Kraksa sędziego TK Lecha Morawskiego. Usłyszy zarzuty za spowodowanie wypadku?

Śledczy z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku byli gotowi do wysyłania wniosku o uchylenie immunitetu sędziemu Trybunału Konstytucyjnego z nadania PiS Lechowi Morawskiemu, by móc postawić mu zarzuty za spowodowanie wypadku drogowego. Tymczasem decyzję zablokowano w Prokuraturze Krajowej – podważono ekspertyzę doświadczonego biegłego z gdańskiej policji.

Już niemal 1,5 roku trwa prokuratorskie śledztwo w sprawie ustalenia winy w wypadku, w którym udział brali Lech Morawski, zaprzysiężony przez PiS sędzia TK, i Andrzej Peruga, handlowiec ze Zduńskiej Woli.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, która prowadzi z pozoru prostą sprawę, zgromadziła szereg szczegółowych ekspertyz i opinii biegłych, z których każda wskazuje, że winny jest sędzia. Ten od początku jednak nie przyznaje się do sprawstwa, podawał różne wersje zdarzenia na przesłuchaniach i zablokował wypłatę odszkodowań dla Perugi, który w wypadku został ciężko ranny. Sam Morawski wyszedł z kraksy bez szwanku.

„Przeciąganie sprawy”

Przed kilkoma tygodniami gdańscy śledczy szykowali się do wysłania wniosku o uchylenie immunitetu sędziemu, aby postawić zarzuty, ale ich decyzja została podważona w Prokuraturze Krajowej, gdzie także trafiły akta sprawy – jak powiedziano – „do analizy”.

Początkowo sprawa była prowadzona z Prokuraturze Rejonowej w Starogardzie Gdańskim, skąd trafiła do gdańskiej okręgówki – jak oficjalnie podano – „z uwagi na stanowisko sędziego”.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku prowadzenie sprawy chciała przekazać na jeszcze wyższy szczebel – do Prokuratury Krajowej. Tam jednak odmówiono, ale podano, że sprawa będzie monitorowana.

Teraz w Prokuraturze Krajowej zakwestionowano treść długo oczekiwanej opinii, przygotowanej przez doświadczonego biegłego z laboratorium kryminalistycznego KWP w Gdańsku, z zakresu techniki i taktyki jazdy. To jedna z kluczowych ekspertyz w tej sprawie.

W departamencie postępowania przygotowawczego PK wskazano jednak, że pozyskana opinia jest „niepełna i niejasna”. Przypomnijmy, że w tym dokumencie biegły jednoznacznie stwierdził, że zabezpieczone ślady wskazują na winę sędziego Morawskiego.

– Wygląda na to, że śledztwo w mojej sprawie celowo zostało przeciągnięte do momentu, aż zmieni się skład sędziowski Trybunału Konstytucyjnego. Od początku próbuje się ze mnie zrobić sprawcę, którym nie jestem, a chodzi o prosty wypadek, do jakich codziennie dochodzi na polskich drogach – mówi Peruga.

O uchyleniu immunitetu sędziowskiego decydują sędziowie Trybunału Konstytucyjnego drogą głosowania.

Dwie wersje

Przypomnijmy, że do wypadku doszło 18 czerwca 2015 r. na autostradzie A1. Andrzej Peruga jechał z Tczewa do Zduńskiej woli nowym (kupionym zaledwie trzy tygodnie wcześniej) peugeotem boxerem. Jak zeznawał, miał włączony tempomat. Jechał z prędkością ok. 100 km/h prawym pasem pustej autostrady. Ok. godz. 15, kiedy był na wysokości gminy Klonówka, w tył jego auta uderzył prowadzony przez Morawskiego mercedes. Dostawczak przewrócił się na bok i sunął całą szerokością jezdni, odbijając się od bariery energochłonnej. Peruga doznał wielokrotnych złamań obojczyka, obrażeń kręgosłupa, głowy, miał pozrywane ścięgna barku. Rehabilitacja pochłonęła już ponad 20 tys. zł, a przed nim jeszcze kolejna operacja barku.

Niedługo po wypadku ubezpieczyciel sędziego wstrzymał procedury odszkodowawcze, dlatego Peruga nie może otrzymać części rekompensaty za poniesione straty. Szacuje je (razem z kosztami leczenia) na ponad 60 tys. zł.

Tymczasem prof. Morawski dwukrotnie zeznał przed prokuratorem, że jadąc lewym pasem, wyprzedzał kolumnę kilku samochodów (od pięciu do ośmiu). Na pierwszym przesłuchaniu podał wersję, że peugeot Perugi wyjechał ze środka kolumny, zajeżdżając mu drogę. Na drugim natomiast, że przed manewrem wyprzedzania w oddali na prawym pasie zauważył „białe auto”. Podjął manewr wyprzedzania i gdy włączył kierunkowskaz, by powrócić na pas prawy, doszło do zderzenia.

– Mój samochód po uderzeniu sunął bokiem po jezdni. Gdyby jechała kolumna aut, wówczas mielibyśmy do czynienia z karambolem, a nie z wypadkiem, w którym nie ma żadnych świadków – mówi Peruga.

