NIK: Zabrać fotoradary straży miejskiej. Chęć zysku ważniejsza niż bezpieczeństwo

Inspekcja Transportu Drogowego powinna zostać włączona do policji, a straże miejskie nie powinny używać mobilnych fotoradarów – m.in. takie są rekomendacje Najwyższej Izby Kontroli płynące z badania stanu bezpieczeństwa na drogach. Polska Agencja Prasowa dotarła do zestawienia wniosków NIK stanowiących podsumowanie tegorocznych kontroli tego sektora. Izba zaleca zmiany organizacyjne oraz prawne, a także kontynuację procesu budowy autostrad i dróg ekspresowych. Po zbadaniu tej problematyki NIK postuluje przypisanie MSW wiodącej roli w koordynowaniu i egzekwowaniu działań na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym i uchwalenie wieloletniego programu finansowania przedsięwzięć w tym zakresie. W ocenie Izby, stan bezpieczeństwa na polskich drogach w ostatnich 10 latach ulegał poprawie, bo w tym czasie liczba śmiertelnych ofiar wypadków spadła o 41 proc., a rannych – o 31 procent.

„Tendencja spadkowa utrzymuje się w całym dziesięcioletnim okresie i to pomimo stałego wzrostu liczby pojazdów poruszających się po polskich drogach. Wciąż jednak należą one do jednych z najbardziej niebezpiecznych w UE” – napisano w raporcie.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3632950,nik-zabrac-fotoradary-strazy-miejskiej-chec-zysku-wazniejsza-niz-bezpieczenstwo,id,t.html

Wpłacił grzywnę za mężczyznę, który ukradł wafelek za 99 groszy. Sąd: Jest winny, ale nie poniesie kary

Sąd Okręgowy w Koszalinie utrzymał wyrok ws. dyrektora koszalińskiego więziennictwa płk. Krzysztofa Olkowicza, który wpłacił grzywnę za osadzonego w areszcie niepełnosprawnego intelektualnie mężczyznę. W maju sąd uznał go za winnego i nie wymierzył kary; teraz podtrzymano wymierzony wtedy wyrok.
Szef koszalińskiego więziennictwa odwołał się od decyzji sądu I instancji, bo czuł się niewinny. Przed rozprawą powiedział, że gdyby sytuacja się powtórzyła, postąpiłby tak samo. W jego ocenie sprawą nigdy nie powinna zajmować się policja i sąd, a niepełnosprawny mężczyzna nie powinien w ogóle znaleźć się w areszcie.

– Niedopuszczalne zachowanie osoby piastującej ważne stanowisko w systemie służby więziennej. Powinna ona powziąć działania zgodne z prawem, działania profesjonalne – mówiła dziś sędzia Renata Rzepecka-Gawrysiak, uzasadniając szkodliwość czynu. Dyrektor musi zapłacić 80 zł kosztów sądowych

Płk Olkowicz nie został ukarany, musi jedynie wpłacić 80zł kosztów sądowych, bo dopuścił się wykroczenia. Dyrektora koszalińskiego więziennictwa nie będzie mieć też kłopotów w pracy z powodu swojego postępowania.

Mężczyzna zapowiada jednak, że o swoje dobre imię będzie walczyć przed Sądem Najwyższym, bo „nie czuje się winny”.

Na dyrektora do Ministerstwa Sprawiedliwości donieśli podwładni

W maju Olkowiczowi nie wymierzono kary, bo podejmowane przez niego działania – w ocenie sądu – „zmierzały do tego, aby doprowadzić do jak najszybszego, wręcz natychmiastowego zwolnienia Arkadiusza K., czego nie można ocenić nagannie”.

Olkowicz zapłacił 40 zł grzywny za mężczyznę, który znalazł się w areszcie po kradzieży wafelka wartego 99 groszy. Sprawa trafiła na wokandę po tym, jak o wpłaceniu grzywny za ubezwłasnowolnionego Arkadiusza K. do Ministerstwa Sprawiedliwości donieśli podwładni Olkowicza. Powiadomili oni resort o podejrzeniu naruszenia przez dyrektora przepisu, który zabrania uiszczania za więźnia grzywny, jeśli nie jest się bliską mu osobą.

Olkowicz wpłacił grzywnę za mężczyznę, który ukradł wafelek za 99 groszy

Arkadiusz K. trafił do koszalińskiego aresztu 3 września 2013 r., bo nie zapłacił 100 zł grzywny za kradzież wafelka wartego 99 gr. Grzywnę zamieniono mu na 5 dni aresztu. O powodach jego osadzenia Olkowicz dowiedział się trzy dni później. Zaprosił więźnia na rozmowę, po której nabrał podejrzeń, że Arkadiusz K. cierpi na jakieś schorzenie psychiczne i nie powinien przebywać w areszcie.

