Przez 21 lat walczyła z urzędnikami, w końcu popełniła samobójstwo

Przez 21 lat właścicielka firmy kosmetycznej z Kartuz walczyła o zwrot nienależnie pobranego podatku akcyzowego. Chodziło o 3 mln zł. Gdy 17. raz sąd odesłał sprawę do ponownego rozpatrzenia, kobieta popełniła samobójstwo. Sprawa już miała mieć swój pozytywny finał, ale sąd po raz kolejny postanowił… zbadać ją ponownie. Tego było już za wiele. Kobieta załamała się i targnęła na życie, zażywając tabletki. W liście pożegnalnym szczegółowo opisała, czyje działania zmusiły ją do desperackiego czynu – relacjonuje mąż kobiety.

„Sprawiedliwość z nieba”

Połowę życia Krystyna Chojnacka walczyła z urzędnikami o istnienie swojej firmy. – Umierała w takiej świadomości, że nagle, jak ona to zrobi, to na wszystkich spłynie sprawiedliwość z nieba i że wszyscy urzędnicy i sędziowie będą wyczuleni na sprawiedliwość. Była jednak w wielkim błędzie, bo tak nie jest i nigdy nie będzie – mówi zasmucony Jarosław Chojnacki, mąż kobiety.

Właśnie z mężem 20 lat temu pani Krystyna założyła firmę kosmetyczną. To wtedy kontrola skarbowa kazała małżeństwu zapłacić podatek akcyzowy za konfekcjonowane (pakowane) kosmetyki. Jak się później okazało – bezpodstawnie. Przez lata małżeństwo wygrywało w sądzie kolejne sprawy, a Izba Celna składała odwołania. Małżeństwo Chojnackich w batalii z urzędnikami cały czas było wspierane przez Stowarzyszenie Niepokonani 2012.

– Na dzień przed śmiercią odbyła się kolejna, 17. już sprawa w sądzie administracyjnym w Gdańsku i sąd po raz siedemnasty orzekł skierowanie sprawy do ponownego rozpatrzenia, co jest praktycznie niedopuszczalne – podkreśla Łukasz Goyke ze stowarzyszenia.

Chojnaccy walczyli w sądach, ale obawiając się restrykcji urzędu skarbowego cały czas płacili podatek akcyzowy. Trzy lata temu musieli zamknąć firmę, zwolnić 30 pracowników i sprzedać swój dom. – Trybunał Konstytucyjny powiedział, że państwo wobec mnie działało nielegalnie, to teraz państwo musi mieć odwagę, wobec lojalnego obywatela. Lojalne państwo musi naprawiać swoje błędy – uważa pan Chojnacki.

Izba Celna w Gdyni, która toczy sądową batalię, teraz już tylko z Jarosławem Chojnackim, tak odpowiedziała na nasza prośbę o komentarz: „Jesteśmy poruszeni i zasmuceni śmiercią Pani Krystyny Chojnackiej. Z taką sytuacją spotykamy się po raz pierwszy i dla wszystkich, którzy mają z nią do czynienia, jest ona trudna(..) Wyjaśnieniem okoliczności śmierci Pani Krystyny Chojnackiej zajmują się odpowiednie organy i tylko one mogą udzielać komentarzy w tej sprawie”.

– Postępowanie prowadzone jest w kierunku artykułu 151 kodeksu karnego, czyli doprowadzenia innej osoby do targnięcia się na własne życie – poinformowała Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Waldemar Stankiewicz ,TVP Info

Pomyłka prokuratury ratuje „Lejka”, oskarżonego o kierowanie gangiem

Gorzowska prokuratura spóźniła się jeden dzień z wysłaniem apelacji. To dobra wiadomość dla oskarżonego o gangsterkę – zostanie prawomocnie uniewinniony.
„Lejek” to legenda poznańskiego półświatka. Ten 56-latek zasiadł trzy lata temu na ławie oskarżonych, bo gorzowska prokuratura miała zeznania skruszonego bandyty „Kanady”.

Zarzuty to m.in. kierowanie gangiem i próba wyłudzenia odszkodowania za pożar „salonu odnowy biologicznej”, który naprawdę miał być agencją towarzyską. Jednak sędzia Maria…

Cały tekst: gazeta.pl

Skarb państwa zapłaci olbrzymie odszkodowanie dawnemu Centrozapowi

Skarb państwa ma zwrócić spółce Ideon (dawny Centrozap) 27,8 mln zł wraz z odsetkami za błędne decyzje organów podatkowych – potwierdził Sąd Najwyższy, zamykając prawie dziesięcioletni proces w tej sprawie. Ideon znajduje się obecnie w upadłości układowej.
- Ta sprawa pokazuje, jak ostrożnie trzeba wydawać decyzje podatkowe obciążające przedsiębiorców wielomilionowymi zobowiązaniami – powiedział w uzasadnieniu wyroku sędzia Wojciech Katner. Podkreślił, że decyzje podatkowe opiewające na bardzo wysokie kwoty podejmował ten sam inspektor podatkowy, miały one w dodatku rygor natychmiastowej wykonalności. W efekcie dochodziło do zajęcia kont bankowych i blokowania środków na bieżącą działalność, co omal nie doprowadziło spółki do bankructwa i likwidacji.

Pracownicy na bruk, straciła gospodarka

- Upadłość to nie jest tylko sprawa przedsiębiorcy, dotyczy ona dużej liczby osób zatrudnionych w spółce, a nawet ma wpływ na całą gospodarkę, zwłaszcza gdy chodzi o spółkę notowaną na giełdzie – podkreślił Katner. Tym samym Sąd Najwyższy potwierdził wcześniejsze orzeczenia sądów I i II instancji zasądzających na rzecz katowickiej spółki 27,8 mln zł wraz z odsetkami i kosztami procesu. Chodzi o decyzje aparatu skarbowego z czasów, gdy spółka nosiła nazwę Centrozap. W marcu 2012 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Centrozapu podjęło uchwałę o zmianie nazwy na Ideon SA.