Biegły wskazał, kto zawinił

Wersję Perugi potwierdził nie tylko pierwsze notatki policyjne z miejsca wypadku, ale też wspomniany biegły z laboratorium kryminalistycznego w Gdańsku. W szczegółowym, wielostronicowym dokumencie zawarł wnioski, które oparte były m.in. o szczegółowe badania stopnia uszkodzeń poszczególnych części obu pojazdów, zabezpieczone ślady hamowania na jezdni i rozmieszczenie aut po wypadku. Ekspertyza wyklucza możliwość, że do zderzenia doszło na lewym pasie po zajechaniu drogi:

„W aktach sprawy nie ma żadnych informacji wskazujących, że w miejscu zdarzenia wystąpił czynnik techniczny, np. pojawienie się przeszkody lub uszkodzenia w nawierzchni, który zmusiłby kierującego mercedesem do zmiany toru ruchu. W takim przypadku można wnioskować, że przyczyny zjazdu mercedesa na prawy pas ruchu związane są z osobą kierującego mercedesem” – czytamy w ekspertyzie. I główny wniosek: „Informacje zawarte w aktach sprawy nie dają podstaw do wnioskowania o nieprawidłowym zachowaniu kierującego peugeotem, stanowiącym przyczynienie do zaistnienia przedmiotowego wypadku”.

„Niejasna i niepełna”

– Lektura opinii złożonej przez biegłego daje podstawę do stwierdzenia, że jest ona niepełna i niejasna, a sformułowane w niej wnioski nie zostały poprzedzone ustosunkowaniem się do wszystkich wskazanych przez uczestników zdarzenia wersji, w jakich doszło do zderzenia się pojazdów – stwierdzono w piśmie z Prokuratury Krajowej, w którym zasugerowano powołanie nowego biegłego.

„Z wydanej opinii nie wynika bowiem, aby przedmiotem badania biegłego było zaistnienie wypadku w okolicznościach wynikających z zeznań kierującego samochodem marki Mercedes, jak również brak jest przytoczenia powodów, dla których taki przebieg zdarzenia został pominięty w sformułowanych wnioskach dotyczących przyczyn i okoliczności wypadku. W szczególności, jak wynika z opinii, przedmiotem badań biegłego oraz prowadzonych symulacji nie było sprawdzenie, jako ewentualnej przyczyny wypadku, wjechania przed Mercedesa z prawego pasa ruchu innego pojazdu. Biegły nie uzasadnił również, dlaczego w opinii zawarł wniosek, że bezpośrednio przed zderzeniem kierujący tym pojazdem wykonał manewr zjeżdżania z lewego na prawy pas ruchu, skoro nie ujawniono na jezdni śladów kół pochodzących od tego pojazdu” – uzasadniano w piśmie.

Po tych informacjach w gdańskiej prokuraturze podjęto decyzję o powołaniu biegłego z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna w Krakowie.

– Jestem zaskoczony treścią uzasadnienia, bo wersja pana Morawskiego została uwzględniona w opinii na kilku stronach i w zestawieniu z zabezpieczonymi śladami została wykluczona jako możliwa do uzasadnienia. I jak to możliwe, aby samochód zostawiał ślady na jezdni po zmianie pasa ruchu? – pyta Peruga.

Prof. Morawski dopuszczony do orzekania

Codziennie na polskich drogach dochodzi do wielu podobnych wypadków. Do omawianego śledczy podeszli jednak szczególnie skrupulatnie, co przeciągnęło śledztwo w czasie. W czerwcu i lipcu tego roku powołano biegłych, którzy sporządzili odczyty z GPS-ów obu pojazdów i przekazali informację dotyczące billingów z telefonów uczestników wypadku z okresu kilkudziesięciu minut poprzedzających zdarzenie. Po uzyskaniu tych opinii zapytano biegłego, który sporządził ekspertyzę w laboratorium KWP, czy ma coś do dodania. Specjalista potwierdził swoje wcześniejsze ustalenia.

Prof. Lech Morawski jest kierownikiem Katedry Teorii Państwa i Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Rok temu został zaprzysiężony na sędziego TK przez prezydenta Andrzeja Dudę, ale nie został dopuszczony do orzekania przez ówczesnego prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, gdyż miejsca sędziowskie zajmowali sędziowie wybrani za poprzedniej kadencji Sejmu. Prof. Morawski pobiera pensję sędziowską i chroni go immunitet.

19 grudnia skończyła się kadencja Rzeplińskiego, a 21 grudnia prezydent Duda na prezesa TK powołał sędzinę Julię Przyłębską, zaprzysiężoną przez PiS.

Prof. Morawski został dopuszczony do orzekania 20 grudnia, w dniu, gdy sędzina Przyłębska była jeszcze pełniącą obowiązki prezesa TK.

gazeta.pl

Jeśli ekspertyza, to tylko zgodna z linią władzy

W sporze między przedsiębiorcą a resortem finansów głos zabiera jednostka badawcza. Ale nie po myśli ministerstwa. Urzędnicy chcą ją ukarać.

Spółka Hot Quiz Mazowieckie zleca warszawskiemu Instytutowi Elektrotechniki przeprowadzenie badania urządzenia komputerowego o nazwie Quizomat. Chodzi o ustalenie, czy stanowi ono automat do gier w rozumieniu ustawy o grach hazardowych. Zdaniem przedsiębiorcy – nie. W ocenie resortu finansów – tak, co rodzi po stronie firmy wiele obowiązków.

