Wrocław: Skazany były poseł na wolności. Powód? Sędziowie zapomnieli o obrońcy…

Wrocławski przedsiębiorca i były poseł Zenon M. miał wyłudzić przeszło 22 mln zł bankowych kredytów. Wszystko działo się przed piętnastoma laty. Ale do dziś nie może zapaść prawomocny wyrok w tej sprawie. Kilka miesięcy temu Sąd Najwyższy – już drugi raz z rzędu – uchylił wyrok pięciu lat więzienia. Powód? Banalny. Wrocławski Sąd Apelacyjny nie zawiadomił o rozprawie jednego z dwóch obrońców oskarżonego biznesmena.

Teraz rozprawę trzeba będzie powtórzyć. Pierwszy raz Zenon M. został skazany w 2011 roku przez wrocławski Sąd Okręgowy. Wyrok ten utrzymał Sąd Apelacyjny ale uchylił Najwyższy w 2012 roku. Nakazał przesłuchanie w Sądzie Apelacyjnym jednego ze świadków. W 2013 roku zapadł kolejny wyrok – pięciu lat więzienia.

Oskarżonego broniło dwóch adwokatów. O terminie rozprawy – na której mieli przemawiać obrońcy – zawiadomiono tylko jednego.

W kasacji od tego wyroku obrońcy Zenona M. przekonywali, że to ograniczenie prawa do obrony. Bardzo poważny zarzut. Choć mieli znacznie więcej zarzutów do wyroku Sądu Apelacyjnego.

Ale Sąd Najwyższy w ogóle nie zajmował się innymi argumentami za uchyleniem wyroku pięciu lat. Wystarczyła tylko ta jedna sprawa – nie zawiadomiony obrońca. W lutym kolejny już więc raz – trzeci w ciągu ostatnich czterech lat – Sąd Apelacyjny będzie się zajmował sprawą Zenona M.

Przed laty był on jednym z najbogatszych wrocławian. Sponsorował drużynę koszykarską. Na początku lat 90-tych był posłem. Z kolei na początku kolejnej dekady trafił do aresztu. Właśnie m.in. w związku z podejrzeniami wyłudzania bankowych kredytów.

Kiedy przed rokiem przypominaliśmy jego sylwetkę mówił nam, ze jest pewien uchylenia przez Sąd Najwyższy wyroku skazującego. Jak się okazało miał rację.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3740125,wroclaw-skazany-byly-posel-na-wolnosci-powod-sedziowie-zapomnieli-o-obroncy,id,t.html

Niezwykły proces: prokuratura kontra sędzia. Spór o pieniądze podatników

Wrocławska Prokuratura Apelacyjna wytoczyła proces Sędziemu Sądu Apelacyjnego a zarazem profesorowi prawa karnego i byłemu prokuratorowi Jerzemu Skorupce. Domaga się od niego 14,2 tys. zł. Chodzi o pieniądze ze specjalnego państwowego funduszu na mieszkaniowe pożyczki dla prokuratorów. Udzielane na bardzo preferencyjnych warunkach. Zdaniem NIK-u – proces jest efektem kontroli Izby – profesor skorzystał z przywileju, który mu się nie należał.

Najwyższa Izba Kontroli – dodajmy – wykryła więcej takich przypadków. Z ustaleń kontrolerów wynika, że w latach 2010 – 2012 pięć osób korzystało z przywileju spłacania mieszkaniowych pożyczek na preferencyjnych warunkach choć przestały być prokuratorami. Zgodził się na to wrocławski Prokurator Apelacyjny. Tymczasem przywilej państwowych pożyczek mieszkaniowych mają prokuratorzy. Na niższych odsetkach państwowa kasa stracić miała 30,6 tys zł. NIK – w wystąpieniu pokontrolnym – nazywa to ostro „naruszeniem dyscypliny finansów publicznych”. Prokuratura Apelacyjna z tym zarzutem się nie zgadza.

W myśl prawa każdy prokurator (dotyczy to również sędziów) może wziąć mieszkaniową pożyczkę z budżetu państwa. „Zwykły” człowiek na takich warunkach pożyczki nie dostanie. Jej oprocentowanie to prognozowana na dany rok inflacja zapisana w projekcie budżetu państwa. W 2010 roku było to na przykład 1 procent. Profesor Skorupka – w 2005 roku gdy był jeszcze Prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej – dostał 70 tysięcy złotych takiej pożyczki. Trzy lata później został sędzią. Poprosił Prokuratora Apelacyjnego by ten zgodził się na spłacanie pożyczki na dotychczasowych zasadach. Czyli tak jakby prof. Skorupka nadal był prokuratorem. Dostał taką zgodę.

