E-maile i esemesy sąd potraktuje jak papierowe listy

Do sądów cywilnych, ale i biznesu, wkracza informatyka. Od czwartku, 8 września, e-maile i taśmy będą traktowane jako pełnoprawne dowody, podsądni będą mogli nagrywać rozprawę, a sąd w dowolny sposób przesyłać przesyłki i wezwania.

Te nowości zawiera obszerna nowela kodeksów cywilnego, kodeksu postępowania cywilnego oraz wielu innych ustaw, która po kilku latach prac i rocznym vacatio legis wreszcie wchodzi w życie.
Ostrożnie z e-korespondencją

Nowe przepisy uznają za dokumenty i dopuszczają jako dowody w sądzie e-maile, esemesy, nagrania audio czy wideo, wręcz „każdy nośnik informacji umożliwiający zapoznanie się z jej treścią”. Te nośniki będą zrównane z pismem papierowym. W elektronicznej formie (tzw. dokumentowej), będzie też można zawierać umowy, składać wiążące oświadczenia.

Z tymi oczywistymi ułatwieniami, wynikającymi z postępu techniki i zmian zwyczajów w biznesie, wiąże się niestety też ryzyko.

– W e-korespondencji strony powinny zachować szczególną ostrożność. Adresat e-maila czy nagrany rozmówca może bowiem opacznie odczytywać oświadczenia składane w formie elektronicznej i wykorzystać je potem w sądzie – wskazuje Monika Leszko, radca prawny w kancelarii DLA Piper. – Pierwsza rada, jaka się nasuwa, jest taka, by w takiej korespondencji wyraźnie zastrzegać, że nie jest to np. oferta czy zgoda.

Nowe przepisy ustanawiają też ramy prawne wnoszenia i doręczania pism sądowych drogą elektroniczną przez tzw. elektroniczne biuro podawcze, w sprawach podsądnych, którzy wyrażą taką wolę. Na to jednak musimy jeszcze poczekać, gdyż sądy dostały na wdrożenie tego systemu trzy lata.
Dyktafon i goniec

Już teraz podsądni będą za to mogli za zgodą sądu nagrywać na prywatnym dyktafonie przebieg rozprawy, a ponieważ nagrania zyskały moc dowodów, z łatwością mogą służyć np. do sprostowania protokołu. Może się więc okazać, że kosztowny program nagrywania rozpraw był w dużym stopniu zbędny.

Sądy z kolei będą mogły wzywać strony, świadków lub inne osoby w sposób, który uznają za najbardziej celowy – jeśli stwierdzą, że jest to niezbędne do przyspieszenia rozpoznania sprawy. Wezwania będą zatem możliwe np. e-mailem, telefonicznie czy nawet przez gońca. Jest tylko jeden warunek: wezwanie ma „niewątpliwie” dojść do adresata. Takie rozwiązanie od dawna funkcjonuje w sprawach pracowniczo-ubezpieczeniowych i aż dziwne, że przez tyle lat nie zostało rozszerzone.

Zmiany nie ominą też spadkobrania. Prawomocne postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku lub jego zmianie czy uchyleniu sąd będzie wpisywał niezwłocznie za pośrednictwem systemu informatycznego do Rejestru Spadkowego.

Tomasz Kot, notariusz z Krakowa, nie ma wątpliwości, że ta zmiana zwiększy bezpieczeństwo obrotu prawami spadkowymi, gdyż do tej pory zdarzały się przypadki, że sądy stwierdzały nabycie spadku, nie wiedząc, że już inny sąd wydał odmienne postanowienie.
Duże zmiany w egzekucji

Lwia część nowości dotyczy usprawnienia egzekucji komorniczej (podobne zmiany dotyczą egzekucji administracyjnej). Ma temu służyć elektroniczne zajęcie rachunku bankowego i e-licytacja ruchomości (przy czym ta wejdzie w życie z półrocznym opóźnieniem).

– Egzekucja ma być sprawniejsza i tańsza – zapewnia Rafał Fronczek, prezes Krajowej Rady Komorniczej.

Dodajmy, że w znacznej części nowela wdraża postulaty korporacji komorniczej.

Od 8 września po otrzymaniu postanowienia o zajęciu z podpisem elektronicznym komornika bank będzie niezwłocznie blokował konto.

– Teraz takie zajęcie szło do banku nawet kilka dni. Dlatego, zwłaszcza w mniejszych bankach, pieniądze „uciekały” z konta. Teraz wszystko będzie zapisane co do minuty, więc takich praktyk raczej unikniemy – wskazuje Jarosław Świeczkowski, komornik z Pomorza.

Obok informatyzacji egzekucji najważniejsza zmiana dotyczy kwoty zwolnionej z egzekucji na rachunku bankowym. Do tej pory odpowiadała ona trzem średnim pensjom, czyli ok. 12 tys. zł. To oznaczało, że po jej wyczerpaniu komornik mógł ścigać wszystkie nowe pieniądze, które pojawiły się na koncie w następnych miesiącach, a nawet latach. Dla wielu dłużników była to finansowa pułapka.

Teraz kwota wolna od zajęcia ma odpowiadać 75 proc. minimalnej pensji, a więc ok. 1500 zł, ale będzie liczona w każdym miesiącu odrębnie. Komornicy wskazują, że gwarantuje to dłużnikowi minimum egzystencji, z drugiej strony pozwala ich systematycznie „skubać”.

E-licytacja z ruchomości, prowadzona na wzór internetowych portali, powinna być – a wszystko na to wskazuje – tańsza. Powinna też upowszechnić tę formę egzekucji, bo choć dowiadujemy się o licytacjach najrozmaitszych rzeczy, nawet psa rasowego, to jednak kwoty uzyskane z egzekucji ruchomości stanowią zaledwie 1 proc. kwot uzyskanych w egzekucji.