Wielki proces przeciwko skarbowi państwa

Był to jeden z największych w Polsce procesów wytoczonych przez podmioty gospodarcze skarbowi państwa. Spółka twierdziła, że działania aparatu skarbowego i ujawnienie informacji o bardzo poważnych zobowiązaniach podatkowych doprowadziły ją do kłopotów finansowych – straciła nie tylko aktywa i pieniądze, ale także dobre imię, zaufanie odbiorców, wiarygodność na krajowych i zagranicznych rynkach. Pierwotnie spółka żądała 100 mln zł.

Poszło o rzekome wyłudzenie VAT

Problemy Centrozapu zaczęły się w połowie lat 90., gdy spółka zajmowała się handlem oprogramowaniem komputerowym. W 2001 r. urząd kontroli skarbowej dopatrzył się nieprawidłowości i wydał serię decyzji nakazujących spółce zapłatę rzekomo wyłudzonego podatku VAT.

Kwoty zobowiązań z poszczególnych decyzji sięgały 120 mln zł. Decyzje te miały dodatkowo rygor natychmiastowej wykonalności. W efekcie zajęte zostały konta bankowe spółki, a na nieruchomościach należących do niej ustanowiono hipoteki.

Spółka odwołała się od tych decyzji, a sądy administracyjne potwierdziły, że większość z tych decyzji była sprzeczna z prawem. Centrozap odzyskał jedynie część zajętych środków. Skierował więc do sądu cywilnego pozew o odszkodowanie od skarbu państwa.

14 błędnych decyzji urzędników

Pierwszy proces w tej sprawie przed katowickim sądem okręgowym trwał ponad trzy lata. W listopadzie 2008 r. sąd przyznał spółce 42,5 mln odszkodowania.

Wraz z odsetkami liczonymi od marca 2005 r. chodziło o kwotę ok. 63 mln zł. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że nie ma wątpliwości co do tego, że urzędnicy skarbowi wydali w sprawie Centrozapu 14 błędnych decyzji, przyczyniając się tym do pogrążenia i upadłości spółki.

Apelację od tego wyroku złożyła Prokuratoria Generalna reprezentująca w procesie skarb państwa. Prokuratoria stała na stanowisku, że nie było mowy o bezprawności decyzji wydanych wobec Centrozapu, choć – jak przyznała – można mówić o ich wadliwości.

Gdy katowicki sąd apelacyjny podzielił wątpliwości Prokuratorii i oddalił powództwo Centrozapu, spółka skierowała do Sądu Najwyższego skargę kasacyjną, którą SN uznał za zasadną.

Sprawa trafiła więc ponownie do katowickiego sądu okręgowego, który tym razem wydał orzeczenie korzystne dla spółki i zasądził na jej rzecz 27,8 mln zł odszkodowania wraz z odsetkami i kosztami procesowymi.

Katowicki sąd ogłosił upadłość spółki

Prokuratoria Generalna zaskarżyła to orzeczenie do Sądu Najwyższego, ale w czwartek SN oddalił jej skargę kasacyjną, kończąc tym samym trwający prawie 10 lat proces. W uzasadnieniu czwartkowego wyroku SN wskazał, że sądy prawidłowo ustaliły, które decyzje były bezprawne i stanowiły bezpośrednie źródło odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa.

- Bezprawność decyzji skarbowych nie musi być wyartykułowana wprost, ona wynika z ich treści – powiedział sędzia Katner. SN wytknął też wiele nieprawidłowości Prokuratorii Generalnej i organom skarbowym. – W toku procesu dała się zauważyć bierność i nikłe zainteresowanie procesem strony pozwanej – powiedział Katner. Dodał, że mimo wezwań Prokuratoria Generalna nie odnosiła się do dowodów z opinii biegłych ustalających wysokość odszkodowania.

We wrześniu 2013 r. katowicki sąd ogłosił upadłość spółki, jednak nie zakończyła ona działalności. Sąd zatwierdził bowiem układ z wierzycielami, a jednym ze źródeł spłaty wierzycieli będzie dziś zasądzone odszkodowanie od skarbu państwa.

Ideon pogrążył Polonię Warszawa

Prezes i udziałowiec Ideona Ireneusz Król w lipcu nabył 100 proc. udziałów w Polonii Warszawa, klubie Ekstraklasy od Józefa Wojciechowskiego, prezesa JW. Construction. Początkowo chciał przenieść klub do Katowic, ale ostatecznie pozostawił go w Warszawie. Na koszulkach piłkarzy zawitało logo Odeonu. Jednak bardzo szybko Król przestał płacić piłkarzom. W związku z tym zaczęli oni rozwiązywać umowy (z winy klubu). Polonia nie otrzymała licencji na grę w Ekstraklasie i ostatecznie nowy sezon rozpoczęła w IV lidze piłkarskiej (czyli piątej klasie rozgrywek).