Instytut Elektrotechniki został wybrany nie przez przypadek. Jest jedną z zaledwie sześciu (i jedyną w Warszawie) jednostek w Polsce upoważnionych do badań technicznych automatów i urządzeń do gier. 5 sierpnia 2016 r. wydał ekspertyzę. Wynik: Quizomat nie jest automatem do gier w rozumieniu ustawy.

Mimo to 5 grudnia minister rozwoju i finansów wydaje decyzję, w której uznaje, że urządzenie podlega rygorom ustawy hazardowej. Ale na tym nie koniec.

Czytaj więcej: Gazeta Prawna

Zabił żydowską rodzinę, został odznaczony przez Kaczyńskiego

W 2005 r. IPN opisał jego zbrodnię, dwa lata później został pośmiertnie odznaczony przez Lecha Kaczyńskiego.

W wyniku akcji przeprowadzonej przez polskie podziemie w Sokołach zginęło w sumie 7 osób narodowości żydowskiej. Wśród nich była 4-letnia dziewczynka i 13-letni chłopiec. W akcji uczestniczyły dwa oddziały: jeden pod dowództwem Kazimierza Kamieńskiego, drugi – dowodzony przez Karola Gasztofta „Zemstę”, będącego w lutym 1945 r. dowódcą rejonowego patrolu partyzanckieg0.

(…) Według Michała Majka w sobotę 17 lutego 1945 r. w mieszkaniu przy ul. Mazowieckiej 32 w Sokołach przebywało ok. 20 Żydów w różnym wieku. Dom należał do Mordechaja Suraskiego. Początkowo zajmował go sowiecki pułkownik Dobrożyn, który dziesięć dni wcześniej zrezygnował z niego na rzecz trzech żydowskich rodzin – w sumie zamieszkało w nim dwanaście osób. Wspomniane wyżej 20 osób spotkało się, aby świętować otrzymanie mieszkania, a także by uczcić powrót Dawida Kaszczewskiego (kilka dni wcześniej wrócił do Sokół z obozu) oraz zaręczyny Benjamina Rachlewa z Sokół i Basi Wajnsztajn ze Święcienin. Ta ostatnia także wróciła z obozu koncentracyjnego. Zebrani grali w karty, rozmawiali, kobiety przygotowywały w kuchni kolację. Jak twierdzi Majek, nagle wszedł do kuchni wąsaty mężczyzna w wojskowym mundurze, z bronią w ręku. Jeden z Żydów zaczął krzyczeć, że przyszli bandyci, uciekł do sąsiedniego pokoju i zamknął drzwi. Polak otworzył ogień, zabijając Dawida Żółtego, Basię Wajnsztajn i 4-letnią Tolkę Żytawer. Ktoś strącił lampę naftową, wybuchł pożar. Dzięki temu, że broń napastnika się zacięła, część zebranych zdołała uciec przez okno i drzwi frontowe. Mimo to były dalsze ofiary: w sąsiadującym z kuchnią pokoju zastrzelono 20-letniego Szamaja Litwaka (schował się pod łóżkiem) i postrzelono Dawida Kaszczewskiego, który zmarł kilka dni później w szpitalu. Dwudziestodwuletnia Szajna Olszak została zastrzelona już poza do mem przez kogoś z obstawy pilnującej budynku. Ostatnią ofiarą był trzynastoletni Szyjke Litwak, brat Szamaj.

Jest to fragment artykułu naukowego Anny Pyżewskiej pt. „Tragedia w Sokołach – 17 lutego 1945 r.” opublikowanego w „Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej” (nr 12/20o5).

W 2007 r. odpowiedzialny za tę zbrodnię Kazimierz Kamieński został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Ełk – miasto opanowane przez faszystów?

Relacja naocznego świadka sylwestrowej tragedii w Ełku rzuca nowe światło na to, co się tam zdarzyło w ostatnich minutach roku 2016. „Mam nadzieję, że to, co zaobserwowałem, pozwoli spojrzeć na tę sprawę z innego punktu widzenia, może cięższego dla patriotycznego polskiego umysłu, lecz chyba tego właściwszego” – tak kończy swoją wstrząsającą relację.

Daniel Janczyk swoją opowieść na Facebooku rozpoczyna od deklaracji, że jest zwolennikiem ograniczania napływu uchodźców do Europy i przeciwnikiem polityki Berlina i Paryża w tej kwestii. Podkreśla jednak, że to, co widział w lokalu „Prince Kebab” w Ełku w sylwestrowy wieczór, przedstawia racjonalnie i obiektywnie. Tragedia rozegrała się około godziny 22.00, mieszkaniec Ełku był tam około 20.00. Gości wówczas było wielu, a wśród nich kilka pijanych osób.

„(…)posyłali raz po raz obraźliwe słowa w kierunku pracowników. Jakie? Ano np. „Dawaj kur*o to jedzenie, tylko nie pluj, bo ci tym mordę wysmaruję”, albo „Ciapaku na kolana i do pana”. Mimo tych uwag, pracownicy w milczeniu pracowali dalej”.

Mieszkaniec Ełku opisuje dalej, że wokół było bardzo głośno i cały czas pod kebabem wybuchały petardy. Obsługa zachowywała się spokojnie i kulturalnie, ale pracownikom lokalu napięcie też się udzielało.

W pewnej chwili zauważyłem, że jeden z pracowników, nie wytrzymując już chyba nerwowo tej sytuacji, wyszedł na zaplecze, skąd powrócił dopiero po dłuższej chwili, najwidoczniej musiał ochłonąć.