Po uzyskaniu dodatkowych informacji na temat Arkadiusza K., którego wcześniej nie znał, Olkowicz zdecydował o zapłaceniu za niego 40 zł grzywny, by mógł on wcześniej wyjść na wolność. Tak też się stało – 6 września 2013 r. mężczyzna opuścił areszt.

gazeta.pl

Tysiąc złotych grzywny za… zdjęcie z ruletką. „Zakazana promocja hazardu”

Gdyby przypadkiem przyszło wam do głowy wrzucić do sieci zdjęcie z ruletką, kartami albo kośćmi… Nie róbcie tego! No, chyba że macie ochotę na odwiedziny celników

Przed kilkoma dniami pan Marcin z Piotrkowa Trybunalskiego znalazł w skrzynce pocztowej list z sądu. Lektura pisma nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Wyrokiem z 23 czerwca sędzia nałożył na mężczyznę tysiąc złotych grzywny w trybie nakazowym. Tak kończy się, przynajmniej w pierwszej instancji, przygoda pana Piotra z Urzędem Celnym w Piotrkowie.

Zaczęła się niewinnie od strony internetowej, gdzie mieszkaniec Piotrkowa publikował prywatne zdjęcia. Jak opowiadał „Dziennikowi Łódzkiemu” np. z gwiazdami, bo lubi się pochwalić. Okazji do zrobienia zdjęć nie brakowało, bo w przeszłości pracował jako DJ i wodzirej. Na jednej z imprez zrobił sobie zdjęcie przy stole z ruletką. Gdy wrzucił je do internetu, odwiedziła go delegacja służby celnej.

– Pomyślałem, że to dowcip, ale szybko okazało się, że jednak nie. Dowiedziałem się, że promuję hazard, łamię ustawę antyhazardową i jestem podejrzany o wykroczenie skarbowe. Nie napisałem na stronie internetowej nic, co zachęcałoby do hazardu. Ruletka pojawiła się w normalnym lokalu, gdzie byłem na imprezie integracyjnej. Ja nawet nigdy nie byłem w kasynie – opowiadał łódzkim mediom.

Celnicy wezwali pana Marcina na przesłuchanie. – Postawiono mi zarzuty promowania gier hazardowych. Zaproponowano mi mandat, ale nie powiedziano w jakiej wysokości. Okazało się, że za publikację zdjęcia z ruletką grozi mi do 3,3 tys. zł kary. Odmówiłem przyjęcia. Urzędnicy, z którymi rozmawiałem, byli bardzo mili, złego słowa nie mogę na nich powiedzieć. To przepisy są nie takie jak trzeba – dodaje.

Konsekwencje „reklamowania gier i zakładów wbrew przepisom ustawy hazardowej” określa kodeks karny skarbowy. Pan Marcin odpowiadał z art. 110a. Przepis mówi: Kto zleca, prowadzi, umieszcza reklamę lub promocję gier cylindrycznych (np. ruletka), podlega karze grzywny w wysokości 720 stawek dziennych (określa ją sąd na podstawie dochodów sprawcy). Identyczne konsekwencje grożą ludziom promującym grę w karty, w kości, na automatach i zakłady.

– Wiele osób wstawia zdjęcia z wieczorów kawalerskich czy panieńskich z kasyna. Przecież to nic złego. Nie rozumiem tych przepisów – komentuje pan Marcin. Zapowiada, że od wyroku się odwoła.

– Sytuacja, w której znalazł się mieszkaniec Piotrkowa, może budzić zdziwienie. Tym bardziej że aby mówić o przestępstwie, przepisy wymagają wykonywania czynności reklamowania i promowania gier. Ale jak widać, można interpretować je szeroko, co daje, niestety pole, do nieporozumień – komentował na łamach „Dziennika Łódzkiego” mecenas Piotr Kaszewiak.

– Gdyby fotografię w sieci z wyjazdu integracyjnego z ruletką w tle uznać za promocję czy reklamę gier hazardowych, to jesteśmy o krok od ścigania aktorów wcielających się w rolę Jamesa Bonda czy pary, która chwali się zdjęciami z podróży poślubnej w Las Vegas – dodaje prawnik.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,16449722,Tysiac_zlotych_grzywny_za____zdjecie_z_ruletka___Zakazana.html#ixzz3CBPuYt9H

Sieć antypedofilska bierze pod lupę polskie diecezje

Największa międzynarodowa organizacja walcząca z pedofilią w Kościele – SNAP – zakłada oddziały w Polsce. Chce w każdej archidiecezji albo województwie zbierać informacje na temat ofiar i oprawców. Wiedza ta będzie wykorzystana w procesach karnych i cywilnych o odszkodowania. Być może uda się to, czego nie jest w stanie zrobić Episkopat. Zapowiadana „Biała księga” na temat pedofilii w Kościele jest cały czas odkładana z braku danych – pisze „Gazeta Wyborcza”.

SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests – sieć współpracy ocalonych, którzy padli ofiarą nadużyć seksualnych ze strony księży) zrzesza ofiary księży pedofilów. Powstała w 1989 r. w USA i ma przedstawicieli w 56 krajach. Zbiera informacje na temat osób molestowanych przez księży i walczy o odszkodowania. Za jej sprawą w USA zbankrutowało 11 diecezji, a odszkodowania idą w setki milionów dolarów.

Organizacja współpracowała również z ONZ w czasie przesłuchań przedstawicieli Watykanu w Genewie w 2014 roku, którzy tłumaczyli się z pedofilii w szeregach Kościoła.