gazeta.pl

Miała być wielka afera w wymiarze sprawiedliwości. Ale sprawa się przedawniła

Porażka wymiaru sprawiedliwości. Wrocławski sąd apelacyjny umorzył – z powodu przedawnienia – sprawę trzech osób, które miały powoływać się na korupcyjne wpływy w sądzie i prokuraturze. Na ławie oskarżonych siedzieli wrocławski adwokat Jacek L., przedsiębiorca Bogdan O. i Tomasz K. osoba przed laty doskonale znana w przestępczym półświatku. Zapadł też wyrok uniewinniający w jedynym wątku sprawy, w którym nie doszło do przedawnienia. Oskarżeni mieli – w 2003 roku – utrudniać wrocławskie śledztwo przeciwko warszawskiemu gangsterowi Markowi K.
Na początku 2003 roku prokuratura Psie Pole poszukiwała listem gończym warszawskiego gangstera Marka K. Adwokat, przedsiębiorca i człowiek znany w półświatku mieli wówczas przekonywać gangstera, że za łapówkę załatwią mu korzystną decyzję sądu. Dzięki niej gangster mógł uniknąć aresztowania. Tak też się stało. Sąd wydał decyzję, dzięki której poszukiwany listem gończym mężczyzna do aresztu nie trafił.

Później tenże sam gangster Marek K. „skruszył się” i zaczął opowiadać, że ową decyzję załatwił sobie za łapówkę. W 2006 roku mecenas L. i inne związane z tą sprawa osoby trafiły do aresztu.

Wtedy podejrzenia sięgały korupcji w wymiarze sprawiedliwości. Śledczy próbowali udowodnić, że doszło do wręczenia łapówki wrocławskiemu sędziemu, który wydał korzystną dla gangstera decyzję. Ale dowodów na to, że sędzia wziął nie znaleziono.

Dzisiaj – po siedmiu latach od zatrzymań i aresztów – wrocławski Sąd Apelacyjny ostatecznie zakończył sprawę. W pierwszej instancji prowadził ją Sąd Okręgowy w Opolu. W kwietniu ubiegłego roku cała trójka została skazana na kary po półtora roku więzienia, m.in. za powoływanie się na korupcyjne układy i utrudnianie śledztwa. Dodatkowo opolski sąd ocenił, że trzej oskarżeni oszukali gangstera, bo wzięli od niego pieniądze niby na łapówkę, a tak naprawdę wzięli je do własnych kieszeni.

Dziś Sąd Apelacyjny ten wyrok zmienił. Powoływanie się na korupcyjne układy – czyli tak zwana „płatna protekcja” – to przestępstwo, które przedawniło się więc sprawę sąd musiał umorzyć. A na utrudnianie śledztwa, dotyczącego gangstera, dowodów nie było żadnych – ocenił dzisiaj Sąd Apelacyjny. Zarzut oszustwa zaś opolski sąd dopisał oskarżonym bezprawnie. Nie mógł tego zrobić, bo takiego zarzutu prokuratura nie postawiła w akcie oskarżenia.

Śledztwo w tej sprawie miało być wielką aferą we wrocławskim wymiarze sprawiedliwości. Krążyły opowieści o nieprawdopodobnych aferach, jakie wyszły na jaw przy okazji podsłuchów, założonych przez CBŚ w tej sprawie. Ale – poza mecenasem Jackiem L – nikomu z sądownictwa, prokuratury czy palestry zarzutów nie postawiono.

Mecenas L został wcześniej prawomocnie skazany w innym wątku tej sprawy. Zarzucono mu m.in., że złożył w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie, którego nie było. Z ustaleń śledztwa wynikało, że oskarżenie rzucił na osobę skonfliktowaną ze swoim znajomym. Wyrok – półtora roku więzienia. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje – łącznie z Sądem Najwyższym – i wszędzie wyrok został utrzymany w mocy. Ale mecenas mówi, że skazano go nieuczciwie i jest niewinny żądnego przestępstwa. Mówi, że jego sprawa to efekt nagonki na prawnicze środowiska , prowadzonej za czasów IV RP”. Zapowiada, że będzie próbował wznowić proces, w którym został prawomocnie skazany.

Prawo dopuszcza taką możliwość gdyby dziś pojawiły się „nowe okoliczności”, jednoznacznie wskazujące, że przestępstwa nie było a skazanie to pomyłka.

gazetawroclawska.pl

Hiszpański sędzia żąda zatrzymania b. prezydenta i premiera Chin. „Za ludobójstwo”

Hiszpański sędzia Ismael Moreno zażądał od Interpolu wystawienia nakazów aresztowania byłego prezydenta Chin Jiang Zemina, byłego premiera Li Penga oraz trzech innych chińskich polityków w ramach dochodzenia ws. ludobójstwa w Tybecie.
Skargę przeciw byłym przywódcom Chin wniosły do hiszpańskiego sądu organizacje broniące praw człowieka, zgodnie z przyjętą w tamtejszym sądownictwie zasadą represji wszechświatowej (tzw. jurysdykcją uniwersalną), na mocy której można karać cudzoziemców za zbrodnie przeciw ludzkości popełnione za granicą, pod warunkiem że w kraju, w którym doszło do ich popełnienia, nie wytoczono w tej sprawie dochodzenia.

Tortury i naruszenia praw człowieka

Na mocy tego właśnie prawa inny hiszpański sędzia Baltasar Garzon doprowadził w 1998 roku do aresztowania w Londynie byłego dyktatora Chile Augusto Pinocheta. Garzon wystąpił o ekstradycję Pinocheta w związku z zarzutami zabójstwa, zaginięcia i stosowania tortur wobec obywateli hiszpańskich, argentyńskich i chilijskich. Z przyczyn zdrowotnych byłemu dyktatorowi zezwolono jednak na powrót do kraju.

Sędzia Moreno napisał w swym wniosku, że Jiang Zemin sprawował władzę nad ludźmi, którzy bezpośrednio dopuścili się tortur i innych poważnych naruszeń praw człowieka wobec narodu tybetańskiego. Sędzia domaga się zatem, by Interpol wydał nakaz zatrzymania i aresztowania Jianga za ludobójstwo, tortury i zbrodnie przeciw ludzkości.