Pan Daniel kupował jedzenie na wynos. Kupił i wyszedł. I – jak pisze – po tym, co zobaczył, nie dziwi się, że zdarzenie miało taki finał.

Ja w przeciwieństwie do większości z was, nie widzę w mordercy obcokrajowca, Araba, lecz człowieka, któremu, obrażanemu i szykanowanemu, puściły nerwy. Zrozumcie też, że ja go nie bronię, absolutnie, stwierdzam wyłącznie fakty. Rozumiem doskonale, że łatwiej przyjąć postawę w której Polacy są męczennikami, a obcokrajowcy najeźdźcami i agresorami. Jednak – jak to w przyrodzie – akcja rodzi reakcję: nie byłoby zaczepek, nie byłoby tak tragicznego końca.

Mieszkaniec Ełku swoją relację kończy stwierdzeniem, że Tunezyjczyk, któremu postawiono zarzut zabójstwa, oczywiście powinien zadzwonić po policję, a nie samemu sięgać po nóż. I oczywiście, że za to, co zrobił, powinien zostać skazany.

Na karę zasłużył jednak bezapelacyjnie. Szkoda młodego, ludzkiego życia. Niech ofiara spoczywa w pokoju. Mam nadzieję, że to, co zaobserwowałem, pozwoli spojrzeć na tę sprawę z innego punktu widzenia, może cięższego dla patriotycznego polskiego umysłu, lecz chyba tego właściwszego.

Po tym, jak przed lokalem z kebabem zginął 21-latek, w mieście doszło do zamieszek. Policja sytuację opanowała, ale napięcie trwa. Podsycają je środowiska nacjonalistyczne, mimo iż rodzina zabitego apeluje o spokój.

26-letni Tunezyjczyk podejrzany o dokonanie zabójstwa 21-letniego Polaka został dziś tymczasowo aresztowany.

E-maile i esemesy sąd potraktuje jak papierowe listy

Do sądów cywilnych, ale i biznesu, wkracza informatyka. Od czwartku, 8 września, e-maile i taśmy będą traktowane jako pełnoprawne dowody, podsądni będą mogli nagrywać rozprawę, a sąd w dowolny sposób przesyłać przesyłki i wezwania.

Te nowości zawiera obszerna nowela kodeksów cywilnego, kodeksu postępowania cywilnego oraz wielu innych ustaw, która po kilku latach prac i rocznym vacatio legis wreszcie wchodzi w życie.
Ostrożnie z e-korespondencją

Nowe przepisy uznają za dokumenty i dopuszczają jako dowody w sądzie e-maile, esemesy, nagrania audio czy wideo, wręcz „każdy nośnik informacji umożliwiający zapoznanie się z jej treścią”. Te nośniki będą zrównane z pismem papierowym. W elektronicznej formie (tzw. dokumentowej), będzie też można zawierać umowy, składać wiążące oświadczenia.

Z tymi oczywistymi ułatwieniami, wynikającymi z postępu techniki i zmian zwyczajów w biznesie, wiąże się niestety też ryzyko.

– W e-korespondencji strony powinny zachować szczególną ostrożność. Adresat e-maila czy nagrany rozmówca może bowiem opacznie odczytywać oświadczenia składane w formie elektronicznej i wykorzystać je potem w sądzie – wskazuje Monika Leszko, radca prawny w kancelarii DLA Piper. – Pierwsza rada, jaka się nasuwa, jest taka, by w takiej korespondencji wyraźnie zastrzegać, że nie jest to np. oferta czy zgoda.

Nowe przepisy ustanawiają też ramy prawne wnoszenia i doręczania pism sądowych drogą elektroniczną przez tzw. elektroniczne biuro podawcze, w sprawach podsądnych, którzy wyrażą taką wolę. Na to jednak musimy jeszcze poczekać, gdyż sądy dostały na wdrożenie tego systemu trzy lata.
Dyktafon i goniec

Już teraz podsądni będą za to mogli za zgodą sądu nagrywać na prywatnym dyktafonie przebieg rozprawy, a ponieważ nagrania zyskały moc dowodów, z łatwością mogą służyć np. do sprostowania protokołu. Może się więc okazać, że kosztowny program nagrywania rozpraw był w dużym stopniu zbędny.

Sądy z kolei będą mogły wzywać strony, świadków lub inne osoby w sposób, który uznają za najbardziej celowy – jeśli stwierdzą, że jest to niezbędne do przyspieszenia rozpoznania sprawy. Wezwania będą zatem możliwe np. e-mailem, telefonicznie czy nawet przez gońca. Jest tylko jeden warunek: wezwanie ma „niewątpliwie” dojść do adresata. Takie rozwiązanie od dawna funkcjonuje w sprawach pracowniczo-ubezpieczeniowych i aż dziwne, że przez tyle lat nie zostało rozszerzone.

Zmiany nie ominą też spadkobrania. Prawomocne postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku lub jego zmianie czy uchyleniu sąd będzie wpisywał niezwłocznie za pośrednictwem systemu informatycznego do Rejestru Spadkowego.