NIK ujawnił tę historię w 2013 roku. I ocenił, że nie należało się zgadzać. Przepisy dają tylko jedną możliwość rozliczenia pożyczki gdy ktoś odchodzi z prokuratury. Niespłaconą kwotę oddaje jednorazowo z wyższymi odsetkami. W 2008 roku było to 7,24 procent. I nie ma przy tym znaczenia czy odchodzi do sądu czy gdzie indziej. NIK ujawnił cztery inne przypadki prokuratorów, którzy odeszli a spłacali nadal pożyczki na korzystnych dla siebie warunkach. Jak się dowiedzieliśmy te cztery osoby zapłaciły do państwowej kasy wyższe oprocentowanie po wezwaniu z Prokuratury Apelacyjnej. Odmówił sędzia Jerzy Skorupka. Prokuratora Apelacyjna – w pozwie – domaga się od niego 14,2 tys. zł. z czego 8,4 tys. zł. to wyższe oprocentowanie, jakie należało wyliczyć w lipcu 2008. Wrocławski sąd we wrześniu wydał nakaz zapłaty. Czyli bez procesu uznał, że roszczenie Prokuratury Apelacyjnej jest słuszne. Ale sędzia sprzeciwił się i zaczął się normalny proces.

Dlaczego prof. Jerzy Skorupka nie chce zapłacić?

– Zostało zawarte porozumienie. Dysponent pieniędzy budżetowych wyraził zgodę żebym spłacał pożyczkę na dotychczasowych zasadach – mówi sędzia Jerzy Skorupka. – Jeżeli ktoś jest winny naruszeniu dyscypliny finansów publicznych to ówczesny Prokurator Apelacyjny. Przecież znali stan prawny i długi czas im to nie przeszkadzało. Dlaczego teraz swoją winę chcą przerzucić na kogoś innego? – Ale dlaczego prosił Pan o możliwość spłaty pożyczki na dotychczasowych zasadach po odejściu z prokuratury? – Dopytujemy. – Przecież prawo nie przewidywało takiej możliwości? – Uznałem, że jeśli będzie porozumienie to na zasadzie porozumienia taką pożyczkę będzie można spłacać i dlatego w spokoju ta pożyczka została spłacona. Zwróciłem się do Prokuratora Apelacyjnego. Mógł się nie zgodzić – odpowiada sędzia.

Dlaczego więc się zgodził? Co z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych? Anna Zimoląg Rzecznik Prasowy Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu: Prokurator został powołany do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, w związku z czym zrzekł się stanowiska prokuratora. Następnie wystąpił do Prokuratora Apelacyjnego we Wrocławiu z wnioskiem o umożliwienie mu spłaty pożyczki na dotychczasowych warunkach, na co otrzymał zgodę. W ówczesnym stanie prawnym – prokuratura i sądy były częścią tego samego resortu – decyzja ta nie budziła wątpliwości. Pani rzecznik nie zgadza się też z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych, o którym napisał NIK w wystąpieniu pokontrolnym. Jak tłumaczy o naruszeniu dyscypliny można mówić wtedy gdy czyjeś zaniedbanie powoduje, że nie ma prawnych możliwości dochodzenia należnych skarbowi państwa pieniędzy bo nieznana jest kwota jaką należy egzekwować. A w tej sprawie należności skarbu państwa zostały wyliczone i Prokuratura Apelacyjna domaga się ich zwrotu w sądowym procesie.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3697038,niezwykly-proces-prokuratura-kontra-sedzia-spor-o-pieniadze-podatnikow,id,t.html