W opublikowanej w listopadzie decyzji hiszpański trybunał narodowy, który prowadzi takie sprawy, uznał, że istnieją przesłanki świadczące o udziale Jiang Zemina, Li Penga oraz trzech innych byłych przedstawicieli chińskich władz w decyzjach politycznych dotyczących Tybetu.

Zaszkodzi stosunkom chińsko-hiszpańskim

Chiny zażądały wówczas od Madrytu wyjaśnień w sprawie nakazu aresztowania Jiang Zemina w ramach otwartego w 2006 roku dochodzenia w sprawie ludobójstwa w Tybecie w latach 1980-90. Pekin wyraził nadzieję, że władze hiszpańskie nie „podejmą działań, które mogłyby zaszkodzić Chinom i stosunkom chińsko-hiszpańskim”.

W piątek chińskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało Madryt, by zapobiegł kolejnym postępowaniom w sprawie domniemanego łamania przez Chiny praw człowieka w Tybecie. Rządząca w Hiszpanii Partia Ludowa zabiega o reformę zasady represji wszechświatowej w hiszpańskim sądownictwie, tak aby ograniczyć sędziom możliwość podejmowania postępowania poza granicami kraju – wyjaśnia Reuters.

Warunkiem wniesienia sprawy do trybunału narodowego w Hiszpanii jest to, by co najmniej jedna z ofiar przestępstwa była jej obywatelem. W tym przypadku warunek spełnia mnich Thubten Wangchen. Sprawę przeciwko pięciu byłym członkom chińskich władz wniosły do sądu hiszpański Komitet Wsparcia Tybetu (CAT) z siedzibą w Madrycie, fundacja Dom Tybetu i jeszcze jedna organizacja protybetańska.

gazeta.pl

Arcypedofil uniknie odpowiedzialności ponieważ jest obywatelem Watykanu !!!!

Abp Józef Wesołowski jako obywatel Watykanu nie może być poddany ekstradycji – poinformował Watykan polską prokuraturę. Abp Wesołowski to b. nuncjusz apostolski na Dominikanie, odwołany przez papieża w związku z podejrzeniami o pedofilię. – Pod koniec grudnia otrzymaliśmy z Watykanu odpowiedź na nasz październikowy wniosek o pomoc prawną – powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Przemysław Nowak, potwierdzając informacje tvn24.

Dodał, że w piśmie wskazano, iż abp Wesołowski jest obywatelem państwa watykańskiego, a prawo karne państwa watykańskiego nie zezwala na ekstradycję obywatela tego kraju. Watykan poinformował też, że prowadzi własne postępowanie w sprawie abp. Wesołowskiego.

„Abp Wesołowski jest objęty immunitetem dyplomatycznym”

- Państwo Watykan poinformowało także po raz kolejny, że abp Wesołowski objęty jest immunitetem dyplomatycznym, a jego zakres regulują standardowe przepisy prawa międzynarodowego” – powiedział Nowak.

Prokuratura pytała o zakres immunitetu, ponieważ z jej wstępnych analiz wynikało, że immunitet dyplomatyczny „rozciąga się tylko i wyłącznie na czynności czy też działania, które mają związek właśnie z funkcją dyplomaty”.

Nowak poinformował też, że prokuratura cały czas analizuje dokumenty uzyskane z Dominikany, a żadne przełomowe decyzje procesowe nie zostały dotąd podjęte.

Śledztwo w sprawie podejrzenia seksualnego wykorzystywania dzieci przez dwóch polskich duchownych: ks. Wojciecha Gila i abp. Wesołowskiego – odwołanego przez papieża Franciszka nuncjusza apostolskiego na Dominikanie – od końca września prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Prokuratorzy badają, czy zachodzi podejrzenie, że polscy duchowni dopuszczali się na Dominikanie pedofilii, za co w Polsce grozi do 12 lat więzienia. Drugim wątkiem postępowania jest przestępstwo utrwalania treści pornograficznych z dziećmi (zagrożone pozbawieniem wolności do 10 lat).

Formalną podstawą wszczęcia tego śledztwa były informacje, jakie prokuratura uzyskała z polskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego w Bogocie, które potwierdziło w prokuraturze na Dominikanie, że prowadzone jest tam postępowanie w sprawie dotyczącej dwóch polskich obywateli.

Prokuratura dostała 600 stron tłumaczeń z Dominikany

Prokurator generalny Dominikany przesłał do Polski materiały ws. pedofilii polskich duchownych. Na początku grudnia prokuratura otrzymała tłumaczenia materiałów – ponad 600 stron dokumentów. Są to m.in. ekspertyza informatyka badającego zatrzymane w śledztwie komputery, a także protokoły przesłuchań pokrzywdzonych i świadków, dokumenty bankowe oraz opinia psychologiczna.

Nuncjusz apostolski na Dominikanie abp Wesołowski został w sierpniu odwołany ze stanowiska w związku z oskarżeniami o pedofilię. Podawano wtedy, że Watykan wszczął postępowanie wobec zarzutów pedofilii.