Tomasz Kot, notariusz z Krakowa, nie ma wątpliwości, że ta zmiana zwiększy bezpieczeństwo obrotu prawami spadkowymi, gdyż do tej pory zdarzały się przypadki, że sądy stwierdzały nabycie spadku, nie wiedząc, że już inny sąd wydał odmienne postanowienie.
Duże zmiany w egzekucji

Lwia część nowości dotyczy usprawnienia egzekucji komorniczej (podobne zmiany dotyczą egzekucji administracyjnej). Ma temu służyć elektroniczne zajęcie rachunku bankowego i e-licytacja ruchomości (przy czym ta wejdzie w życie z półrocznym opóźnieniem).

– Egzekucja ma być sprawniejsza i tańsza – zapewnia Rafał Fronczek, prezes Krajowej Rady Komorniczej.

Dodajmy, że w znacznej części nowela wdraża postulaty korporacji komorniczej.

Od 8 września po otrzymaniu postanowienia o zajęciu z podpisem elektronicznym komornika bank będzie niezwłocznie blokował konto.

– Teraz takie zajęcie szło do banku nawet kilka dni. Dlatego, zwłaszcza w mniejszych bankach, pieniądze „uciekały” z konta. Teraz wszystko będzie zapisane co do minuty, więc takich praktyk raczej unikniemy – wskazuje Jarosław Świeczkowski, komornik z Pomorza.

Obok informatyzacji egzekucji najważniejsza zmiana dotyczy kwoty zwolnionej z egzekucji na rachunku bankowym. Do tej pory odpowiadała ona trzem średnim pensjom, czyli ok. 12 tys. zł. To oznaczało, że po jej wyczerpaniu komornik mógł ścigać wszystkie nowe pieniądze, które pojawiły się na koncie w następnych miesiącach, a nawet latach. Dla wielu dłużników była to finansowa pułapka.

Teraz kwota wolna od zajęcia ma odpowiadać 75 proc. minimalnej pensji, a więc ok. 1500 zł, ale będzie liczona w każdym miesiącu odrębnie. Komornicy wskazują, że gwarantuje to dłużnikowi minimum egzystencji, z drugiej strony pozwala ich systematycznie „skubać”.

E-licytacja z ruchomości, prowadzona na wzór internetowych portali, powinna być – a wszystko na to wskazuje – tańsza. Powinna też upowszechnić tę formę egzekucji, bo choć dowiadujemy się o licytacjach najrozmaitszych rzeczy, nawet psa rasowego, to jednak kwoty uzyskane z egzekucji ruchomości stanowią zaledwie 1 proc. kwot uzyskanych w egzekucji.

E-licytacja ruchomości ma być też poligonem doświadczalnym do wprowadzenia e-licytacji nieruchomości, co postulowali komornicy, a co w parlamencie uznano za zbyt ryzykowne, bo przy egzekucji z nieruchomości chodzi o kwoty dziesięć razy większe. Doświadczenia, np. węgierskie, gdzie taka licytacja obowiązuje od lat, są jak najlepsze.
Narzędzia kontroli

Eliminacji uchybień komornika (które niestety się zdarzają mimo wielu noweli ustawy o komornikach i egzekucji, trwają zresztą prace nad generalnym uporządkowaniem tej profesji) służyć mają inne zasady skargi na jego czynności, którą rozpatruje sąd rejonowy. Zmiana polega na tym, że skarga ma być wnoszona za pośrednictwem komornika, który – jeśli uzna ją za uzasadnioną – będzie mógł ją uwzględnić, co zwolni skarżącego z angażowania sądu.

Co się tyczy drugiego narzędzia obrony przed nieuzasadnioną egzekucją, tzw. powództwa przeciwegzekucyjnego, wprowadzono wygodną dla skarżącego zasadę, że sądem właściwym będzie ten, w którego okręgu mieszka dłużnik.

Podstawa prawna: nowela k.c., k.p.c. oraz innych ustaw z ?10 lipca 2015 r. (DzU z 10 lipca 2015 r.,poz. 1311)

Opinia dla „Rz”

prof. Jacek Gołaczyński, ?sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu

To kolejna, tym razem duża zmiana informatyczna w sądach.

Z pewnością nadanie wyższej rangi dowodowej pismom, zapisom elektronicznym, ułatwi zawieranie umów, prowadzenie biznesu, a w razie sporu dowodzenie zawartych w nich zapisów przed sądem. Elektroniczna korespondencja z sądami wymaga natomiast wdrożenia Elektronicznego Biura Podawczego, co wymaga czasu.

W ogóle informatyzacja sądów wymaga czasu i wydatków, ale wszystkie zalety elektroniki poznamy, kiedy system zostanie dopięty. Upływ potrzebnego na to czasu ma ten plus, że możemy zastosować nowsze narzędzie informatyczne, co widać np. przy bezpiecznym podpisie elektronicznym.

rp.pl

Prokurator kradł w sklepie. Dostanie wysokie odszkodowanie

Prokurator był niepoczytalny, kiedy rok temu ukradł w sklepie w Żninie batoniki i krem. Tak uznali biegli. Teraz zamiast kary dostanie odszkodowanie. Inny biegły musi ustalić czy prokuratorowi wróci rozum, kiedy będzie znów oskarżał przestępców.

W listopadzie 2014 roku 53-letni prokurator Prokuratury Rejonowej w Szubinie w sklepie schował do kieszeni dwa batoniki i krem do pielęgnacji ciała. Wszystko zarejestrowała kamera monitoringu. Wartość prokuratorskich „łupów” nie przekroczyła 15 zł. A taka kradzież to wykroczenie nie przestępstwo. Prokurator ma immunitet, więc kara sądowa mu nie groziła.