Na pomoc Episkopatowi

Pomysł, żeby struktury założyć w Polsce powstał w Chicago w czasie międzynarodowej konferencji na temat pedofilii. – Taką wiedzę trzeba zbierać lokalnie, bo taka metoda jest najskuteczniejsza. Ocaleni muszą się bardziej zorganizować – powiedziała w rozmowie z „GW” Maria Mucha, która zajmuje się organizacją struktur SNAP w Polsce.

Jak komentuje gazeta, być może SNAP uda się to, co tak opornie idzie Episkopatowi. „Biała Księga” na temat pedofilii w Kościele, która była zapowiadana wciąż nie powstała i nie wiadomo kiedy powstanie, bo jest problem z gromadzeniem danych – przyznają księża.

tvp.info

Hieny z VOTUM łowią w Karczówce

Byli dzień po tragedii. Kłamali, że ksiądz ich polecił. Oświadczenia pisały nawet dzieci. Wezmą jedną czwartą wywalczonego odszkodowania – opowiadają mieszkańcy Karczówki, w której w szambie utopiło się siedem osób. W Karczówce pod Żaganiem, 17 lipca, jeden z gospodarzy opróżniał szambo, stracił przytomność i wpadł do zbiornika. Na pomoc ruszyła mu rodzina i pracownicy. Zginęło siedem osób.

– To było dzień po tragedii – opowiada Bogusława Czyż, przyjaciółka pani Janki, która straciła 17-letniego syna Andrzeja. – Przyjechali w dobrych garniturach. Budzili respekt. Pytali, gdzie mieszkają bliscy tych, co zginęli w szambie.

17-latek dorabiał w gospodarstwie. W domu było krucho, obiecał matce, że kupi jej nową pralkę. Strażacy chowali go z honorami, bo działał w drużynie OSP. Pomagał budować remizę, mył węże i kaski starszym kolegom. Gdy gospodarze topili się w szambie, ruszył z pomocą.

Garnitury, białe koszule

Agenci firm odszkodowawczych szukali najpierw kontaktu z rodziną gospodarzy. – Ale wkoło było dużo ludzi. Przepędzili ich, jak dowiedzieli się, że chcą interes robić na ludzkiej śmierci. Ludzie płakali, a oni jak hieny cmentarne brali się za podpisywanie umów – opowiada Bogusława Czyż.

Agenci – według mieszkańców było ich trzech – pojechali do sąsiedniej Brzeźnicy. To właśnie tam mieszka rodzina Andrzeja. Matka nie chciała rozmawiać, ale agenci szybko ją przekonali.

– Powołali się na znajomość z księdzem z Czerwieńska pod Zieloną Górą. Miał znać dobrze proboszcza z Brzeźnicy. Mówili, że z księżowskiego polecenia przyszli pomóc rodzinie. Bez tego, jak ja znam, Janka, zamknęłaby im drzwi przed nosem. Ufa księdzu – opowiada Czyż. – Sprytnie zagrali. Proboszcza nie było we wsi, wyjechał na urlop – tłumaczy Czyż.

Tadeusz Buganik, mieszkaniec Karczówki: – Pani Janka była w szoku. Myślę, że nie wiedziała, co podpisuje. Kto w takiej chwili trzeźwo ocenia sytuację. Buganik dał znać koledze. Kazimierz Pańtak, radny lubuskiego sejmiku, jest z zawodu prawnikiem, natychmiast przyjechał na wieś. Spotkał się z kobietą.

Mecenas: To niemoralne

Pańtak przeprowadził małe śledztwo. Wyszło, że żaden ksiądz nie rozmawiał z agentami. – A już na pewno ich nie polecał. Tak się składa, że znam księdza z Czerwieńska osobiście. Z nikim nie rozmawiał o sprawie. To, co zrobili agenci firmy odszkodowawczej, to zwykłe hochsztaplerstwo – złości się Pańtak. – Bo jak inaczej to traktować. Przyjazd z umową w ręku dzień po tragedii jest niemoralny, niezgodne z etyką prawniczą. Wiadomo, że bliscy zmarłych nie są w stanie podejmować świadomych decyzji w obliczu takiej tragedii – tłumaczy Pańtak.

Mecenas zwraca uwagę 25 proc. kwoty w umowie. Tyle rodziny oddadzą firmie z wywalczonych odszkodowań. – To astronomiczne honorarium. Rodzina nie powinna zgadzać się na takie warunki – tłumaczy Pańtak. Sam zaoferował bezpłatną pomoc prawną, by skutecznie i bez kar zerwać podpisane umowy. – Nie wyobrażam sobie, żeby zarabiać na tych ludziach i to takie pieniądze – mówi.

Pańtak pokazuje też podpisy pod umową dzieci, rodzeństwa Andrzeja. Spisane zostały m.in. odczucia 10-letniego chłopca.

– Wygląda to tak, jakby pieniądze przesłoniły im wszystko, nie zważali na dzieci, które przeżywają śmierć brata. Jak sępy – ocenia.