Watykańskie postępowanie w związku z zarzutami wobec abp. Wesołowskiego toczy się w Kongregacji Nauki Wiary, która zajmuje się wszystkimi takimi przypadkami. Najwyższą karą kościelną za pedofilię jest wykluczenie ze stanu duchownego.

gazeta.pl

Koperta pod stołem to nie łapówka, czyli znana okulistka niewinna, choć winna

Zaskakujący wyrok w korupcyjnej sprawie znanej okulistki. Sąd uniewinnił Ariadnę G., mimo że dostawała pieniądze od firm jako dyrektor kliniki okulistycznej w Katowicach. Zakwalifikował dawaną gotówkę jako „nieformalne opłaty”. O tej sprawie było głośno nie tylko dlatego, że Ariadna G. to założycielka i wieloletnia szefowa kliniki – największej w kraju i jednej z największych w Europie – ale też dlatego, że jest ona byłą synową I sekretarza PZPR Edwarda Gierka.

Wyrok wydał warszawski sąd rejonowy pod koniec listopada 2013 r. Uzasadnienie ogłosił za zamkniętymi drzwiami. Dopiero dziś, gdy skończył je pisać, wiadomo, dlaczego uniewinnił lekarkę. „Wyborcza” poznała szczegóły tego uzasadnienia.

Najpierw artykuł, potem NIK i prokuratura

Problemy utalentowanej lekarki, która jest niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie okulistyki, zaczęły się od tekstu w „Tygodniku Podhalańskim”. Po nim prokuratura wszczęła śledztwo, a NIK kontrolę.

Upadek dyrektorki następuje rok później, gdy do prokuratury wpływają zawiadomienia o łapówkach z austriackiej firmy, która dostarczała medykamenty do kliniki. Okulistka traci stanowisko, przechodzi na emeryturę.

Padły mocne podejrzenia: kupowanie sprzętu bez przetargów, prowadzenie z oferentami negocjacji przed rozpoczęciem procedur przetargowych, przyjmowanie do warunków przetargu parametrów wskazanych przez oferentów. Przez rok śledztwo toczyło się niemrawo.

Prokuratura przesłuchuje Agnieszkę B., przedstawicielkę austriackiej firmy medycznej C., która dostarczała medykamenty do szpitala. Jej zeznania nic nie wnoszą. Śledztwo nabiera tempa rok później, gdy do akt wpływają zawiadomienia o przyjmowaniu korzyści majątkowych przez dyrektor G. Ich autorami są właściciele austriackiej firmy oraz ta sama Agnieszka B., która jeszcze niedawno, zeznając, nic istotnego nie opowiedziała.

Według niej miało być tak: Agnieszka B. najpierw pracuje w firmie L. założonej przez Francuza (polskiego pochodzenia). Francuz poleca jej skontaktowanie się z G., którą zna m.in. z kongresów dla lekarzy. Firma z branży optycznej musi mieć bowiem wśród klientów tak ważną placówkę jak śląska klinika okulistyczna. Umawia spotkanie.

Jest przełom 1999/2000. Agnieszka B. uzyskuje informacje – nie wiadomo od kogo – że jest zwyczaj przekazywania G. 10 proc. prowizji za kontrakt od zapłaconej przez szpital faktury. Informuje o tym Francuza, a ten podobno przyjmuje to do wiadomości.

Śledczy zakładają, że B. wikła się w proceder samodzielnie, bo Francuz zaprzecza potem, że płacono takie prowizje. Pieniądze miały być wręczane w pokoju dyrektorki, w szpitalu. Pierwszy raz 22,5 tys. zł pod koniec 2003 r. W sumie przez pół roku ok. 100 tys. zł. Pieniądze na prowizje miały pochodzić z kasy firmy. Jak je rozliczano? Księgowa miała kupować puste faktury. Część pieniędzy miała też pochodzić z darowizn na sanktuarium w Gietrzwałdzie – po wpłaceniu darowizny część miała wracać w gotówce.

Koperty po wiedeńsku

B. zmienia pracę. Przechodzi do polskiej odnogi austriackiej firmy C. Za jakiś czas nowy pracodawca wykupi część firmy, w której B. pracowała wcześniej.

Podczas rozmów z Austriakami kobieta ma stawiać warunek: trzeba nawiązać współpracę z profesor G. Uprzedziła o prowizjach, a ci, choć niechętnie, się zgadzają. Tym razem ma to być 13 proc. od faktury. Pieniądze mają być przekazywane w euro w Wiedniu w latach 2006-07 r. Po dzisiejszym kursie prawie 270 tys. zł.

Faktem jest, że G. bywała w Wiedniu. Austriacy mówią, że pieniądze na prowizję brali z kasy firmy. Oficjalnie rozliczano je jako zaliczki na usługi marketingowe (na wydrukach jest nazwisko G.). Pieniądze w kopercie mieli przekazywać Agnieszce B. Nie liczyła ich. Nigdy nie widzieli, jak polska współpracowniczka wręczała kopertę. Miała być „dyskretna”. Austriacy mówią, że raz koperta wypadła na ziemię, ale nie są pewni komu.

Ostatnia koperta miała być przekazana w grudniu 2007 r., już po pierwszych zeznaniach Agnieszki B. w prokuraturze (nie opowiedziała o prowizjach). Austriacy mówili, że chcą zakończyć proceder. Woleli rozliczać się, opłacając badania w szpitalu lub szkolenia, na których by wykładała G. Ale sprawa ucichła. Potem było zaś zawiadomienie do prokuratury.

Dlaczego doniosła?

Prokuratura ma zeznania Austriaków, Agnieszki B. i jeszcze jednej osoby, która raz miała wręczyć łapówkę (ten wątek umorzono). Nikt poza Agnieszką B. nie widział wręczania kopert.

Ona sama była nieprecyzyjna co do dat spotkań z G., przekazywanych kwot i tego, za jakie umowy one były. Prokuratura sprawdzała, skąd wypłacano gotówkę na prowizje. Śledczy w firmie medycznej Francuza nie potwierdzili kupowania pustych faktur. Znaleziono tylko kilka pism z darowiznami po 5-7 tys. zł na sanktuarium.