E-licytacja ruchomości ma być też poligonem doświadczalnym do wprowadzenia e-licytacji nieruchomości, co postulowali komornicy, a co w parlamencie uznano za zbyt ryzykowne, bo przy egzekucji z nieruchomości chodzi o kwoty dziesięć razy większe. Doświadczenia, np. węgierskie, gdzie taka licytacja obowiązuje od lat, są jak najlepsze.
Narzędzia kontroli

Eliminacji uchybień komornika (które niestety się zdarzają mimo wielu noweli ustawy o komornikach i egzekucji, trwają zresztą prace nad generalnym uporządkowaniem tej profesji) służyć mają inne zasady skargi na jego czynności, którą rozpatruje sąd rejonowy. Zmiana polega na tym, że skarga ma być wnoszona za pośrednictwem komornika, który – jeśli uzna ją za uzasadnioną – będzie mógł ją uwzględnić, co zwolni skarżącego z angażowania sądu.

Co się tyczy drugiego narzędzia obrony przed nieuzasadnioną egzekucją, tzw. powództwa przeciwegzekucyjnego, wprowadzono wygodną dla skarżącego zasadę, że sądem właściwym będzie ten, w którego okręgu mieszka dłużnik.

Podstawa prawna: nowela k.c., k.p.c. oraz innych ustaw z ?10 lipca 2015 r. (DzU z 10 lipca 2015 r.,poz. 1311)

Opinia dla „Rz”

prof. Jacek Gołaczyński, ?sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu

To kolejna, tym razem duża zmiana informatyczna w sądach.

Z pewnością nadanie wyższej rangi dowodowej pismom, zapisom elektronicznym, ułatwi zawieranie umów, prowadzenie biznesu, a w razie sporu dowodzenie zawartych w nich zapisów przed sądem. Elektroniczna korespondencja z sądami wymaga natomiast wdrożenia Elektronicznego Biura Podawczego, co wymaga czasu.

W ogóle informatyzacja sądów wymaga czasu i wydatków, ale wszystkie zalety elektroniki poznamy, kiedy system zostanie dopięty. Upływ potrzebnego na to czasu ma ten plus, że możemy zastosować nowsze narzędzie informatyczne, co widać np. przy bezpiecznym podpisie elektronicznym.

rp.pl

Prokurator kradł w sklepie. Dostanie wysokie odszkodowanie

Prokurator był niepoczytalny, kiedy rok temu ukradł w sklepie w Żninie batoniki i krem. Tak uznali biegli. Teraz zamiast kary dostanie odszkodowanie. Inny biegły musi ustalić czy prokuratorowi wróci rozum, kiedy będzie znów oskarżał przestępców.

W listopadzie 2014 roku 53-letni prokurator Prokuratury Rejonowej w Szubinie w sklepie schował do kieszeni dwa batoniki i krem do pielęgnacji ciała. Wszystko zarejestrowała kamera monitoringu. Wartość prokuratorskich „łupów” nie przekroczyła 15 zł. A taka kradzież to wykroczenie nie przestępstwo. Prokurator ma immunitet, więc kara sądowa mu nie groziła.

Okazało się jednak, że uniknie też konsekwencji zawodowych. Dwaj biegli psychiatrzy orzekli, że w momencie kradzieży był niepoczytalny. Dostanie też odszkodowanie, bo po kradzieży został zawieszony w czynnościach prokuratora i Sąd Dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym zmniejszył mu pensję o jedną czwartą. Teraz trzeba będzie mu zwrócić różnicę – kilka tysięcy złotych.

Prokurator wrócił do pracy. Na krótko. Po roku zwolnienia lekarskiego pójdzie na zaległy urlop. W tym czasie inny psychiatra ma zbadać, czy prokurator w pracy zachowa rozum, który stracił w sklepie przed rokiem.

fakt.pl

Urzędnik musi zapłacić 45 tys. zł kary za podjęcie bezprawnej decyzji. I to z własnej kieszeni

Urzędnik starostwa w Ostródzie ma zapłacić ponad 45 tys. zł odszkodowania za podjęcie decyzji niezgodnej z prawem. To jeden z pierwszych w Polsce przypadków zastosowania obowiązującej od 2011 r. ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych. Na wniosek ostródzkiego starostwa procedurę odszkodowawczą wobec urzędnika wszczęła Prokuratura Okręgowa w Elblągu. Starostwo poniosło szkodę finansową na skutek zatwierdzenia przez niego projektu budowlanego i udzielenia pozwolenia na budowę domu jednorodzinnego, które były niezgodne z prawem.

Decyzję o pozwoleniu na budowę unieważnił w postępowaniu odwoławczym wojewoda. Z tego powodu inwestor, który musiał przerwać prace i dokonać rozbiórki, wytoczył powiatowi powództwo o zwrot poniesionych szkód. Sąd przyznał mu rację i nakazał powiatowi zapłatę ponad 95 tys. zł wraz z ustawowymi odsetkami. Prokuratura uznała, że naruszenie prawa w tej sprawie było „rażące”, a winę za to ponosi konkretny urzędnik, który powinien zapłacić ponad 45 tys. zł, czyli dwunastokrotność swojego miesięcznego wynagrodzenia, ponieważ działał nieumyślnie. Gdyby wina była umyślna, to prokuratura zażądałaby od niego pełnej kwoty wypłaconej inwestorowi przez starostwo.

Nie mieli ubezpieczeń

Według starosty ostródzkiego Andrzeja Wiczkowskiego, do wydania błędnej decyzji budowlanej doszło w tym urzędzie jeszcze w poprzedniej kadencji samorządu. Dlatego po objęciu stanowiska zobowiązał wszystkich podległych pracowników do drobiazgowego przestrzegania procedur i ubezpieczenia się od odpowiedzialności cywilnej za błędne decyzje. Jak przyznał, wcześniej takich ubezpieczeń nie mieli, co oznacza, że ew. konsekwencje błędów musieliby pokrywać z własnej kieszeni.