Miała być wielka afera w wymiarze sprawiedliwości. Ale sprawa się przedawniła

Porażka wymiaru sprawiedliwości. Wrocławski sąd apelacyjny umorzył – z powodu przedawnienia – sprawę trzech osób, które miały powoływać się na korupcyjne wpływy w sądzie i prokuraturze. Na ławie oskarżonych siedzieli wrocławski adwokat Jacek L., przedsiębiorca Bogdan O. i Tomasz K. osoba przed laty doskonale znana w przestępczym półświatku. Zapadł też wyrok uniewinniający w jedynym wątku sprawy, w którym nie doszło do przedawnienia. Oskarżeni mieli – w 2003 roku – utrudniać wrocławskie śledztwo przeciwko warszawskiemu gangsterowi Markowi K.
Na początku 2003 roku prokuratura Psie Pole poszukiwała listem gończym warszawskiego gangstera Marka K. Adwokat, przedsiębiorca i człowiek znany w półświatku mieli wówczas przekonywać gangstera, że za łapówkę załatwią mu korzystną decyzję sądu. Dzięki niej gangster mógł uniknąć aresztowania. Tak też się stało. Sąd wydał decyzję, dzięki której poszukiwany listem gończym mężczyzna do aresztu nie trafił.

Później tenże sam gangster Marek K. „skruszył się” i zaczął opowiadać, że ową decyzję załatwił sobie za łapówkę. W 2006 roku mecenas L. i inne związane z tą sprawa osoby trafiły do aresztu.

Wtedy podejrzenia sięgały korupcji w wymiarze sprawiedliwości. Śledczy próbowali udowodnić, że doszło do wręczenia łapówki wrocławskiemu sędziemu, który wydał korzystną dla gangstera decyzję. Ale dowodów na to, że sędzia wziął nie znaleziono.

Dzisiaj – po siedmiu latach od zatrzymań i aresztów – wrocławski Sąd Apelacyjny ostatecznie zakończył sprawę. W pierwszej instancji prowadził ją Sąd Okręgowy w Opolu. W kwietniu ubiegłego roku cała trójka została skazana na kary po półtora roku więzienia, m.in. za powoływanie się na korupcyjne układy i utrudnianie śledztwa. Dodatkowo opolski sąd ocenił, że trzej oskarżeni oszukali gangstera, bo wzięli od niego pieniądze niby na łapówkę, a tak naprawdę wzięli je do własnych kieszeni.

Dziś Sąd Apelacyjny ten wyrok zmienił. Powoływanie się na korupcyjne układy – czyli tak zwana „płatna protekcja” – to przestępstwo, które przedawniło się więc sprawę sąd musiał umorzyć. A na utrudnianie śledztwa, dotyczącego gangstera, dowodów nie było żadnych – ocenił dzisiaj Sąd Apelacyjny. Zarzut oszustwa zaś opolski sąd dopisał oskarżonym bezprawnie. Nie mógł tego zrobić, bo takiego zarzutu prokuratura nie postawiła w akcie oskarżenia.

Śledztwo w tej sprawie miało być wielką aferą we wrocławskim wymiarze sprawiedliwości. Krążyły opowieści o nieprawdopodobnych aferach, jakie wyszły na jaw przy okazji podsłuchów, założonych przez CBŚ w tej sprawie. Ale – poza mecenasem Jackiem L – nikomu z sądownictwa, prokuratury czy palestry zarzutów nie postawiono.

Mecenas L został wcześniej prawomocnie skazany w innym wątku tej sprawy. Zarzucono mu m.in., że złożył w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie, którego nie było. Z ustaleń śledztwa wynikało, że oskarżenie rzucił na osobę skonfliktowaną ze swoim znajomym. Wyrok – półtora roku więzienia. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje – łącznie z Sądem Najwyższym – i wszędzie wyrok został utrzymany w mocy. Ale mecenas mówi, że skazano go nieuczciwie i jest niewinny żądnego przestępstwa. Mówi, że jego sprawa to efekt nagonki na prawnicze środowiska , prowadzonej za czasów IV RP”. Zapowiada, że będzie próbował wznowić proces, w którym został prawomocnie skazany.

Prawo dopuszcza taką możliwość gdyby dziś pojawiły się „nowe okoliczności”, jednoznacznie wskazujące, że przestępstwa nie było a skazanie to pomyłka.

gazetawroclawska.pl

W prokuraturze tuszowano sprawy błędów lekarskich. I nie ma winnych?

Sąd Dyscyplinarny dla prokuratorów nie zgodził się na uchylenie immunitetu wrocławskiej prokuratorce Justynie D. Nie można więc postawić jej zarzutów w śledztwie dotyczącym zamiatania pod dywan dwóch spraw dotyczących błędów lekarskich. Jedno ze śledztw zamieciono tak dokładnie, że akta zginęły bezpowrotnie a zanim skandal wyszedł na jaw i zdążono akta odtworzyć, sprawa się przedawniła. W drugiej sprawie na wiele lat skutecznie zablokowano dochodzenie. Obie medyczne sprawy prowadziła prokurator Justyna D. Śledczy z prokuratury w Legnicy chcieli postawić jej zarzuty nadużycia uprawnień i poświadczania nieprawdy w dokumentach. Ale nie zgodził się na to Sąd Dyscyplinarny. Prokuratura Okręgowa w Legnicy zapowiada zaskarżenie tej decyzji.