Prokurator musiał odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie: dlaczego Austriacy i B. sami przyznali się do procederu? Odpowiedź: obawiali się, że wyjdzie na jaw podczas kontroli NIK. Informując zaś prokuraturę o prowizjach, sami uniknęli odpowiedzialności karnej.

Profesor oskarżono o przyjęcie 13 łapówek z art. 228 par. 1 kodeksu karnego: „kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8″.

Nie ma korzyści, nie ma przestępstwa

Wyrok wydał sędzia Maciej Jabłoński. Sądził sprawę z oskarżenia Janusza Kaczmarka przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Chciał skierować Kaczyńskiego na badania psychiatryczne. Po tej decyzji odsunięto go od sprawy. Kazał też policji doprowadzić siłą na rozprawę redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, gdy ten nie stawił się na proces z TVN.

Sąd uznał istnienie nieformalnego porozumienia pomiędzy Agnieszką B. a profesor G. Zeznania głównego świadka przyjął za wiarygodne, choć z zastrzeżeniem.

Sędzia badał też motyw przyznania się do procederu. Musiał zapewne dać odpowiedź na pytania, czy B., pobierając pieniądze z firm na prowizje, nie zachowała ich dla siebie. Oskarżenie G. byłoby zaś dla niej wygodnym alibi. Sędzia uznał, że nie zatrzymywała ich. Przyjął, że przyznała się z obawy przed kontrolą NIK. Tym samym uniknęła odpowiedzialności karnej.

Z powodu braku związku pomiędzy kopertami a korzyścią, jaką miałaby mieć okulistka, prokuratura przegrała jednak sprawę przed sądem. Bo nikt nie potwierdził, żeby profesor wpływała na przetargi. Nie sprawiała ona nawet wrażenia osoby przychylnej.

Kwestia każdego przetargu była sprawą otwartą. Dlatego sąd orzekł, że proceder nie wyczerpał znamion czynu zabronionego, i uniewinnił prof. G. Sąd potępił jednak działania Agnieszki B., uznając, że przesuwają one granice znanej patologii w szpitalach, np. sponsorowanie kongresów, w stronę finansowego, nieformalnego wsparcia.

Sędzia Jabłoński podkreśla, że „zjawiska korupcyjne są przedmiotem sporów co do jej granic”. Przychyla się do opinii, że trzeba badać powód wręczenia korzyści majątkowej i to, jaki jest jej skutek, a nie tylko jej wartość.

Inne firmy nie oskarżały G. o prowizje. Prokuratura umorzyła wątki związane z raportem NIK.

Nowym dyrektorem szpitala został Dariusz Jorg z NIK, tej samej, która szukała nieprawidłowości w klinice okulistycznej założonej przez profesor. Jorg jest dyrektorem do dziś. Agnieszka B. nie pracuje już dla Austriaków.

Taki wyrok nie odstraszy

Grażyna Kopińska, ekspert Fundacji Batorego, jest zaskoczona: – Szef szpitala dostaje koperty od firmy, która wygrywa w nim przetargi, i nie jest to korupcja? Taki wyrok nie będzie pełnił funkcji odstraszającej. A to ważne, bo korupcja na linii pacjent – lekarz maleje, ale na linii szpital – firmy medyczne rośnie. Szpitale mają teraz dużo pieniędzy do wydania, a jest nad tym słaba kontrola.

Kopińska zauważa jednak, że paradoksalnie tok rozumowania sądu nie jest błędny. Gdyby bowiem uznać, że nie musi być związku pomiędzy korzyścią a funkcją, to każdy prezent przyjęty przez urzędnika, np. od zagranicznej delegacji, byłby podstawą do postawienia mu zarzutów.

Wyrok jest nieprawomocny. Prokuratura zapowiada apelację, ale sprawy nie komentuje.

gazeta.pl

W prokuraturze tuszowano sprawy błędów lekarskich. I nie ma winnych?

Sąd Dyscyplinarny dla prokuratorów nie zgodził się na uchylenie immunitetu wrocławskiej prokuratorce Justynie D. Nie można więc postawić jej zarzutów w śledztwie dotyczącym zamiatania pod dywan dwóch spraw dotyczących błędów lekarskich. Jedno ze śledztw zamieciono tak dokładnie, że akta zginęły bezpowrotnie a zanim skandal wyszedł na jaw i zdążono akta odtworzyć, sprawa się przedawniła. W drugiej sprawie na wiele lat skutecznie zablokowano dochodzenie. Obie medyczne sprawy prowadziła prokurator Justyna D. Śledczy z prokuratury w Legnicy chcieli postawić jej zarzuty nadużycia uprawnień i poświadczania nieprawdy w dokumentach. Ale nie zgodził się na to Sąd Dyscyplinarny. Prokuratura Okręgowa w Legnicy zapowiada zaskarżenie tej decyzji.

Jakie są powody decyzji Sądy Dyscyplinarnego? – Nie znamy ich. Czekamy na akta i pisemne uzasadnienie decyzji sądu. Na pewno je zaskarżymy – mówi rzeczniczka legnickiej prokuratury Lilianna Łukasiewicz. Zgodnie z prawem, żeby postawić zarzuty popełnienia przestępstwa prokuratorowi musi się na to zgodzić Sąd Dyscyplinarny. Od jego decyzji można się odwołać do Wyższego Sądu Dyscyplinarnego. Decyzja tego drugiego jest ostateczna.