Wiczkowski powiedział też, że musiał złożyć do prokuratury wniosek o wszczęcie postępowania wyjaśniającego, ponieważ sąd za błędną decyzję obwinił konkretnego urzędnika wydziału budownictwa w starostwie.

Jednak w ocenie starosty „ta sprawa nie jest do końca jednoznaczna”, bo powiatowy urzędnik „został wprowadzony w błąd” przez osobę, która wcześniej na zlecenie urzędu gminy opracowała projekt decyzji o warunkach zabudowy. Z tego powodu właściciel działki uzyskał zezwolenie na budowę domu zbyt blisko ściany lasu.

Możliwość wyciągnięcia finansowych konsekwencji wobec urzędników wprowadziła ustawa o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa, która weszła w życie 17 maja 2011 r. Miała ona przeciwdziałać niekompetencji i niefrasobliwości urzędników oraz podnieść jakość podejmowanych przez nich rozstrzygnięć administracyjnych.

gazeta.pl

4 lata skutecznej wojny z Orange

10 tys. zł zapłaci Orange kobiecie, którą bezpodstawnie pozwano do e-sądu za rzekomy dług. Spór trwała… 4 lata.

Katarzyna Gryga była abonentką TP SA. Po zmianie miejsca zamieszkania wypowiedziała umowę. Klientkę poinformowano, że nie zalega z płatnościami. Był rok 2008.

Jednak 17 marca 2011 r. do gry wszedł komornik. Gryga pracowała na podstawie umowy-zlecenia w Ministerstwie Kultury jako prawnik. Komornik zajął całe jej wynagrodzenie, gdyż nie podlegało ono ochronie jak wynagrodzenie pracownika etatowego. Dług wynosił wtedy ponad 9 tys. zł.

Ona o długu nie miała pojęcia. Czemu więc komornik zajął konto? Orange mimo rozwiązania umowy nadal naliczał opłaty za nieistniejący numer. A monity do zapłaty słał na adres, pod którym Pani Katarzyna dawno nie mieszkała. W końcu TP SA sprzedała wierzytelność firmie windykacyjnej, która złożyła pozew o zapłatę w e-sądzie. W październiku 2010 r. sąd wydał nakaz zapłaty – dotyczył on znacznej części długu. Zarówno windykator, jak i sąd posługiwali się jednak nieaktualnym adresem, więc dłużniczka o postępowaniu nie miała pojęcia. Akcja komornika zaskoczyła ją zupełnie.

Wygrana niczym porażka

Sprawa trafiła do sądu, który w grudniu 2012 r. umorzył postępowanie, a pieniądze zajęte przez komornika Pani Katarzynie zwrócono. Niestety, w międzyczasie straciła ona pracę w resorcie kultury.

Kobieta uznała, że działania telekomunikacyjnego giganta przyniosły jej osobiste straty. Stres, podważona opinia w pracy. Skierowała więc pozew przeciwko Orange Polska o zadośćuczynienie. Domagała się 20 tys. zł.

Wyrok zapadł w lipcu 2014 r. Młoda prawniczka usłyszała, że ma absolutną rację w kwestii długu – nie istniał, nie powinien być sprzedawany, nie powinno dojść do egzekucji komorniczej, a ponadto posługiwano się wadliwym adresem. „Wygrała” 2 tys. zł. A jednocześnie miała oddać Orange Polska 1933,60 zł jako zwrot części wynagrodzenia pełnomocnika Orange. Skąd problem z kosztami? Prawniczka chciała 20 tys. zł, wygrała 2 tys. zł. Proporcjonalnie „przegrała” sprawę w 90 proc., a to miało wpływ na podział kosztów. W ten sposób sądy rozliczają koszty postępowań.

Efekt ekonomiczny walki z telekomem: 66 zł i 40 groszy zysku. Dla pokrzywdzonej.

Skuteczna apelacja

Wygrana 66 zł, jak się łatwo domyślić, nie satysfakcjonowała klientki telekomu. Złożyła apelację. W październiku zapadł wyrok. 10 tys. zł na rzecz klientki, żadnych kosztów sądowych. Dochodzenie tej kwoty trwało 4 lata.

– Powiedzmy sobie szczerze mało kto ma czas, zdrowie, pieniądze i tyle konsekwencji, aby przez 4 lata dochodzić swoich praw. Dla mnie to skandal, że w ogóle TPSA nie poczuwała się do załatwienia sprawy ugodą i do przyznania się – mówi „Wyborczej” Katarzyna Gryga. – Przy okazji prosiłam TP SA, aby napisało pismo do ministerstwa, przepraszające mnie. Bo zajęcie komornicze na tak dużą kwotę dla młodego prawnika to strzał w kolano, zniszczenie jego wiarygodności na lata. Tymczasem Orange nie poczuło się do powiedzenia prostego słowa „przepraszam” przez 4 lata.

Orange nie kwestionuje swojego błędu. Ma jednak inny punkt widzenia.

– W tej konkretnej sprawie Orange Polska w październiku 2011 r. zaproponował zawarcie ugody i wypłacenie rekompensaty pieniężnej. Nasza propozycja została przedstawiona jeszcze na etapie przedsądowym. Przyznaliśmy się też do błędu. Zaproponowana ugoda nie była jednak satysfakcjonująca dla klienta – wyjaśnia Wojciech Jabczyński, rzecznik Orange. Telekom proponował 2 tys. złotych.

– Spór pomiędzy Orange Polska a klientem tyczył się jedynie co do wysokości zadośćuczynienia, a nie odpowiedzialności Orange Polska czy zakresu popełnionego błędu przez nas błędu – przekonuje Jabczyński.