Płakaliśmy razem z Adasiem, a z nami cała kolonia

Pani Janka wypełniła dokumenty zgłaszające szkodę, podpisała je także w imieniu czwórki swoich niepełnoletnich dzieci. Maluchy miały w deklaracjach opowiedzieć, co czują po stracie brata, jak bardzo jego śmierć wpłynęła na ich życie. Niektóre oświadczenia pisały same, odręcznie.

– Zmarły Andrzej był moim bratem, jak to z bratem bywało różnie, raz na wozie, raz pod wozem, ale kochałem go. Teraz została pustka i żal. Wielki żal. I nic nam go nie zwróci – pisze 14-letni Krzysztof.

– Był kochanym, uczynnym i pracowitym człowiekiem. Bardzo przezywam jego śmierć, byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Została po nim tylko pustka i ból – pisze 10-latek.

13-letnia siostra: – Wspólnie bawiliśmy się w różne zabawy na podwórku, lubił żartować ze mną, opiekował się mną i zwierzętami. Po stracie brata odczuwam smutek, tęsknotę, brakuje mi jego humory i pomocy. Bardzo płakałam.

– Dowiedziałem się o śmierci brata, kiedy byłem na kolonii. Płakaliśmy razem z Adasiem, a z nami cała kolonia. Natychmiast chcieliśmy wracać do domu, żeby być z mamą (…) Andrzej był kochanym bratem, zawsze mogłem na niego liczyć” – pisze ostatnie z rodzeństwa.

Matka dodała kilka zdań. – W tym stanie, w jakim jestem dzisiaj, nie jestem w stanie napisać nic więcej.

Czyż: – Nie wiedzieli, co pisać i jak, ale mieli napisać pod dyktando, bo tak trzeba… To straszne – mówi. Nie dziwi ją zgoda matki. – Była w szoku. Ktoś jej wmówił, że tak trzeba, to pisała. Teraz martwi się, że trzeba będzie płacić prawnikom za sprawę. Jej na to nie stać – tłumaczy Czyż.

Firma Votum z Wrocławia zapewnia, że rodzina może w każdej chwili wycofać się z ich pomocy. Twierdzi, że nie wiąże się to w żaden sposób z zapłatą jakikolwiek kar umownych.

Okręgowa Rada Adwokacka w Zielonej Górze zadeklarowała kilka dni po tragedii w Karczówce bezpłatną pomoc prawną dla rodzin ofiar.
– Deklaracja taka została złożona na ręce sekretarza gminy Brzeźnica – mówi Krzysztof Szymański, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Zielonej Górze.

Votum: Podpisujemy umowy w dogodnym terminie dla klienta

Maja Sałwacka: – Czy jest to częstą praktyką państwa agentów, by podpisywali umowy z poszkodowanymi w dniu lub dzień po tragedii? Zwłaszcza po śmierci bliskiej osoby?
Bartłomiej Krupa, dyrektor Departamentu Prawnego, członek zarządu firmy: – Przedstawiciele Votum SA nie są upoważnieni do podpisania umowy, a jedynie do prezentacji oferty oraz odebrania zamówienia na usługę dochodzenia roszczeń. Umowa jest podpisywana przez prawników z centrali firmy po analizie okoliczności sprawy. Prezentacja oferty odbywa się w terminie uzgodnionym z osobami poszkodowanymi.

Kto może zostać państwa agentem? Jakie warunki trzeba spełnić?
Przedstawicielem Votum SA może zostać wyłącznie osoba, która może wykazać się niekaralnością potwierdzoną wypisem z Krajowego Rejestru Karnego. Oczywiście w procesie rekrutacji brane są również pod uwagę inne cechy, które obok rzetelności mają doprowadzić do współpracy z osobami, które wykazują się właściwym poziomem empatii.

Czy agenci są szkoleni, jak należy rozmawiać z osobami, które straciły bliskich?
Przedstawiciele regionalni są zobligowani do systematycznego udziału w szkoleniach poświęconych możliwości dochodzenia roszczeń odszkodowawczych dla osób poszkodowanych. Obok szkoleń prawnych Votum SA przeprowadza szkolenia z udziałem psychologów.

Jeden z waszych agentów namówił rodzinę do podpisania deklaracji, tłumacząc, że został polecony przez księdza. Rodzina twierdzi, że tylko z tego powodu mu zaufała. Ksiądz zaprzecza, by dał taką rekomendację. Czy takie o standardy zawierania umów są częstymi praktykami w państwa firmie?
Nie posiadam informacji, aby taka sytuacja miała miejsce.

Umowę podpisano także z niepełnoletnim rodzeństwem ofiary wypadku. W oświadczeniach dzieci musiały opisać swoje relacje z bratem, swój stan emocjonalny po stracie bliskiego członka rodziny. Czy są to częste praktyki waszych agentów i czy państwo się na to zgadzacie jako firma?
Dochodzenie roszczeń na rzecz osób małoletnich wymaga zawarcia umowy z przedstawicielem ustawowym takiej osoby. W przypadku dochodzenia roszczeń związanych z rekompensatą za krzywdę, istotnym dowodem wpływającym na uzyskanie zadośćuczynienia w należnej kwocie, jest oświadczenie osoby poszkodowanej. W przypadku małoletnich, którzy ze względu na wiek nie mogą sporządzić takiego oświadczenia, może je sporządzić rodzic lub opiekun.