Przypomnijmy jak było. Justyna D. pracowała w Prokuraturze Rejonowej Wrocław Śródmieście. We wrześniu 2012 roku wyszło na jaw, ze zginęły gdzieś akta sprawy znanego wrocławskiego ginekologa prof. Andrzeja K. Ofiarą błędu lekarskiego ma być Małgorzata Ossmann. W sierpniu 2007 r. lekarze mieli zbyt późno rozpoznać, że zaczął się poród. Rozpoczęło się cesarskie cięcie, ale dziecka nie udało się już uratować. Zagrożone było również życie pani Małgorzaty. Od 2007 roku pani Małgorzata walczy o sprawiedliwość.

W oparciu o opinie biegłych z medycyny sądowej profesorowi – jak również innemu lekarzowi z Kliniki Ginekologii i Położnictwa Akademii Medycznej – postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. W 2009 roku Justyna D. postanowiła poprosić ekspertów o dodatkową opinię. Do września 2012 wydawało się, że akta są w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. W śródmiejskiej prokuraturze były nawet pisma z Poznania. We wrześniu 2012 okazało się jednak, że tak naprawdę akta Małgorzaty Ossmann nigdy do Poznania nie trafiły. Justyna D. – zapytana gdzie są – zasłabła i trafiła do szpitala. Potem okazało się też, że korespondencja z poznańską medycyną sądową została sfałszowana.

Wszczęto śledztwo, które trafiło do Legnicy. Akta pani Małgorzaty odnalazły się w… Białymstoku.Przyszły tam w dniu, w którym ujawniliśmy na portalu www.gazetawroclawska.pl , że doszło do skandalu. Jak tam trafiły, nie wiadomo.

Okazało się, że Justyna D. nadzorowała jeszcze jedno śledztwo związane z lekarskim błędem. Wszczęte w 2007 roku. Dotyczyło innej kliniki Akademii Medycznej: Kliniki Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej. O szczegółach tej sprawy niewiele wiemy. Poza szokującymi informacjami, że akta – wysłane jakoby do ekspertów – gdzieś zginęły, a rzecz wyszła dopiero po pięciu latach śledztwa. Nie odnalazły się nigdy! Odtworzono je, ale śledztwa nie uratowano. Sprawę trzeba było umorzyć z powodu przedawnienia.

Legnicka prokuratura twierdzi, że ma dowody obciążające Justynę D. Zdaniem śledczych pani prokurator celowo ukryła akta obu spraw. W historii Małgorzaty Ossmann Justynę D. chciano obciążyć dodatkowo zarzutem fałszowania pism przychodzących jakoby z Poznania.

Ale Sąd Dyscyplinarny nie zgodził się z tezą, że dowody wystarczają na zarzucenie Justynie D. przestępstwa. Jeśli opinie tę podtrzyma sąd wyższej instancji, śledztwo trzeba będzie umorzyć. A pytanie – kto tuszował sprawę błędów na Akademii Medycznej – nadal pozostanie otwarte.

Póki co, ukarani za skandal w śródmiejskiej prokuraturze zostali jedynie podatnicy. Małgorzacie Ossmann skarb państwa wypłacił 20 tysięcy odszkodowania za przewlekłość śledztwa w jej sprawie. Dopiero kilka miesięcy temu trafiła ona do sądu z aktem oskarżenia. Ale proces jeszcze się nie rozpoczął

gazetawroclawska.pl

Uwaga na SMARTANDROID.PL – Sprzedaż Internetowa Tomasz Niedźwiecki

Wszyscy chcemy kupować tanio i dobrze, prawda? Zdradzamy wielką tajemnicę. Nie ma tanio, dobrze i z pełną ochroną konsumenta. Jeśli jest tanio, to istnieje mocne prawdopodobieństwo, że nie będzie dobrze albo ta ochrona będzie jak wegetariański stek dla mięsożercy, jak fiat 126p w crash teście albo jak polonez w Top Gear.
Handel elektroniką na Allegro wygląda tak: te oferty, które są najbardziej atrakcyjne cenowo, to zazwyczaj sprzęt refurbished, czyli naprawiany i wystawiany z powrotem na rynek. Dziwnym trafem sprzedawca zapomina o tym poinformować. Zdarza się, że takiego sprzętu nie obejmuje gwarancja producenta. „Gwarancję” daje sprzedawca. Może ona faktycznie chronić, może w ogóle nie działać, ale czy na pewno kupilibyście państwo sprzęt od danego sprzedawcy, wiedząc, że był on naprawiany?

Cudów w handlu nie ma

A jeśli są, to tylko takie jak w przypadku sklepu 66procent.pl. Czyli owszem, cena butów jest niższa o połowę, ale po dokonaniu zamówienia okazuje się, że towar to podróbka albo nie przychodzi w ogóle.

- W październiku tego roku zakupiłem telefon u sprzedawcy zarejestrowanego jako „Przedsiębiorstwo: Sprzedaż internetowa”. Z kolei ta firma telefony kupuje w Chinach. Po paru tygodniach od zakupu na Allegro i zapłacie otrzymałem telefon do ręki. Niestety po siedmiu dniach się zepsuł (a konkretnie jego wyświetlacz), o czym niezwłocznie powiadomiłem sprzedawcę – relacjonuje pan Gabriel.

Na początku sprzedawca (chodzi o Smartandroid.pl) informował, że może uda się telefon naprawić w Polsce. Później jednak czytelnik dostał informację, że trzeba wysłać go do Chin, co wiąże się dla niego z dodatkowymi kosztami.

- W związku z tym powołałem się na art. 8 ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie kodeksu cywilnego i zażądałem naprawy telefonu lub wymiany na telefon bez wad – relacjonuje czytelnik.

Co na to sprzedawca?