Z taką opinią polemizuje Katarzyna Gryga.

– Orange uparcie twierdziło, nawet w odpowiedzi na moją apelację, że w ogóle nic nie zrobiło i zachowało się prawidłowo. Przecież nikt mi nawet nie zaoferował zwrócenia kosztów powództwa przeciwegzekucyjnego, ani kosztów komornika, które musiałam ja zapłacić, aby oddał mi moją zajętą pensję – opowiada prawniczka. I wyjaśnia czemu tak uparcie się procesowała. – Chciałabym, aby ten wyrok pokazał, że trwa to bardzo długo, ale żeby ludzie nie odpuszczali takich spraw. Chciałabym, aby dostarczyciele usług masowych nie czuli się bezkarni.

Komornik, prokurator, procedury

Od prawomocnego orzeczenia minął miesiąc.

Katarzyna Gryga: – Orange do dziś nie zapłaciło. Najwyraźniej będę zmuszona skorzystać z pomocy komornika – zapowiada.

Adwokat Barbara Gryga, pełnomocniczka: – Gdyby TP SA było osobą fizyczną, powódka złożyłaby doniesienie do prokuratury. Bo jak inaczej nazwać wymyślenie nieistniejącego długu, sprzedanie go firmie windykacyjnej i podanie adresu, który nie istnieje? Kodeks karny nazywa to usiłowaniem wyłudzenia.

Wojciech Jabczyński, Orange: – W Orange Polska mamy wdrożone restrykcyjne i precyzyjne procedury, które co do zasady mają zapobiegać takim przypadkom, jak opisany. Jeśli jednak zdarzy się taka sytuacja, co dzieje się incydentalnie, każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,19116571,4-lata-skutecznej-wojny-z-telekomem.html#ixzz3qGvlpjne

Ksiądz pedofil zastraszał świadka. Sąd wiedział i nic nie zrobił

Skazany za pedofilię ksiądz Paweł K. z Wrocławia przez kilkanaście miesięcy nękał świadka oskarżenia w swojej sprawie – twierdzi prokuratura. Wrocławski Sąd Apelacyjny wiedział o wszystkim, ale zdecydował, że nic nie zrobi. Nie aresztował mężczyzny, a nawet nie zgodził się z wnioskiem prokuratury, by zabrać księdzu 100 tysięcy złotych kaucji.

W styczniu ksiądz został skazany – przez wrocławski Sąd Okręgowy – na siedem lat więzienia. W czerwcu wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. W czasie procesu ksiądz Paweł nie był aresztowany. Wpłacił za to 100 tysięcy kaucji. Na wypadek, gdyby miał utrudniać postępowanie. Na przykład uciekając, ukrywając się czy właśnie prześladując świadków.

W lutym 2014 roku jeden ze świadków – zeznających przeciwko księdzu na procesie – zaczął być nękany telefonami i smsami.

Sprawca próbował groźbami zmusić go do zmiany zeznań. Tak przynajmniej wynika z informacji jakie przekazała nam rzeczniczka wrocławskiej Prokuratury Okręgowej Małgorzata Klaus. Świadek był też ofiarą innej wyrafinowanej formy nękania. Ktoś zamawiał na jego konto w internecie różne niepotrzebne towary. Na przykład 1988 maseczek do twarzy za 10 tysięcy złotych.

W grudniu ubiegłego roku ofiara nękania zawiadomiła prokuraturę. Ale do połowy maja 2015 nic się nie zmieniło. Nękanie – wynika z informacji o śledztwie – skończyło się 12 maja. Dopiero w czerwcu śledczy zebrali dowody, że sprawcą jest sam ksiądz Paweł K. Dokładnie 20 czerwca usłyszał zarzuty stalkingu i zmuszania groźbami do zmiany zeznań.

Tymczasem sprawę siedmioletniego wyroku za pedofilię badał Sąd Apelacyjny. Pod koniec czerwca na sądowej rozprawie prokurator poinformował o nowym śledztwie, o zarzutach stalkingu i grożenia świadkowi. Oskarżyciel zaproponował by – w związku z tym – zabrać księdzu 100 tysięcy kaucji. Choć mógł równie dobrze wnioskować o aresztowanie go.

Sąd jednak kaucji nie zabrał. Dlaczego? – Uznał, że oskarżenie nie „uprawdopodobniło”, by zachowanie oskarżonego (czyli groźby i stalking) „zmierzało do zakłócenia postępowania” w tej sprawie, którą zajmował się Sąd Apelacyjny – tłumaczy nam jego rzecznik sędzia Witold Franckiewicz. Również w czerwcu sąd utrzymał styczniowy wyrok skazujący księdza na 7 lat więzienia.

W śledztwie, dotyczącym gróźb i stalkingu, prokuratura też nie wnioskowała o aresztowanie Pawła K. Musiał wpłacić kaucję, zakazano mu kontaktów ze świadkiem, którego miał nękać. Zastosowano wobec niego też dozór policji.

Mimo prawomocnego wyroku ksiądz do dziś nie poszedł za kratki. Od czerwca trwa bowiem administracyjna procedura. Najpierw sędziowie z Sądu Apelacyjnego napisali uzasadnienie wyroku. Skończyli w ostatnich dniach. Teraz akta muszą trafić do Sądu Okręgowego. Tu zaczyna się „wykonywanie” kary. Ksiądz dostanie więc wezwanie, by zgłosił się w wyznaczonym dniu w wyznaczonym więzieniu.