Cały tekst: gazeta.pl

Obrońca an-Nashiriego: Gorzkie zwycięstwo. Trybunał wprost powiedział, że w Polsce były tortury. Państwo mogło tego uniknąć

- Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce, był tutaj torturowany. To wyrok, w którym Polska została napiętnowana nie tylko za to, że śledztwo kierowane jest w sposób pozorny i nieefektywny – podkreślał w Radiu TOK FM Mikołaj Pietrzak, obrońca Abd ar-Rahima an-Nashiriego, przetrzymywanego przez CIA Saudyjczyka. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał dziś, że Polska naruszyła zakaz tortur ws. więzień CIA.
Polska naruszyła zakaz tortur i nieludzkiego traktowania ws. więzień CIA – jednomyślnie uznał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Polska ma zapłacić 100 tys. euro Abd ar-Rahimowi an-Nashiriemu i 130 tys. euro Abu Zubajdzie, którzy twierdzą, że byli przetrzymywani w więzieniu CIA na terenie naszego kraju.

„Trybunał stwierdził, że Polska współpracowała z CIA w przygotowaniu i realizacji operacji tajnych przesłuchań i przetrzymywania więźniów na swoim terytorium i powinna była posiadać wiedzę na ten temat, umożliwiając CIA przetrzymywanie skarżących na swoim terytorium” – czytamy w uzasadnieniu wyroku.

„Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce”

– To gorzkie zwycięstwo z naszej strony – komentował w Radiu TOK FM mec. Mikołaj Pietrzak, przewodniczący Komisji Praw Człowieka w Naczelnej Radzie Adwokackiej i obrońca an-Nashiriego, jednego z przywódców Al-Kaidy, który oskarżał polskie państwo o nielegalne przetrzymywanie w więzieniach CIA.

– To wyrok, w którym Polska została napiętnowana nie tylko za to, że śledztwo kierowane jest w sposób pozorny i nieefektywny. Trybunał wprost powiedział, że an-Nashiri przebywał w Polsce, był tutaj torturowany, bezprawnie przetrzymywany, porwany za granicę bez procesu ekstradycyjnego. Naruszono szereg jego praw i wolności – podkreślał Pietrzak.

– Polskie państwo mogło tego uniknąć – podkreślił prawnik. – Mogło uniknąć udziału w tym zbrodniczym systemie tortur i porwań pozostającym bez precedensu w systemie państw demokratycznych. A skoro już doszło do tej zbrodni, co zdarza się w najlepszych państwach, to należało przeprowadzić efektywne śledztwo. A śledztwo, mimo wysokich kwalifikacji prokuratorów, jest pozorne, ponieważ trwa sześć lat i jest zupełnie nietransparentne – zaznaczył.

Wyrok nie przesądza, czy w Polsce były więzienia CIA?

– Ten wyrok nie jest o tym, czy były w Polsce więzienia CIA. To tylko – i aż – wyrok na temat tego, jak było prowadzone śledztwo – tłumaczyła Ewa Siedlecka, dziennikarka „Gazety Wyborczej”. – Trybunał wypowiadał się w sprawie śledztwa. Europejskie orzecznictwo uznaje, że jeśli ktoś uważa, że zostało naruszone prawo do życia, wolność od tortur, od arbitralnego uwięzienia, to jeśli państwo nie wyjaśnia w sposób sprawny i rzetelny, czy tak się stało, tym samym narusza właśnie te prawa – wyjaśniała.

– Ale trybunał poszedł dalej – zaznaczył Pietrzak. – Wskazał, że Polska brała udział w systemie porwań i tortur, pozwalając Amerykanom na założenie bazy, w której Polska powinna przypuszczać, że osoby będą tam bezprawnie przetrzymywane i traktowane w sposób odpowiadający torturom. Trybunał poszedł o wiele dalej, niż wiele osób się tego spodziewało – zauważył prawnik.

– Demokratyczne państwa popełniają błędy, ba, popełniają zbrodnie, ale demokratyczne państwo różni się tym od niedemokratycznego, że te błędy naprawia w drodze mechanizmów kontrolnych z niezależnym śledztwem – przekonywał Pietrzak.

O co oskarżał Polskę an-Nashiri?

Skarżący Polskę Abu Zubajda i an-Nashiri twierdzą, że w latach 2002-2003 zostali – za przyzwoleniem polskich władz – osadzeni przez CIA w tajnym więzieniu w Polsce, gdzie służba miała ich torturować. Skarżący adwokaci domagali się uznania, że Polska naruszyła Europejską Konwencję Praw Człowieka.

Zaskarżyli też przewlekłość i nieefektywność trwającego od 2008 r. polskiego śledztwa w całej sprawie. Trybunał uznał, że śledztwo było przewlekłe i nieefektywne. Polska wnosiła o odrzucenie skarg, co uzasadniała m.in. faktem, że wciąż toczy się polskie śledztwo, a – zajmując wcześniej stanowisko – rząd mógłby wpłynąć na ocenę sprawy przez niezależną prokuraturę.