Stwierdził, że… nie jest sprzedawcą i ustawa go nie dotyczy: „Proszę dokładnie zapoznać się z regulaminem. Jesteśmy pośrednikami w imporcie, a nie sprzedawcą”.

A co na to sklep, czyli sprzedawca, czyli importer?

„Proszę zwrócić uwagę, iż świadczymy usługi importowe. Nie jesteśmy sprzedawcą towaru, a jedynie stroną, która łączy polskiego konsumenta ze sprzedawcami z Chin. Klienci korzystają z bardzo niskich cen, jednak w regulaminie jasno określamy na jakich warunkach” – napisał mi Tomasz Niedźwiecki.

I wyjaśnia dalej: „W związku z tym, że sprzedawany towar nie jest kierowany na rynek europejski, nie ma też serwisu, do którego można by zepsuty sprzęt w Europie odesłać. Naturalnym więc jest, że trzeba go odesłać do Chin, aby został naprawiony. Ponieważ oferujemy towar w bardzo niskich cenach, w regulaminie jasno określamy, że możemy zrealizować reklamację, jednak koszty są po stronie kupującego”.

- Ja nie dostałem żadnego paragonu czy faktury. Mam potwierdzenie zakupu na ich koncie Allegro i dowód przelewu za telefon, a nie za usługę importu. Telefon był zatrzymany w WER Zabrze i VAT również oni opłacili, bo przesyłka zarejestrowana była na ich firmę – twierdzi czytelnik.

Pan Gabriel mógłby się kłócić w sądzie. Zwłaszcza że jak byk stoi na stronie owego importera: SKLEP INTERNETOWY.

Na koniec pan Niedźwiecki zaprezentował jednak radę płynącą ze szczerego serca: „Potencjalny klient może zaakceptować te warunki i skorzystać z bardzo niskiej ceny lub dokonać zakupu w innym miejscu, gdzie cena jest dużo wyższa, ale obejmuje serwis w Polsce”.

I tak to jest. Albo kupujemy w polskiej dystrybucji, drożej, bo z polskimi podatkami, ale z pełną ochroną. Albo tanio.

AKTUALIZACJA (21.12.2013 r.)

Po publikacji tego materiału odezwał się do mnie pan Niedźwiecki, twierdząc, że sugeruję, iż sprzedają w sklepie sprzęt odnawiany. Niczego takiego nie sugeruję. Moje zarzuty odnoszą się do – moim zdaniem – naruszania przez sklep (który reklamuje się jako sklep, a twierdzi, że jest importerem) polskiego prawa w zakresie ochrony konsumenta.

gazeta.pl

Nowy dowód na więzienie CIA w Polsce

W archiwach wywiadu cywilnego znajduje się dokument potwierdzający istnienie w Polsce tajnego więzienia CIA – wynika z informacji WPROST. W 2004 roku Amerykanie wystąpili do strony polskiej z propozycją przedłużenia współpracy na terenie tajnego ośrodka polskiego wywiadu w Starych Kiejkutach. To tam miało być zlokalizowane tajne więzienie. Otrzymali pisemną odmowę. Ten dokument z klauzulą ściśle tajne jest datowany w czasie, gdy wywiadem kierował Andrzej Ananicz za rządów Marka Belki.

Drugim ściśle tajnym dokumentem potwierdzającym istnienie więzienia jest projekt umowy, sporządzony i podpisany przez polski wywiad. Na dokumencie nie ma jednak podpisu strony amerykańskiej. Dokument zawiera m.in. paragraf, który opisuje sytuację, co dzieje się w przypadku śmierci więźnia CIA. Co ciekawe w projekcie umowy dla opisu osób, które mają przebywać w tajnym więzieniu zastosowano termin „zatrzymani”.

To istotne fakty ponieważ w zeszłym tygodniu w Strasburgu ruszyło publiczne postępowanie w sprawie tajnego więzienia CIA w Polsce. To efekt skargi Saudyjczyka i Palestyńczyka, którzy twierdzą, że byli w Polsce przetrzymywani i torturowani przez amerykańskie służby.

Publiczną rozprawę, która odbyła się w zeszły wtorek, poprzedziło niejawne spotkanie przed Trybunałem wszystkich stron. Powołani eksperci przedstawiali swoje raporty mające świadczyć, że fakt istnienia więzienia jest bezsporny. Jednym z nich był senator Józef Pinior, były szef komisji Parlamentu Europejskiego, która prowadziła śledztwo w tej sprawie. Według informacji, które przeciekły do dziennikarzy ze strony amerykańskich adwokatów Al-Nashira i Zubajdy, między Piniorem a prokuratorem Januszem Śliwą, który prowadzi śledztwo w Polsce, wywiązała się ostra wymiana zdań. Pinior przedstawiał raport po angielsku, prokurator Śliwa mówił po polsku. Zapytał Piniora, czy spełnił prośbę polskiej prokuratury i nakłonił swoich świadków, których relacje wykorzystał do sporządzenia raportu, by złożyli oficjalne zeznania z gwarancją zachowania anonimowości. Z takim oczekiwaniem polska prokuratura wstąpiła do Piniora podczas jego przesłuchania w maju tego roku. Pinior odpowiedział, że w posiadaniu prokuratury są tajne dokumenty, które są wystarczające, żeby zamknąć sprawę. Prokurator dopytywał dalej, czy zdaniem Piniora za więzieniami mogły stać Wojskowe Służby Informacyjne? Na to Pinior zirytowany przeszedł na język polski i dobitnie podkreślił, że za więzienia CIA odpowiedzialny jest wywiad cywilny.

Więcej w najnowszym numerze Wprost.