Okazało się jednak, że uniknie też konsekwencji zawodowych. Dwaj biegli psychiatrzy orzekli, że w momencie kradzieży był niepoczytalny. Dostanie też odszkodowanie, bo po kradzieży został zawieszony w czynnościach prokuratora i Sąd Dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym zmniejszył mu pensję o jedną czwartą. Teraz trzeba będzie mu zwrócić różnicę – kilka tysięcy złotych.

Prokurator wrócił do pracy. Na krótko. Po roku zwolnienia lekarskiego pójdzie na zaległy urlop. W tym czasie inny psychiatra ma zbadać, czy prokurator w pracy zachowa rozum, który stracił w sklepie przed rokiem.

fakt.pl

Urzędnik musi zapłacić 45 tys. zł kary za podjęcie bezprawnej decyzji. I to z własnej kieszeni

Urzędnik starostwa w Ostródzie ma zapłacić ponad 45 tys. zł odszkodowania za podjęcie decyzji niezgodnej z prawem. To jeden z pierwszych w Polsce przypadków zastosowania obowiązującej od 2011 r. ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych. Na wniosek ostródzkiego starostwa procedurę odszkodowawczą wobec urzędnika wszczęła Prokuratura Okręgowa w Elblągu. Starostwo poniosło szkodę finansową na skutek zatwierdzenia przez niego projektu budowlanego i udzielenia pozwolenia na budowę domu jednorodzinnego, które były niezgodne z prawem.

Decyzję o pozwoleniu na budowę unieważnił w postępowaniu odwoławczym wojewoda. Z tego powodu inwestor, który musiał przerwać prace i dokonać rozbiórki, wytoczył powiatowi powództwo o zwrot poniesionych szkód. Sąd przyznał mu rację i nakazał powiatowi zapłatę ponad 95 tys. zł wraz z ustawowymi odsetkami. Prokuratura uznała, że naruszenie prawa w tej sprawie było „rażące”, a winę za to ponosi konkretny urzędnik, który powinien zapłacić ponad 45 tys. zł, czyli dwunastokrotność swojego miesięcznego wynagrodzenia, ponieważ działał nieumyślnie. Gdyby wina była umyślna, to prokuratura zażądałaby od niego pełnej kwoty wypłaconej inwestorowi przez starostwo.

Nie mieli ubezpieczeń

Według starosty ostródzkiego Andrzeja Wiczkowskiego, do wydania błędnej decyzji budowlanej doszło w tym urzędzie jeszcze w poprzedniej kadencji samorządu. Dlatego po objęciu stanowiska zobowiązał wszystkich podległych pracowników do drobiazgowego przestrzegania procedur i ubezpieczenia się od odpowiedzialności cywilnej za błędne decyzje. Jak przyznał, wcześniej takich ubezpieczeń nie mieli, co oznacza, że ew. konsekwencje błędów musieliby pokrywać z własnej kieszeni.

Wiczkowski powiedział też, że musiał złożyć do prokuratury wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego, ponieważ sąd za błędną decyzję obwinił konkretnego urzędnika wydziału budownictwa w starostwie.

Jednak w ocenie starosty „ta sprawa nie jest do końca jednoznaczna”, bo powiatowy urzędnik „został wprowadzony w błąd” przez osobę, która wcześniej na zlecenie urzędu gminy opracowała projekt decyzji o warunkach zabudowy. Z tego powodu właściciel działki uzyskał zezwolenie na budowę domu zbyt blisko ściany lasu.

Możliwość wyciągnięcia finansowych konsekwencji wobec urzędników wprowadziła ustawa o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa, która weszła w życie 17 maja 2011 r. Miała ona przeciwdziałać niekompetencji i niefrasobliwości urzędników oraz podnieść jakość podejmowanych przez nich rozstrzygnięć administracyjnych.

gazeta.pl

4 lata skutecznej wojny z Orange

10 tys. zł zapłaci Orange kobiecie, którą bezpodstawnie pozwano do e-sądu za rzekomy dług. Spór trwała… 4 lata.

Katarzyna Gryga była abonentką TP SA. Po zmianie miejsca zamieszkania wypowiedziała umowę. Klientkę poinformowano, że nie zalega z płatnościami. Był rok 2008.

Jednak 17 marca 2011 r. do gry wszedł komornik. Gryga pracowała na podstawie umowy-zlecenia w Ministerstwie Kultury jako prawnik. Komornik zajął całe jej wynagrodzenie, gdyż nie podlegało ono ochronie jak wynagrodzenie pracownika etatowego. Dług wynosił wtedy ponad 9 tys. zł.

Ona o długu nie miała pojęcia. Czemu więc komornik zajął konto? Orange mimo rozwiązania umowy nadal naliczał opłaty za nieistniejący numer. A monity do zapłaty słał na adres, pod którym Pani Katarzyna dawno nie mieszkała. W końcu TP SA sprzedała wierzytelność firmie windykacyjnej, która złożyła pozew o zapłatę w e-sądzie. W październiku 2010 r. sąd wydał nakaz zapłaty – dotyczył on znacznej części długu. Zarówno windykator, jak i sąd posługiwali się jednak nieaktualnym adresem, więc dłużniczka o postępowaniu nie miała pojęcia. Akcja komornika zaskoczyła ją zupełnie.