Amerykanie uznają an-Nashiriego za sprawcę ataku terrorystycznego na okręt amerykańskiej marynarki wojennej USS Cole w 2000 r. w Jemenie. Został on schwytany w Dubaju dwa lata po zamachu, przewieziony do aresztu w Afganistanie i w Tajlandii; potem miał być przetrzymywany i torturowany (m.in. przez podtapianie) w Polsce.

gazeta.pl

Przez 21 lat walczyła z urzędnikami, w końcu popełniła samobójstwo

Przez 21 lat właścicielka firmy kosmetycznej z Kartuz walczyła o zwrot nienależnie pobranego podatku akcyzowego. Chodziło o 3 mln zł. Gdy 17. raz sąd odesłał sprawę do ponownego rozpatrzenia, kobieta popełniła samobójstwo. Sprawa już miała mieć swój pozytywny finał, ale sąd po raz kolejny postanowił… zbadać ją ponownie. Tego było już za wiele. Kobieta załamała się i targnęła na życie, zażywając tabletki. W liście pożegnalnym szczegółowo opisała, czyje działania zmusiły ją do desperackiego czynu – relacjonuje mąż kobiety.

„Sprawiedliwość z nieba”

Połowę życia Krystyna Chojnacka walczyła z urzędnikami o istnienie swojej firmy. – Umierała w takiej świadomości, że nagle, jak ona to zrobi, to na wszystkich spłynie sprawiedliwość z nieba i że wszyscy urzędnicy i sędziowie będą wyczuleni na sprawiedliwość. Była jednak w wielkim błędzie, bo tak nie jest i nigdy nie będzie – mówi zasmucony Jarosław Chojnacki, mąż kobiety.

Właśnie z mężem 20 lat temu pani Krystyna założyła firmę kosmetyczną. To wtedy kontrola skarbowa kazała małżeństwu zapłacić podatek akcyzowy za konfekcjonowane (pakowane) kosmetyki. Jak się później okazało – bezpodstawnie. Przez lata małżeństwo wygrywało w sądzie kolejne sprawy, a Izba Celna składała odwołania. Małżeństwo Chojnackich w batalii z urzędnikami cały czas było wspierane przez Stowarzyszenie Niepokonani 2012.

– Na dzień przed śmiercią odbyła się kolejna, 17. już sprawa w sądzie administracyjnym w Gdańsku i sąd po raz siedemnasty orzekł skierowanie sprawy do ponownego rozpatrzenia, co jest praktycznie niedopuszczalne – podkreśla Łukasz Goyke ze stowarzyszenia.

Chojnaccy walczyli w sądach, ale obawiając się restrykcji urzędu skarbowego cały czas płacili podatek akcyzowy. Trzy lata temu musieli zamknąć firmę, zwolnić 30 pracowników i sprzedać swój dom. – Trybunał Konstytucyjny powiedział, że państwo wobec mnie działało nielegalnie, to teraz państwo musi mieć odwagę, wobec lojalnego obywatela. Lojalne państwo musi naprawiać swoje błędy – uważa pan Chojnacki.

Izba Celna w Gdyni, która toczy sądową batalię, teraz już tylko z Jarosławem Chojnackim, tak odpowiedziała na nasza prośbę o komentarz: „Jesteśmy poruszeni i zasmuceni śmiercią Pani Krystyny Chojnackiej. Z taką sytuacją spotykamy się po raz pierwszy i dla wszystkich, którzy mają z nią do czynienia, jest ona trudna(..) Wyjaśnieniem okoliczności śmierci Pani Krystyny Chojnackiej zajmują się odpowiednie organy i tylko one mogą udzielać komentarzy w tej sprawie”.

– Postępowanie prowadzone jest w kierunku artykułu 151 kodeksu karnego, czyli doprowadzenia innej osoby do targnięcia się na własne życie – poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Waldemar Stankiewicz ,TVP Info

Pomyłka prokuratury ratuje „Lejka”, oskarżonego o kierowanie gangiem

Gorzowska prokuratura spóźniła się jeden dzień z wysłaniem apelacji. To dobra wiadomość dla oskarżonego o gangsterkę – zostanie prawomocnie uniewinniony.
„Lejek” to legenda poznańskiego półświatka. Ten 56-latek zasiadł trzy lata temu na ławie oskarżonych, bo gorzowska prokuratura miała zeznania skruszonego bandyty „Kanady”.

Zarzuty to m.in. kierowanie gangiem i próba wyłudzenia odszkodowania za pożar „salonu odnowy biologicznej”, który naprawdę miał być agencją towarzyską. Jednak sędzia Maria…

Cały tekst: gazeta.pl

Skarb państwa zapłaci olbrzymie odszkodowanie dawnemu Centrozapowi

Skarb państwa ma zwrócić spółce Ideon (dawny Centrozap) 27,8 mln zł wraz z odsetkami za błędne decyzje organów podatkowych – potwierdził Sąd Najwyższy, zamykając prawie dziesięcioletni proces w tej sprawie. Ideon znajduje się obecnie w upadłości układowej.
– Ta sprawa pokazuje, jak ostrożnie trzeba wydawać decyzje podatkowe obciążające przedsiębiorców wielomilionowymi zobowiązaniami – powiedział w uzasadnieniu wyroku sędzia Wojciech Katner. Podkreślił, że decyzje podatkowe opiewające na bardzo wysokie kwoty podejmował ten sam inspektor podatkowy, miały one w dodatku rygor natychmiastowej wykonalności. W efekcie dochodziło do zajęcia kont bankowych i blokowania środków na bieżącą działalność, co omal nie doprowadziło spółki do bankructwa i likwidacji.