Jakie są powody decyzji Sądy Dyscyplinarnego? – Nie znamy ich. Czekamy na akta i pisemne uzasadnienie decyzji sądu. Na pewno je zaskarżymy – mówi rzeczniczka legnickiej prokuratury Lilianna Łukasiewicz. Zgodnie z prawem, żeby postawić zarzuty popełnienia przestępstwa prokuratorowi musi się na to zgodzić Sąd Dyscyplinarny. Od jego decyzji można się odwołać do Wyższego Sądu Dyscyplinarnego. Decyzja tego drugiego jest ostateczna.

Przypomnijmy jak było. Justyna D. pracowała w Prokuraturze Rejonowej Wrocław Śródmieście. We wrześniu 2012 roku wyszło na jaw, ze zginęły gdzieś akta sprawy znanego wrocławskiego ginekologa prof. Andrzeja K. Ofiarą błędu lekarskiego ma być Małgorzata Ossmann. W sierpniu 2007 r. lekarze mieli zbyt późno rozpoznać, że zaczął się poród. Rozpoczęło się cesarskie cięcie, ale dziecka nie udało się już uratować. Zagrożone było również życie pani Małgorzaty. Od 2007 roku pani Małgorzata walczy o sprawiedliwość.

W oparciu o opinie biegłych z medycyny sądowej profesorowi – jak również innemu lekarzowi z Kliniki Ginekologii i Położnictwa Akademii Medycznej – postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. W 2009 roku Justyna D. postanowiła poprosić ekspertów o dodatkową opinię. Do września 2012 wydawało się, że akta są w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. W śródmiejskiej prokuraturze były nawet pisma z Poznania. We wrześniu 2012 okazało się jednak, że tak naprawdę akta Małgorzaty Ossmann nigdy do Poznania nie trafiły. Justyna D. – zapytana gdzie są – zasłabła i trafiła do szpitala. Potem okazało się też, że korespondencja z poznańską medycyną sądową została sfałszowana.

Wszczęto śledztwo, które trafiło do Legnicy. Akta pani Małgorzaty odnalazły się w… Białymstoku.Przyszły tam w dniu, w którym ujawniliśmy na portalu www.gazetawroclawska.pl , że doszło do skandalu. Jak tam trafiły, nie wiadomo.

Okazało się, że Justyna D. nadzorowała jeszcze jedno śledztwo związane z lekarskim błędem. Wszczęte w 2007 roku. Dotyczyło innej kliniki Akademii Medycznej: Kliniki Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej. O szczegółach tej sprawy niewiele wiemy. Poza szokującymi informacjami, że akta – wysłane jakoby do ekspertów – gdzieś zginęły, a rzecz wyszła dopiero po pięciu latach śledztwa. Nie odnalazły się nigdy! Odtworzono je, ale śledztwa nie uratowano. Sprawę trzeba było umorzyć z powodu przedawnienia.

Legnicka prokuratura twierdzi, że ma dowody obciążające Justynę D. Zdaniem śledczych pani prokurator celowo ukryła akta obu spraw. W historii Małgorzaty Ossmann Justynę D. chciano obciążyć dodatkowo zarzutem fałszowania pism przychodzących jakoby z Poznania.

Ale Sąd Dyscyplinarny nie zgodził się z tezą, że dowody wystarczają na zarzucenie Justynie D. przestępstwa. Jeśli opinie tę podtrzyma sąd wyższej instancji, śledztwo trzeba będzie umorzyć. A pytanie – kto tuszował sprawę błędów na Akademii Medycznej – nadal pozostanie otwarte.