Wygrana niczym porażka

Sprawa trafiła do sądu, który w grudniu 2012 r. umorzył postępowanie, a pieniądze zajęte przez komornika Pani Katarzynie zwrócono. Niestety, w międzyczasie straciła ona pracę w resorcie kultury.

Kobieta uznała, że działania telekomunikacyjnego giganta przyniosły jej osobiste straty. Stres, podważona opinia w pracy. Skierowała więc pozew przeciwko Orange Polska o zadośćuczynienie. Domagała się 20 tys. zł.

Wyrok zapadł w lipcu 2014 r. Młoda prawniczka usłyszała, że ma absolutną rację w kwestii długu – nie istniał, nie powinien być sprzedawany, nie powinno dojść do egzekucji komorniczej, a ponadto posługiwano się wadliwym adresem. „Wygrała” 2 tys. zł. A jednocześnie miała oddać Orange Polska 1933,60 zł jako zwrot części wynagrodzenia pełnomocnika Orange. Skąd problem z kosztami? Prawniczka chciała 20 tys. zł, wygrała 2 tys. zł. Proporcjonalnie „przegrała” sprawę w 90 proc., a to miało wpływ na podział kosztów. W ten sposób sądy rozliczają koszty postępowań.

Efekt ekonomiczny walki z telekomem: 66 zł i 40 groszy zysku. Dla pokrzywdzonej.

Skuteczna apelacja

Wygrana 66 zł, jak się łatwo domyślić, nie satysfakcjonowała klientki telekomu. Złożyła apelację. W październiku zapadł wyrok. 10 tys. zł na rzecz klientki, żadnych kosztów sądowych. Dochodzenie tej kwoty trwało 4 lata.

– Powiedzmy sobie szczerze mało kto ma czas, zdrowie, pieniądze i tyle konsekwencji, aby przez 4 lata dochodzić swoich praw. Dla mnie to skandal, że w ogóle TPSA nie poczuwała się do załatwienia sprawy ugodą i do przyznania się – mówi „Wyborczej” Katarzyna Gryga. – Przy okazji prosiłam TP SA, aby napisało pismo do ministerstwa, przepraszające mnie. Bo zajęcie komornicze na tak dużą kwotę dla młodego prawnika to strzał w kolano, zniszczenie jego wiarygodności na lata. Tymczasem Orange nie poczuło się do powiedzenia prostego słowa „przepraszam” przez 4 lata.

Orange nie kwestionuje swojego błędu. Ma jednak inny punkt widzenia.

– W tej konkretnej sprawie Orange Polska w październiku 2011 r. zaproponował zawarcie ugody i wypłacenie rekompensaty pieniężnej. Nasza propozycja została przedstawiona jeszcze na etapie przedsądowym. Przyznaliśmy się też do błędu. Zaproponowana ugoda nie była jednak satysfakcjonująca dla klienta – wyjaśnia Wojciech Jabczyński, rzecznik Orange. Telekom proponował 2 tys. złotych.

– Spór pomiędzy Orange Polska a klientem tyczył się jedynie co do wysokości zadośćuczynienia, a nie odpowiedzialności Orange Polska czy zakresu popełnionego błędu przez nas błędu – przekonuje Jabczyński.

Z taką opinią polemizuje Katarzyna Gryga.

– Orange uparcie twierdziło, nawet w odpowiedzi na moją apelację, że w ogóle nic nie zrobiło i zachowało się prawidłowo. Przecież nikt mi nawet nie zaoferował zwrócenia kosztów powództwa przeciwegzekucyjnego, ani kosztów komornika, które musiałam ja zapłacić, aby oddał mi moją zajętą pensję – opowiada prawniczka. I wyjaśnia czemu tak uparcie się procesowała. – Chciałabym, aby ten wyrok pokazał, że trwa to bardzo długo, ale żeby ludzie nie odpuszczali takich spraw. Chciałabym, aby dostarczyciele usług masowych nie czuli się bezkarni.

Komornik, prokurator, procedury

Od prawomocnego orzeczenia minął miesiąc.

Katarzyna Gryga: – Orange do dziś nie zapłaciło. Najwyraźniej będę zmuszona skorzystać z pomocy komornika – zapowiada.

Adwokat Barbara Gryga, pełnomocniczka: – Gdyby TP SA było osobą fizyczną, powódka złożyłaby doniesienie do prokuratury. Bo jak inaczej nazwać wymyślenie nieistniejącego długu, sprzedanie go firmie windykacyjnej i podanie adresu, który nie istnieje? Kodeks karny nazywa to usiłowaniem wyłudzenia.

Wojciech Jabczyński, Orange: – W Orange Polska mamy wdrożone restrykcyjne i precyzyjne procedury, które co do zasady mają zapobiegać takim przypadkom, jak opisany. Jeśli jednak zdarzy się taka sytuacja, co dzieje się incydentalnie, każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19116571,4-lata-skutecznej-wojny-z-telekomem.html#ixzz3qGvlpjne

Ksiądz pedofil zastraszał świadka. Sąd wiedział i nic nie zrobił

Skazany za pedofilię ksiądz Paweł K. z Wrocławia przez kilkanaście miesięcy nękał świadka oskarżenia w swojej sprawie – twierdzi prokuratura. Wrocławski Sąd Apelacyjny wiedział o wszystkim, ale zdecydował, że nic nie zrobi. Nie aresztował mężczyzny, a nawet nie zgodził się z wnioskiem prokuratury, by zabrać księdzu 100 tysięcy złotych kaucji.