Pracownicy na bruk, straciła gospodarka

– Upadłość to nie jest tylko sprawa przedsiębiorcy, dotyczy ona dużej liczby osób zatrudnionych w spółce, a nawet ma wpływ na całą gospodarkę, zwłaszcza gdy chodzi o spółkę notowaną na giełdzie – podkreślił Katner. Tym samym Sąd Najwyższy potwierdził wcześniejsze orzeczenia sądów I i II instancji zasądzających na rzecz katowickiej spółki 27,8 mln zł wraz z odsetkami i kosztami procesu. Chodzi o decyzje aparatu skarbowego z czasów, gdy spółka nosiła nazwę Centrozap. W marcu 2012 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Centrozapu podjęło uchwałę o zmianie nazwy na Ideon SA.

Wielki proces przeciwko skarbowi państwa

Był to jeden z największych w Polsce procesów wytoczonych przez podmioty gospodarcze skarbowi państwa. Spółka twierdziła, że działania aparatu skarbowego i ujawnienie informacji o bardzo poważnych zobowiązaniach podatkowych doprowadziły ją do kłopotów finansowych – straciła nie tylko aktywa i pieniądze, ale także dobre imię, zaufanie odbiorców, wiarygodność na krajowych i zagranicznych rynkach. Pierwotnie spółka żądała 100 mln zł.

Poszło o rzekome wyłudzenie VAT

Problemy Centrozapu zaczęły się w połowie lat 90., gdy spółka zajmowała się handlem oprogramowaniem komputerowym. W 2001 r. urząd kontroli skarbowej dopatrzył się nieprawidłowości i wydał serię decyzji nakazujących spółce zapłatę rzekomo wyłudzonego podatku VAT.

Kwoty zobowiązań z poszczególnych decyzji sięgały 120 mln zł. Decyzje te miały dodatkowo rygor natychmiastowej wykonalności. W efekcie zajęte zostały konta bankowe spółki, a na nieruchomościach należących do niej ustanowiono hipoteki.

Spółka odwołała się od tych decyzji, a sądy administracyjne potwierdziły, że większość z tych decyzji była sprzeczna z prawem. Centrozap odzyskał jedynie część zajętych środków. Skierował więc do sądu cywilnego pozew o odszkodowanie od skarbu państwa.

14 błędnych decyzji urzędników

Pierwszy proces w tej sprawie przed katowickim sądem okręgowym trwał ponad trzy lata. W listopadzie 2008 r. sąd przyznał spółce 42,5 mln odszkodowania.

Wraz z odsetkami liczonymi od marca 2005 r. chodziło o kwotę ok. 63 mln zł. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że nie ma wątpliwości co do tego, że urzędnicy skarbowi wydali w sprawie Centrozapu 14 błędnych decyzji, przyczyniając się tym do pogrążenia i upadłości spółki.

Apelację od tego wyroku złożyła Prokuratoria Generalna reprezentująca w procesie skarb państwa. Prokuratoria stała na stanowisku, że nie było mowy o bezprawności decyzji wydanych wobec Centrozapu, choć – jak przyznała – można mówić o ich wadliwości.

Gdy katowicki sąd apelacyjny podzielił wątpliwości Prokuratorii i oddalił powództwo Centrozapu, spółka skierowała do Sądu Najwyższego skargę kasacyjną, którą SN uznał za zasadną.

Sprawa trafiła więc ponownie do katowickiego sądu okręgowego, który tym razem wydał orzeczenie korzystne dla spółki i zasądził na jej rzecz 27,8 mln zł odszkodowania wraz z odsetkami i kosztami procesowymi.

Katowicki sąd ogłosił upadłość spółki

Prokuratoria Generalna zaskarżyła to orzeczenie do Sądu Najwyższego, ale w czwartek SN oddalił jej skargę kasacyjną, kończąc tym samym trwający prawie 10 lat proces. W uzasadnieniu czwartkowego wyroku SN wskazał, że sądy prawidłowo ustaliły, które decyzje były bezprawne i stanowiły bezpośrednie źródło odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa.

– Bezprawność decyzji skarbowych nie musi być wyartykułowana wprost, ona wynika z ich treści – powiedział sędzia Katner. SN wytknął też wiele nieprawidłowości Prokuratorii Generalnej i organom skarbowym. – W toku procesu dała się zauważyć bierność i nikłe zainteresowanie procesem strony pozwanej – powiedział Katner. Dodał, że mimo wezwań Prokuratoria Generalna nie odnosiła się do dowodów z opinii biegłych ustalających wysokość odszkodowania.

We wrześniu 2013 r. katowicki sąd ogłosił upadłość spółki, jednak nie zakończyła ona działalności. Sąd zatwierdził bowiem układ z wierzycielami, a jednym ze źródeł spłaty wierzycieli będzie dziś zasądzone odszkodowanie od skarbu państwa.