Póki co, ukarani za skandal w śródmiejskiej prokuraturze zostali jedynie podatnicy. Małgorzacie Ossmann skarb państwa wypłacił 20 tysięcy odszkodowania za przewlekłość śledztwa w jej sprawie. Dopiero kilka miesięcy temu trafiła ona do sądu z aktem oskarżenia. Ale proces jeszcze się nie rozpoczął

gazetawroclawska.pl

Były adwokat staje przed sądem. Za kierowanie gangiem oszustów

Krzysztof S. – przed laty wrocławski aplikant adwokacki, a potem adwokat z szansami na wielką, prawniczą karierę – dziś będzie odpowiadał przed sądem za kierowanie gangiem oszustów. Siedzi w areszcie. Prokuratura przekonuje w akcie oskarżenia, że wśród jego ofiar są firmy z Czech i Słowacji. Płaciły mu po kilkadziesiąt tysięcy euro za dostawy cukru czy 400 tysięcy litrów oleju słonecznikowego. Kancelaria prawna, z którą związany był Krzysztof S. – miała być gwarantem wiarygodności całej transakcji. Nabywcy – gdy już się zorientowali, że doszło do oszustwa – nie mieli od kogo odzyskać zapłaconych za towar pieniędzy.
Śledztwo w tej sprawie prowadziły wrocławska prokuratura Krzyki Zachód oraz policja. Krzysztof S. przez wiele miesięcy był poszukiwany listem gończym. Dziś siedzi w areszcie. W kwietniu jego sprawa trafiła do sądu. Zdaniem prokuratury, Krzysztof S. – jeszcze jako prawnik związany z korporacją adwokacką – kierował zorganizowaną grupą przestępczą, zajmującą się oszustwami.

Wcześniej był właścicielem firmy, która miała koncesję na handel paliwami.

Wiosną 2010 roku sprzedał tę firmę mieszkańcowi Wrocławia. Zdaniem prokuratury – jednemu z członków gangu. Śledczy przekonują, że to była fikcja, bo wszystkim cały czas kierował Krzysztof S. „Paliwowa” firma z nowym prezesem zaczęła oferować do sprzedaży… cukier w dużych ilościach.

Oto przykład takiej transakcji. Pod koniec kwietnia 2010 roku firma ze Słowacji dostała ofertę zakupu cukru od wrocławskiej firmy. Słowacki przedsiębiorca przyjechał na rozmowy. Negocjacje prowadzono w biurze firmy przy ul. Powstańców Śląskich. Szybko ustalono warunki transakcji i dostawy. W negocjacjach uczestniczyły osoby, które – jak dziś twierdzi prokuratura – należały do gangu kierowanego przez Krzysztofa S.

Firma ze Słowacji zawarła umowę. Wynikało z niej, że treść kontraktu przygotowała wrocławska kancelaria prawna. Ta, z którą z wiązany był aplikant, potem mecenas S.

Na wskazane w umowie konto ze Słowacji przysłano pieniądze. Ale cukier nigdy nie dotarł do kontrahenta. Zaniepokojony szef firmy wydzwaniał do Wrocławia. W końcu skontaktował się z Krzysztofem S. , reprezentantem kancelarii przygotowującej projekt umowy. Mecenas miał go uspokajać, że wszystko jest w porządku, a cukier na pewno dotrze na miejsce przeznaczenia, bo partner jest wiarygodny.

Cukier nigdy nie dotarł na Słowację. Oszukany biznesmen ustalił później, że firma transportowa, która miała dostarczyć mu towar, nigdy nie dostała takiego zlecenia, zaś cukrownia nigdy nie sprzedawała cukru wrocławskiej firmie paliwowej. Natomiast biuro, w którym prowadzono negocjacje… było wynajęte na kilka godzin. Pieniądze słowackiej firmy zostały wypłacone w gotówce.

Akt oskarżenia opisuje kilka podobnych transakcji. Oszukane mają być zarówno polskie firmy – które zapłaciły za dostawę napojów, jak i dwie czeskie. Jedna nie doczekała się oleju słonecznikowego, druga cukru.

Krzysztof S. nie jest już adwokatem. Sam zrezygnował z korporacji. Nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów. W śledztwie przekonywał, że był przekonany o rzetelności firm, które miały dostarczać partnerom cukier, napoje czy olej. On sam nie miał z transakcjami nic wspólnego.

gazetawroclawska.pl

Czego obawia się VOTUM …

Firma VOTUM S.A. z Wrocławia po raz kolejny poczuła się zagrożona i domaga się cenzurowania opublikowanych na łamach naszego serwisu www.odszkodowania.info.pl materiałów prasowych. Chodzi o następujące teksty (gdyby za jakiś czas cenzura wygrała) podajemy alternatywne linki gdzie cenzura nie zadziała:

„Przypadkowe” spotkanie ….
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1564
http://web.archive.org/web/20131023113647/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1564

Jak to się robi w Debitum i VOTUM
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1396
http://web.archive.org/web/20131023113927/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1396
http://www.nowiny.pl/79926-lowcy-nieszczesc-czekaja-na-twoj-wypadek.html?p=2#feedback

Znów krytycznie o niektórych firmach odszkodowawczych
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1525
http://web.archive.org/web/20131023114140/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1525
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1525119,1,kancelarie-odszkodowawcze—lowcy-nieszczesc.read

VOTUM poczuło się zagrożone, chce cenzury
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1772
http://web.archive.org/web/20131023114400/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1772

Grupa VOTUM: UOKiK wszczyna postępowanie
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1779
http://web.archive.org/web/20121121124551/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1779

„Żółte papiery” z VOTUM …
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1822
http://web.archive.org/web/20131023114739/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1822

Czy KPP Dzierżoniów to agencja VOTUM?
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1905
http://web.archive.org/web/20131023114838/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1905

Jak VOTUM kręci klientów umowami …
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1917
http://web.archive.org/web/20131023115014/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1917

Agent VOTUM o konkurencji – oszuści, szalbierze …. będą Panią dymać !!!!
http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1953
http://web.archive.org/web/20131023115150/http://www.odszkodowania.info.pl/?p=1953

O sprawie będziemy informować.

Wrocław: Zmarło dziecko, a prokurator tuszowała sprawę błędu profesora?

Wrocławska prokuratorka Justyna D. zamiotła pod dywan dwa różne śledztwa dotyczące błędów w sztuce lekarskiej. Oba dotyczyły lekarzy z klinik wrocławskiej Akademii Medycznej. Jedno z ginekologii i położnictwa, a drugie z chirurgii ogólnej i onkologicznej. Przez kilka lat w obu sprawach nic nie zrobiono, ale pani prokurator udawała, że toczy się intensywne śledztwo. Akta były niby wysłane do ekspertów medycyny sądowej. Ale to nieprawda.

Co więcej, do wrocławskiej prokuratury przychodziły pisma i faksy od biegłych. Ale – jak się okazało – pani prokurator wysyłała je sama do siebie. Po to, by mieć „podkładkę”, że coś się w sprawie dzieje. To wszystko ma wynikać z ustaleń śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Legnicy. Śledczy chcą postawić wrocławskiej prokuratorce z Prokuratury Rejonowej w Śródmieściu dwa zarzuty popełnienia przestępstwa. Chcą, by odpowiadała m.in. za przekraczanie uprawnień i posługiwanie się dokumentami, które poświadczały nieprawdę.

Żeby postawić prokuratorowi zarzut popełnienia przestępstwa, trzeba mu najpierw uchylić immunitet. Zajmuje się tym prokuratorski Sąd Dyscyplinarny.
W sprawie prokurator D. jego postępowanie ma się zacząć 24 września. Od decyzji tego sądu można odwołać się do Wyższego Sądu Dyscyplinarnego. Orzeczenie tej instancji jest ostateczne. Gdyby immunitetu nie uchylono, śledztwo trzeba by umorzyć. Jak będzie? Zobaczymy.

Profesor Andrzej K. i zaginione akta sprawy

Historia zaczęła się we wrześniu ubiegłego roku. Wtedy ujawniliśmy, że w tajemniczych okolicznościach zaginęły akta sprawy, w której od kilku lat podejrzany jest profesor Andrzej K., kierownik Kliniki Ginekologii i Położnictwa z ul. Chałubińskiego (zobacz: W prokuraturze tuszowano sprawę znanego lekarza?). Ofiarą błędu lekarskiego ma być Małgorzata Ossmann. W sierpniu 2007 r. lekarze mieli zbyt późno rozpoznać, że zaczął się poród. Rozpoczęło się cesarskie cięcie, ale dziecka nie udało się już uratować. Zagrożone było również życie pani Małgorzaty.

Jeśli Sąd Dyscyplinarny zgodzi się z ustaleniami legnickiego śledztwa, prokurator D. będzie podejrzana o to, że śledztwo zaczęło być zamiatane pod dywan 1 kwietnia 2009 r. Fakt ten ujawniono dopiero rok temu. Przez cały ten czas pokrzywdzona kobieta dopytywała się, co się dzieje w sprawie. I cały czas była informowana, że akta są w Poznaniu w tamtejszym Zakładzie Medycyny Sądowej.