Już w czerwcu – zaraz po wydaniu wyroku – Sąd Apelacyjny mógł zdecydować o aresztowaniu Pawła K. Tak by w areszcie poczekał na zakończenie administracyjnej procedury związanej z osadzaniem go w więzieniu. Nie zdecydował się jednak na to. Więc Paweł K. wciąż jest na wolności.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/8010069,ksiadz-pedofil-zastraszal-swiadka-sad-wiedzial-i-nic-nie-zrobil,id,t.html

Policjanci z Nysy z zarzutami przekroczenia uprawnień. „To były pojedyncze zdarzenia”

Prokuratorzy z Opola prowadzą śledztwo w sprawie czterech policjantów z Nysy. – Zarzuty dotyczą przekroczenia uprawnień i innych przestępstw mających miejsce w toku wykonywania czynności służbowych – informują prokuratorzy. Na razie nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy.

Czterech funkcjonariuszy z KPP w Nysie zatrzymali we wtorek policjanci na polecenie prokuratury. Mundurowi pracowali w wydziale kryminalnym. Usłyszeli już zarzuty. – Dotyczą one takich zachowań jak: wywieranie nacisków podczas przesłuchań, zatajanie faktów, sugerowanie treści zeznań, przyjęcie obietnicy korzyści majątkowej i ujawnienie informacji z postępowanie – wylicza Lidia Sieradzka z prokuratury okręgowej w Opolu.

Policja czeka na krok prokuratury

Jak podkreśla Sieradzka „były to pojedyncze zdarzenia”. Według prokuratorów nie było to działanie zorganizowanej grupy przestępczej. Na razie śledczy nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy. W biurze prasowym komendy wojewódzkiej policji w Opolu zapytaliśmy czy funkcjonariusze zostali zawieszeni w pełnieniu obowiązków służbowych. – Za wcześnie, by o tym mówić. Czekamy na oficjalne stanowisko prokuratury w tej sprawie – powiedział podinsp. Jarosław Dryszcz z KWP w Opolu.

tvn24.pl

Nadszarpnięte zaufanie do policji. Proces o podrzucenie marihuany

Kar więzienia – 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności oraz 1,5 roku w zawieszeniu – domaga się prokuratura dla dwóch policjantów, oskarżonych o podrzucenie narkotyków do samochodu urzędnika kontroli skarbowej.

Przed Sądem Rejonowym w Białymstoku zakończył się w środę (13.05) trwający od grudnia 2014 roku proces dwóch policjantów, oskarżonych o przekroczenie uprawnień, fabrykowanie dowodów i składanie fałszywych zeznań. Zdaniem prokuratury wrobili w posiadanie narkotyków niewinnego człowieka, urzędnika kontroli skarbowej. Występuje on w procesie w charakterze oskarżyciela posiłkowego.

Wyrok w tej bulwersującej sprawie zostanie ogłoszony za tydzień.

Żona: Zobaczyłam zmaltretowanego człowieka

Zanim strony wygłosiły mowy końcowe, zeznawała jeszcze żona pokrzywdzonego. O dniu, w którym zatrzymano męża (18 października 2011 r.), mówiła tak:

– Od godz. 16 nie mogłam skontaktować się z mężem, dzwoniłam na pogotowie, dziecko wpadło w histerię. To był jeden wielki koszmar. Kiedy przyszli policjanci i powiedzieli, że mąż został zatrzymany pod zarzutem posiadania konopi indyjskich, poczułam wielką ulgę. Wiedziałam, że to absurdalne zarzuty.

Tamtego dnia pracownik Urzędu Kontroli Skarbowej, po pracy stał w korku na Dojlidach. Policyjny patrol kazał mu zjechać na pobocze, wysiedli dwaj umundurowani policjanci. Zaczęli przeszukanie samochodu urzędnika. W pewnej chwili jeden z nich za fotelem pasażera znalazł niewielkie foliowe zawiniątko. Rozwinął je, w środku był susz roślinny. 3,2 grama konopi.

– Kiedy wyszedł [został zatrzymany na 48 godzin, potem zostały mu przedstawione zarzuty – red.], zobaczyłam zmaltretowanego człowieka. Ze łzami w oczach powtarzał, że może stracić pracę. Praca była dla niego wartością nadrzędną – mówiła w sądzie żona.

Gdy śledczy zagłębili się w sprawę, coś zaczęło im się nie układać. Dotarli do dowodów na to, że marihuana została podrzucona. 12 czerwca 2013 roku śledztwo przeciwko urzędnikowi zostało umorzone, a prokuratura dobrała się do usiłujących wrobić go stróżów prawa.

– Nadszarpnęli nasze zaufanie do policji, każdy w takiej sytuacji straciłby ufność do ludzi. Z czasem nabieramy dystansu, ale to piętno zostanie na całe życie – dodawała kobieta.

Kozioł ofiarny?

Na ławę oskarżonych trafił emerytowany już funkcjonariusz Oddziału Prewencji Policji w Białymstoku – 50-letni Marek J. oraz zawieszony policjant z tego oddziału – 45-letni Wojciech Z. Konsekwentnie nie przyznawali się do winy.

Obrończyni Wojciecha Z. mecenas Ewa Krętowska przekonywała, że jej klient był tylko kierowcą nadzoru nad funkcjonariuszami, tego dnia wyjechał ze swoim przełożonym Markiem J. i wykonywał jego polecenia. Ani nie wybierał trasy, którą jechali, ani samochodu do kontroli. Owszem, to on odnalazł zawiniątko pod fotelem, ale szukał tam po raz drugi, na wyraźne wskazanie przełożonego. Adwokat przypuszcza, że mogło się tam znaleźć za sprawą Marka J., który przeszukiwał przód auta, a potem nakazał Wojciechowi Z. przejrzenie tyłu, od strony pasażera. Podsumowała, że jej klient został we wszystko uwikłany, bez cienia jego winy.