Ideon pogrążył Polonię Warszawa

Prezes i udziałowiec Ideona Ireneusz Król w lipcu nabył 100 proc. udziałów w Polonii Warszawa, klubie Ekstraklasy od Józefa Wojciechowskiego, prezesa JW. Construction. Początkowo chciał przenieść klub do Katowic, ale ostatecznie pozostawił go w Warszawie. Na koszulkach piłkarzy zawitało logo Odeonu. Jednak bardzo szybko Król przestał płacić piłkarzom. W związku z tym zaczęli oni rozwiązywać umowy (z winy klubu). Polonia nie otrzymała licencji na grę w Ekstraklasie i ostatecznie nowy sezon rozpoczęła w IV lidze piłkarskiej (czyli piątej klasie rozgrywek).

gazeta.pl

Miała być wielka afera w wymiarze sprawiedliwości. Ale sprawa się przedawniła

Porażka wymiaru sprawiedliwości. Wrocławski sąd apelacyjny umorzył – z powodu przedawnienia – sprawę trzech osób, które miały powoływać się na korupcyjne wpływy w sądzie i prokuraturze. Na ławie oskarżonych siedzieli wrocławski adwokat Jacek L., przedsiębiorca Bogdan O. i Tomasz K. osoba przed laty doskonale znana w przestępczym półświatku. Zapadł też wyrok uniewinniający w jedynym wątku sprawy, w którym nie doszło do przedawnienia. Oskarżeni mieli – w 2003 roku – utrudniać wrocławskie śledztwo przeciwko warszawskiemu gangsterowi Markowi K.
Na początku 2003 roku prokuratura Psie Pole poszukiwała listem gończym warszawskiego gangstera Marka K. Adwokat, przedsiębiorca i człowiek znany w półświatku mieli wówczas przekonywać gangstera, że za łapówkę załatwią mu korzystną decyzję sądu. Dzięki niej gangster mógł uniknąć aresztowania. Tak też się stało. Sąd wydał decyzję, dzięki której poszukiwany listem gończym mężczyzna do aresztu nie trafił.

Później tenże sam gangster Marek K. „skruszył się” i zaczął opowiadać, że ową decyzję załatwił sobie za łapówkę. W 2006 roku mecenas L. i inne związane z tą sprawa osoby trafiły do aresztu.

Wtedy podejrzenia sięgały korupcji w wymiarze sprawiedliwości. Śledczy próbowali udowodnić, że doszło do wręczenia łapówki wrocławskiemu sędziemu, który wydał korzystną dla gangstera decyzję. Ale dowodów na to, że sędzia wziął nie znaleziono.

Dzisiaj – po siedmiu latach od zatrzymań i aresztów – wrocławski Sąd Apelacyjny ostatecznie zakończył sprawę. W pierwszej instancji prowadził ją Sąd Okręgowy w Opolu. W kwietniu ubiegłego roku cała trójka została skazana na kary po półtora roku więzienia, m.in. za powoływanie się na korupcyjne układy i utrudnianie śledztwa. Dodatkowo opolski sąd ocenił, że trzej oskarżeni oszukali gangstera, bo wzięli od niego pieniądze niby na łapówkę, a tak naprawdę wzięli je do własnych kieszeni.

Dziś Sąd Apelacyjny ten wyrok zmienił. Powoływanie się na korupcyjne układy – czyli tak zwana „płatna protekcja” – to przestępstwo, które przedawniło się więc sprawę sąd musiał umorzyć. A na utrudnianie śledztwa, dotyczącego gangstera, dowodów nie było żadnych – ocenił dzisiaj Sąd Apelacyjny. Zarzut oszustwa zaś opolski sąd dopisał oskarżonym bezprawnie. Nie mógł tego zrobić, bo takiego zarzutu prokuratura nie postawiła w akcie oskarżenia.

Śledztwo w tej sprawie miało być wielką aferą we wrocławskim wymiarze sprawiedliwości. Krążyły opowieści o nieprawdopodobnych aferach, jakie wyszły na jaw przy okazji podsłuchów, założonych przez CBŚ w tej sprawie. Ale – poza mecenasem Jackiem L – nikomu z sądownictwa, prokuratury czy palestry zarzutów nie postawiono.

Mecenas L został wcześniej prawomocnie skazany w innym wątku tej sprawy. Zarzucono mu m.in., że złożył w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie, którego nie było. Z ustaleń śledztwa wynikało, że oskarżenie rzucił na osobę skonfliktowaną ze swoim znajomym. Wyrok – półtora roku więzienia. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje – łącznie z Sądem Najwyższym – i wszędzie wyrok został utrzymany w mocy. Ale mecenas mówi, że skazano go nieuczciwie i jest niewinny żądnego przestępstwa. Mówi, że jego sprawa to efekt nagonki na prawnicze środowiska , prowadzonej za czasów IV RP”. Zapowiada, że będzie próbował wznowić proces, w którym został prawomocnie skazany.

Prawo dopuszcza taką możliwość gdyby dziś pojawiły się „nowe okoliczności”, jednoznacznie wskazujące, że przestępstwa nie było a skazanie to pomyłka.

gazetawroclawska.pl