co się stało z resztą.

Prokuratura sprawdzi majątki należące do członków rodziny agentki i wyjaśni, czy kobieta przed spodziewanym zatrzymaniem nie przepisała nieruchomości, działek, parceli i samochodów na inne osoby.

Przed zatrzymaniem wraz z mężem i trojgiem dzieci mieszkała w 300-metrowej willi otoczonej dwuhektarowym sadem. Sąsiadka o małżeństwie K.: – W tym domu pieniądze wysypywały się oknami. Oni bogacili się w zastraszającym tempie. Raz w bagażniku limuzyny pani Iwonki widziałam kilkanaście plików stuzłotówek, takich po 10 tysięcy. W ogóle się nie przejmowała, że ktoś mógłby jej te pieniądze ukraść. „Jestem ubezpieczona”, mówiła tylko i się śmiała.

Ci, którzy byli wewnątrz willi, pamiętają przepych: obrazy, stylowe meble, wanny z hydromasażem.

Pani K. chwaliła się klientom, że dom kosztował ją ponad 2 mln zł, w sam ogród zainwestowała ponad 200 tys. zł. Nie liczyła wykonanych na zamówienie dwóch pseudobarokowych fontann, sztucznej sześciometrowej choinki za 50 tys. zł i garażu na cztery auta, gdzie trzymała najnowsze audi za 250 tys. i terenowego jeepa za 130 tys. zł.

Gdyby nie areszt, zapewne sfinalizowałaby zakup domu jednorodzinnego w Lublinie i mieszkania, w którym została zatrzymana.

Sierżant bogatszy od komendanta

Pisząc o sprawie Iwony K., trudno pominąć jej męża, 34-letniego sierżanta sztabowego z komisariatu policji w Bełżycach. Łukasz K. jest tam funkcjonariuszem zespołu patrolowo-interwencyjnego. W służbie od dziesięciu lat.

Mimo że zarabiał niecałe 3 tys. zł miesięcznie na rękę, jeździł do pracy wspomnianym audi, a kiedy po służbie udawał się na polowanie, brał z garażu terenówkę, którą parkował przed budynkiem komisariatu. Widok drogich aut, którymi jeździł policjant, nie wzbudził podejrzeń przełożonych. Glina został zawieszony dopiero dwa tygodnie po aresztowaniu żony.

Powód zawieszenia: nie poinformował komendanta o wszczęciu postępowania karnego przeciwko żonie. Wytłumaczył szefowi, że od pewnego czasu znajdował się w separacji. Przeczą temu informacje, które uzyskaliśmy od znajomych K.

– Mieszkali razem, bywali razem. Tak jak zawsze. Normalna, szczęśliwa rodzina, której się świetnie powodziło – opowiadają znajomi.

Kurtka z jenota

Iwona K. trzeci miesiąc siedzi w areszcie. Ostatnio śledczy odrzucili wniosek adwokatów o jego uchylenie z powodu długiej rozłąki z dziećmi, w tym z córką, która niedawno skończyła trzy lata. Agentce grozi 15 lat więzienia.

W areszcie śledczym w Lublinie była agentka wciąż się wyróżnia. Na spacerniak nakłada parkę z kołnierzem z jenota – hit tego sezonu. Pożycza ją koleżankom z celi, gdy idą na widzenie ze swoimi chłopakami.

* Imiona oszukanych zmienione.