Z kolei mecenas Bartosz Wojda, obrońca Marka J. twierdzi, że dowody przeciwko jego klientowi to tylko łańcuch poszlak. To on wybrał trasę wiodącą przez niewielką uliczkę Stoczni Gdańskiej, ale docelowo mieli dotrzeć do magazynów policji na Wspólnej, by je skontrolować, a z racji trwających remontów dróg, był to wskazany objazd. Zatrzymanie akurat tej osoby do kontroli to kwestia przypadku. Na folii z narkotykiem brak linii papilarnych i materiału genetycznego jego klienta. Wobec czego domaga się jego uniewinnienia.

Sam oskarżony Marek J. dodawał: – Jestem niewinny, swoje obowiązki wypełniałem sumienne. Zostałem wskazany jako ewentualny kozioł ofiarny.

Kto za tym stał?

Akt oskarżenia objął także inne, niezrozumiałe czynności Marka J. Miał on 29 września 2011 roku sprawdzać dane zatrzymanego urzędnika i sporządzić meldunek informacyjny o nim jako o osobie, która handluje narkotykami. W trakcie procesu policjant tłumaczył się, że ktoś mógł skorzystać z jego karty, by dostać się do systemu. A zresztą dostęp do komputera miał każdy, bo ponoć system funkcjonował fatalnie, logowanie trwało kilkanaście minut, więc lepiej się było nie wylogowywać. Prokuratura jest zdania, że próba wrobienia urzędnika w narkotyki mogła mieć związek z wykonywanymi przez niego czynnościami służbowymi, jednak w toku śledztwa tej hipotezy pokrzywdzonego jednoznacznie nie udało się udowodnić. Również sąd nie podejmował tego wątku. W swoich zeznaniach pokrzywdzony urzędnik przyznał, że podejrzewa, iż zostało to zlecone przez podatników, których kontrolował.

Świadomie nadużyli uprawnień, aby zaszkodzić

Prokuratura żąda dla Marka J., który miał być inspiratorem całej akcji, 2,5 roku więzienia oraz zakazu wykonywania zwodu związanego z dostępem do danych osobowych na okres 4 lat. Dla Wojciecha Z. – 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata, grzywny oraz zakazu wykonywania zawodu policjanta na 4 lata.

Oskarżeni mieliby też solidarnie zapłacić 30 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz oskarżyciela posiłkowego.

W mowie końcowej prokurator Aneta Czokało-Deptuła z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku przypominała, że taka formacja jak policja została powołana po to, by służyć społeczeństwu, do jej zadań należy ochrona zdrowia i życia ludzi oraz bezpieczeństwa i porządku publicznego. Ma też określony katalog uprawnień, będący „biblią” funkcjonariuszy.

– Oskarżeni, jako stróże prawa, funkcjonariusze z wieloletnim stażem, zajmujący kierownicze stanowiska, nadużyli tych uprawnień, w sposób przemyślany i z pełną świadomością zaszkodzenia konkretnej osobie – innemu funkcjonariuszowi publicznemu – mówiła prokurator, określając spreparowaną przez oskarżonych sytuację jako obrzydliwą. – Nie życzyłabym sobie ani żadnemu innemu funkcjonariuszowi publicznemu, aby znalazł się w takiej sytuacji.

Przywołała też słowa żony pokrzywdzonego o nadszarpnięciu zaufania.

– Oskarżeni zawiedli jako policjanci, bo nadużyli uprawnień im przysługujących. Uprawnień, zastosowaniu których przyświeca cel, jakim jest wykrywanie przestępstw i ściganie ich sprawców. Nadużyli tych uprawnień po to, by inną osobę wmanipulować i postawić ją w roli przestępcy – dodała prokurator.

Sąd zapowiedział możliwość wyeliminowania z zarzutów poświadczenia nieprawdy przez funkcjonariusza publicznego w wystawionym przez niego dokumencie oraz składania fałszywych zeznań.

gazeta.pl

Umorzona sprawa korupcji w Sądzie Najwyższym. Zaczęła się od wrocławskiego biznesmena

Umorzono śledztwo w sprawie korupcji w Sądzie Najwyższym. Chodzi o próbę kupienia za łapówkę wyroku Sądy Najwyższego. Miał on uchylić do ponownego rozpoznania sprawę cywilną jaką zajmowały się wrocławskie sądy Okręgowy i Apelacyjny. Był to spór pomiędzy biznesmenami o rozliczenie prowadzonej inwestycji. Sprawa zaczęła się od tajnej akcji o kryptonimie „Vesper” prowadzonej przez agentów wrocławskiego CBA. Przedsiębiorca, który przegrał proces, współpracował z CBA. Uczestniczył w tej operacji i pod kontrolą agentów wręczał łapówki. Materiały sprawy „Vesper” były głównym dowodem w śledztwie. Gdańska Prokuratura Apelacyjna oceniła, że nie da się ich wykorzystać do ewentualnego procesu. Stąd umorzenie. Choć – jak powiedział nam rzecznik prokuratury Mariusz Marciniak – operacja CBA była legalna.

Rzecz zaczęła się na przełomie 2008 i 2009 roku. Wrocławski biznesmen, który przegrał proces o 17 mln zł, dostać miał propozycję korupcyjną od jednego z prawników. Chodziło o obietnicę, że za pomocą znajomości w Sądzie Najwyższym można doprowadzić do uchylenia niekorzystnych wyroków.

Za pośrednictwem wrocławskiego prawnika biznesmen poznał sędziego NSA, zapalonego myśliwego. Ten obiecał załatwić sprawę u swojego znajomego w Sądzie Najwyższym. Na różnych etapach tej sprawy różnym jej uczestnikom wręczano pieniądze i inne prezenty. Na przykład sędziemu NSA zorganizowano polowanie w Rosji. Pojechał na nie z wrocławskim biznesmenem i udającym jego asystenta funkcjonariuszem CBA z Wrocławia. Upolowano głuszce i cietrzewie.