W styczniu ksiądz został skazany – przez wrocławski Sąd Okręgowy – na siedem lat więzienia. W czerwcu wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. W czasie procesu ksiądz Paweł nie był aresztowany. Wpłacił za to 100 tysięcy kaucji. Na wypadek, gdyby miał utrudniać postępowanie. Na przykład uciekając, ukrywając się czy właśnie prześladując świadków.

W lutym 2014 roku jeden ze świadków – zeznających przeciwko księdzu na procesie – zaczął być nękany telefonami i smsami.

Sprawca próbował groźbami zmusić go do zmiany zeznań. Tak przynajmniej wynika z informacji jakie przekazała nam rzeczniczka wrocławskiej Prokuratury Okręgowej Małgorzata Klaus. Świadek był też ofiarą innej wyrafinowanej formy nękania. Ktoś zamawiał na jego konto w internecie różne niepotrzebne towary. Na przykład 1988 maseczek do twarzy za 10 tysięcy złotych.

W grudniu ubiegłego roku ofiara nękania zawiadomiła prokuraturę. Ale do połowy maja 2015 nic się nie zmieniło. Nękanie – wynika z informacji o śledztwie – skończyło się 12 maja. Dopiero w czerwcu śledczy zebrali dowody, że sprawcą jest sam ksiądz Paweł K. Dokładnie 20 czerwca usłyszał zarzuty stalkingu i zmuszania groźbami do zmiany zeznań.

Tymczasem sprawę siedmioletniego wyroku za pedofilię badał Sąd Apelacyjny. Pod koniec czerwca na sądowej rozprawie prokurator poinformował o nowym śledztwie, o zarzutach stalkingu i grożenia świadkowi. Oskarżyciel zaproponował by – w związku z tym – zabrać księdzu 100 tysięcy kaucji. Choć mógł równie dobrze wnioskować o aresztowanie go.

Sąd jednak kaucji nie zabrał. Dlaczego? – Uznał, że oskarżenie nie „uprawdopodobniło”, by zachowanie oskarżonego (czyli groźby i stalking) „zmierzało do zakłócenia postępowania” w tej sprawie, którą zajmował się Sąd Apelacyjny – tłumaczy nam jego rzecznik sędzia Witold Franckiewicz. Również w czerwcu sąd utrzymał styczniowy wyrok skazujący księdza na 7 lat więzienia.

W śledztwie, dotyczącym gróźb i stalkingu, prokuratura też nie wnioskowała o aresztowanie Pawła K. Musiał wpłacić kaucję, zakazano mu kontaktów ze świadkiem, którego miał nękać. Zastosowano wobec niego też dozór policji.

Mimo prawomocnego wyroku ksiądz do dziś nie poszedł za kratki. Od czerwca trwa bowiem administracyjna procedura. Najpierw sędziowie z Sądu Apelacyjnego napisali uzasadnienie wyroku. Skończyli w ostatnich dniach. Teraz akta muszą trafić do Sądu Okręgowego. Tu zaczyna się „wykonywanie” kary. Ksiądz dostanie więc wezwanie, by zgłosił się w wyznaczonym dniu w wyznaczonym więzieniu.

Już w czerwcu – zaraz po wydaniu wyroku – Sąd Apelacyjny mógł zdecydować o aresztowaniu Pawła K. Tak by w areszcie poczekał na zakończenie administracyjnej procedury związanej z osadzaniem go w więzieniu. Nie zdecydował się jednak na to. Więc Paweł K. wciąż jest na wolności.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/8010069,ksiadz-pedofil-zastraszal-swiadka-sad-wiedzial-i-nic-nie-zrobil,id,t.html

Policjanci z Nysy z zarzutami przekroczenia uprawnień. „To były pojedyncze zdarzenia”

Prokuratorzy z Opola prowadzą śledztwo w sprawie czterech policjantów z Nysy. – Zarzuty dotyczą przekroczenia uprawnień i innych przestępstw mających miejsce w toku wykonywania czynności służbowych – informują prokuratorzy. Na razie nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy.

Czterech funkcjonariuszy z KPP w Nysie zatrzymali we wtorek policjanci na polecenie prokuratury. Mundurowi pracowali w wydziale kryminalnym. Usłyszeli już zarzuty. – Dotyczą one takich zachowań jak: wywieranie nacisków podczas przesłuchań, zatajanie faktów, sugerowanie treści zeznań, przyjęcie obietnicy korzyści majątkowej i ujawnienie informacji z postępowanie – wylicza Lidia Sieradzka z prokuratury okręgowej w Opolu.

Policja czeka na krok prokuratury

Jak podkreśla Sieradzka „były to pojedyncze zdarzenia”. Według prokuratorów nie było to działanie zorganizowanej grupy przestępczej. Na razie śledczy nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy. W biurze prasowym komendy wojewódzkiej policji w Opolu zapytaliśmy czy funkcjonariusze zostali zawieszeni w pełnieniu obowiązków służbowych. – Za wcześnie, by o tym mówić. Czekamy na oficjalne stanowisko prokuratury w tej sprawie – powiedział podinsp. Jarosław Dryszcz z KWP w Opolu.

tvn24.pl