Sędzia Sądu Najwyższego – na prośbę swojego znajomego z NSA – przyjął do konsultacji projekt skargi kasacyjnej. Został wysłany mailem na jego oficjalny adres. I – w rozmowie telefonicznej podyktował jak taka skarga powinna być napisana. Kilka miesięcy temu Telewizja Republika ujawniła nagrane przez CBA dwie rozmowy sędziego NSA i Sędziego Sądu Najwyższego na ten temat. Wiemy o innych nagranych rozmowach obu panów. W tym o jednej, podczas której miało dojść do rozmowy o tym jak przekonać sędziego, zajmującego się sprawą, do wydania „właściwego” wyroku.

Operacja „Vesper” zakończyła się jesienią 2009. Do kupienia wyroku nie doszło. Być może – przynajmniej niektórzy uczestnicy tej operacji – zorientowali się, że to prowokacja. Kilka tygodni wcześniej media ujawniły tzw. „aferę hazardową”. Dotyczyła wrocławskiego biznesmena branży hazardowej Ryszarda Sobiesiaka i jego nieformalnych układów z politykami PO. Miały one zablokować uchwalenie przepisów niekorzystnych dla branży. Na trop „afery hazardowej” CBA wpadło realizując operację „Vesper”. Być może też współpracującym z biznesmenem sędziom nie udało się przekonać do pomocy tego, który wydawał wyrok.

Śledztwo w tej sprawie prowadziła najpierw krakowska Prokuratura Apelacyjna. Umorzyła je jesienią 2012 roku. Ale później – po kontroli Prokuratury Generalnej – wznowiono postępowanie i przekazano je do Gdańska. Kilka dni temu ponownie umorzono sprawę. Prokuratura w Gdańsku – wynika z przesłanego mediom komunikatu – uznała, że materiały sprawy „Vesper” nie nadają się na dowody.

Szczegóły są tajne. Śledczy wskazują oględnie na „restrykcyjne” warunki jakie muszą być spełnione by materiały z operacji specjalnej uznać za dowód w śledztwie i później w sadowym procesie. Te warunki wynikają m.in. z wyroków Sądu Najwyższego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Jeden z nich mówi o tym, że operację specjalną można rozpocząć gdy są wiarygodne informacje o przestępstwie już popełnionym. A nie takim, które być może w przyszłości popełnione będzie. Inny – na który zwraca uwagę prokuratura w komunikacie – dotyczy „pasywnej” postawy uczestników tajnej akcji. Chodzi na przykład o to, by agenci CBA sami nie namawiali na wzięcie łapówki.

W gdańskiej prokuraturze prowadzone jest nadal śledztwo ale w pięciu innych wątkach. Dotyczą m.in. osób z wrocławskiego wymiaru sprawiedliwości. W jednym z nich chodzi o powoływanie się na dojścia do wrocławskiego magistratu.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3911723,umorzona-sprawa-korupcji-w-sadzie-najwyzszym-zaczela-sie-od-wroclawskiego-biznesmena,2,id,t,sa.html

Czytaj także

Estońska plaga, czyli polowanie na polskie spółki

W Prokuraturze Apelacyjnej w Poznaniu jest już ponad 30 spraw dotyczących prób przejęcia polskich spółek. Za każdym razem sprawcą jest firma z Estonii. Rzecz dzieje się na rynku spółek paliwowych. Wszystko zaczyna się od sfałszowanych weksli, którymi posługuje się estońska spółka Andvens Invest OU z siedzibą Tallinnie. Potem pojawia się wyrok sądu polubownego BINAR, który nakazuje polskiej firmie zapłatę „należności”. „Wierzyciel” uzyskuje w sądzie klauzulę wykonalności i wkracza komornik, który ściąga pieniądze i przesyła na rachunek Andvens w fińskim banku. – Po otrzymaniu pierwszych wniosków komornik dokonał telefonicznie weryfikacji ich autentyczności w Sądzie Okręgowym. Sąd jej nie kwestionował – mówi Marek Grzelak, rzecznik Izby Komorniczej w Poznaniu.

Po moim tekście „Estoński skok na spółkę” zadzwonił Michał Kwieciński, udziałowiec jednej z firm, wobec których także wszczęto postępowanie komornicze. – Jedna ze spółek straciła około 140 tys. zł – mówi.

Postępowaniem w sprawie poszkodowanych zajmuje się Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu. W sumie takich spółek w Polsce jest 206. Ich nazwy pojawiają się w 30 prowadzonych sprawach.

Prawnicy z estońskiej spółki robią wszystko, by utrudnić poszkodowanym obronę. Składają w sądzie rejestrowym wnioski o zmianę w Krajowym Rejestrze Spółek prezesów i udziałowców okradanych firm. Nowymi szefami zarządów zostają zawsze Tammaru Aivar albo Veiko Kovalenko. A potem „przenoszą” siedziby przejętych spółek do Warszawy – Al. Jerozolimskie 96. To wirtualne biuro, czyli tak naprawdę adres korespondencyjny.

Niestety, polskie sądy wydają postanowienia korzystne dla Andvens, choć z Tallinna napływają niekompletne i sfałszowane dokumenty – fałszerstwo dokumentów w przypadku Oil Tank potwierdziła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. – Warszawski sąd zmienił zarząd mojej spółki Petronix – opowiada Michał Kwieciński. – Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy wydał postanowienie i prezesem oraz głównym udziałowcem Petronixu został Veiko Kovalenko. I tu proszę uważać: choć Kovalenko wnioskował o odwołanie z funkcji prezesa zamiast Pawła Świderskiego jakiegoś Marka S., to jednak wykreślono Świderskiego.

Zdaniem Kwiecińskiego i jego prawników estońska spółka nie dotrzymała terminów procesowych przekazania do KRS umowy sprzedaży udziałów Petronixu. – A warszawski sąd jedynie zwrócił się do estońskiej spółki o jej dosłanie. I otrzymał kolejny podrobiony dokument – dodaje biznesmen.

Zapytałam Katarzynę Kisiel, rzeczniczkę prasową ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie, dlaczego tak się stało. – Sąd rejestrowy dokonuje wpisów na podstawie przedłożonych dokumentów [nie bada stanu faktycznego]. Jeżeli w ocenie orzecznika dokumenty dołączone do wniosku mogą stanowić podstawę do dokonania wpisu, wpis taki jest dokonywany. A jeśli właściciele mają zastrzeżenia, to mogą składać skargi – poinformowała sędzia.

– I będą one rozpatrywane tygodniami – komentują poszkodowani.

Andvens nie odpuszcza

O pierwszej z przejętych spółek – Oil Tank – pisałam pod koniec kwietnia. Jej prezesem i głównym udziałowcem jest Franciszek Janik. Gdy kończyłam tekst, wydawało się, że firma zaczyna wychodzić na prostą. Sąd po kilku tygodniach uchylił klauzulę wykonalności nadaną fałszywemu wyrokowi polubownemu. Postępowanie egzekucyjne zawieszono, a zajęte przez komornika pieniądze nie trafiły do oszustów.

– I właśnie o nie teraz toczy się gra – mówi mec. Martyna Kupiecka, pełnomocniczka Janika. Po zawieszeniu egzekucji estońska spółka wystąpiła o zmianę prezesa Oil Tank, a 27 marca 2015 r. złożyła wniosek do sądu rejonowego o ogłoszenie upadłości przejętej firmy.

Sąd gospodarczy powołał syndyka. Co dalej?

– Znów trzeba czekać – wzdycha mec. Kupiecka. – Stale ścigam się z oszustami. Nie wiem, czy uda mi się zablokować ich działanie i jeszcze zmusić sądy do szybkiego rozpatrywania naszych skarg, by nie przejęli naszych pieniędzy.

Kto atakuje?

Sprawdzam, skąd działają agresywne spółki – czy naprawdę z Estonii? Zaczęłam od sądu arbitrażowego BINAR. Ma siedzibę w Warszawie i stronę internetową po angielsku, polsku, estońsku i rosyjsku. Żadnych nazwisk, tylko regulamin i cennik usług. Prosiłam o spotkanie. Zero reakcji. Wybrałam się na ul. Emilii Plater. Udało mi się tylko potwierdzić, że BINAR wynajmuje tam pomieszczenia. Znam jedynie z dokumentów nazwisko sędziego, który wydawał wyroki – Alar Salu. Kim jest? Pomogli mi to ustalić polscy biznesmeni działający w Estonii. Internet i tamtejsza prasa podają, że Alar Salu to estoński prawnik, były sędzia skazany za korupcję.

A spółka Andvens Invest OU z siedzibą Tallinnie? Została założona 30 sierpnia 2013 r. Kapitał zakładowy 2,5 tys. euro. O jej prezesie pisała „Capital Gazeta”. Niedawno został skazany przez sąd za produkcję amfetaminy na osiem i pół roku więzienia. To nie pierwszy jego wyrok. W 2012 roku odsiedział karę ośmiu miesięcy. Wyszedł w lecie 2013 r. i właśnie w tym czasie zarejestrowano Andvens Invest OU. Andriej Železkin – rzekomy prezes – jest „słupem”? To prawdopodobne, bo przejmujący paliwowe spółki są sprytni i świetnie znają nasze prawo.

Mec. Martyna Kupiecka: – Cały czas mam wrażenie, że walczę nie tylko z oszustami, ale też z polskim wymiarem sprawiedliwości. Bezwład w działaniu sądów w naszej sprawie jest nieprawdopodobny!

Michał Kwieciński myśli podobnie. Firma Andvens , odpowiadając na jego kroki prawne, właśnie odwołała wszystkich polskich pełnomocników spółki. Jedno tylko się Kwiecińskiemu udało: wywalczył, by sąd rejestrowy zawiesił Kovalenkę jako prezesa przejętych spółek. Obecnie wszyscy poszkodowani czekają na efekty prokuratorskiego śledztwa.

gazeta.pl

Adwokat Szymon Matusiak ze Szczecina lubi sobie pożartować ….

Otrzymaliśmy od naszych czytelników, sygnał o adwokacie „żartownisiu” ze Szczecina. Informacja była tak szokująca, iż na pierwszy rzut oka wydawała się niewiarygodna. Jednak po szybkim sprawdzeniu profili FB mecenasa Szymona Matusika ze Szczecina byliśmy bardzo zaskoczeni i zniesmaczeni. Właściwie bez komentarza przedstawiamy „żarty” adwokata Matusiaka, prezentowane na oficjalnym i publicznym profilu. Ocenicie je Państwo sami. Ale bez wątpienia nie tylko są to niesmaczne „żarty” są wręcz chamskie. Zaraz po powiadomieniu rzecznika prasowego ORA w Szczecinie profil został zablokowany. Jednak przez wiele miesięcy publiczność mogła podziwiać poczucie humoru adwokata Szymona Matusiaka.

matusiak_fb_00 matusiak_fb_01 matusiak_fb_02 matusiak_fb_03 matusiak_fb_04 matusiak_fb_05

Pomimo wielokrotnych prób nie udało się nam uzyskać komentarza adwokata Szymona Matusiaka ze Szczecina.
Czekamy natomiast na stanowisko rzecznika prasowego ORA w Szczecinie.

AKTUALIZACJA: 20-04-2015
Otrzymaliśmy informację od rzecznika prasowego ORA w Szczecinie, iż sprawa została skierowana do rzecznika odpowiedzialności dyscyplinarnej ORA w Szczecinie. O sprawie będziemy informować. Docierają do nas kolejne sygnały, dotyczące niezgodnie z prawem działania adwokata Szymona Matusiaka.

LC