100 tys. zł łapówki dla prokuratorki? CBA bada sprawę

CBA podejrzewa, że Anna Monika Molik, wrocławska prokurator rejonowa, przyjęła 100 tys. zł łapówki za wydanie korzystnego rozporządzenia dla jednego z przedsiębiorców. Jest nim słynny ongiś burmistrz Świebodzic, a wcześniej senator Unii Demokratycznej Jan Wysoczański, skazany za handel kradzionymi samochodami
Informacje o akcji CBA podała wczorajsza „Rzeczpospolita”. Według ustaleń dziennika pod koniec 2009 r. do Anny Moniki Molik, szefowej Prokuratury Rejonowej Wrocław Krzyki-Zachód, zwróciła się jej bardzo dobra znajoma mec. Agnieszka Godlewska. Ta była pełnomocnikiem Wysoczańskiego w jego sporze z bałkańskim przedsiębiorcą Refikiem Zuliciem.

Zatrzymana nieruchomość

Godlewska razem z adwokatem Ryszardem Bedryjem chciała, żeby Molik pomogła ich klientowi w zabezpieczeniu ewentualnego zbycia nieruchomości Zulicia, do której prawa rościł sobie również Wysoczański. Z zapisu wspólnych rozmów kobiet wynika, że Molik na to przystała. Wysoczański ma za załatwienie tej sprawy zapłacić 100 tys. zł łapówki. Zulić rzeczywiście otrzymał od prokuratury zakaz sprzedaży spornej nieruchomości. Jego zażalenie na to postanowienie zostało oddalone. Później jeszcze, jak ustaliśmy, ta sama prokuratura postawiła mu zarzut ukrywania majątku przed wierzycielami, ale te zarzuty zostały oddalone przez sąd.

Co podsłuchało CBA

Stenogramy z podsłuchów, które CBA zainstalowało w telefonach adwokatów i prokuratorki, mają jednoznaczny wydźwięk.

„Chciałam ci tylko powiedzieć, że Monia chyba jest w bardzo pilnej potrzebie. Tak zwany wiatr w kieszeniach jest” – tak Godlewska relacjonuje swoją rozmowę z Molik Bedryjowi, który pośredniczy w kontaktach z Wysoczańskim. Innym razem mówi mu: „Ona (Molik) nic nie zrobi, dopóki nie będzie hajsu! Powiedz mu (Wysoczańskiemu), że jest frajerem, bo mógłby mieć to w tym tygodniu załatwione”. Godlewska potrafi jasno postawić sprawę: „Najpierw siano, później załatwimy”.

CBA zarejestrowało również rozmowy między nią a Anną Moniką Molik. 19 grudnia 2009 r. prokurator Molik pyta Godlewską: „A powiedz mi, czy – że tak powiem – rzeczona przesyłka dotarła, czy nie dotarła?”. 31 grudnia po spotkaniu Godlewskiej z synem Wysoczańskiego Molik dopytuje: „Dotarł, że tak powiem, nieszczęśnik? Skutecznie?”.

„Nie przyjęłam pieniędzy”

Dziś Anna Monika Molik mówi nam: – Nigdy w życiu od nikogo nie żądałam ani nie przyjęłam żadnych pieniędzy za załatwienie jakiejkolwiek sprawy w prokuraturze.

Nie zaprzecza, że z Agnieszką Godlewską znają się na gruncie prywatnym: – Te stenogramy to dla mnie szok! Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym mogłyśmy wówczas rozmawiać. Rozmawiałyśmy bardzo często, ale o prywatnych sprawach.

– Czy mecenas Godlewska kontaktowała się z panią w sprawie Jana Wysoczańskiego?

– Tak, w tej sprawie kontaktowała się ze mną jako pełnomocnik pokrzywdzonego Jana Wysoczańskiego. To normalne, że adwokaci rozmawiają z prokuratorami o sprawach swoich klientów, próbują przekonać do swoich racji, przedstawiając je zarówno na piśmie, jak i w formie ustnej, ale zawsze rozmowa ustna znajduje odzwierciedlenie w dokumentach znajdujących się w sprawie. Moja relacja prywatna z mecenas Godlewską w żadnej mierze nie miała wpływu na podejmowane w tej sprawie decyzje.

Agnieszka Godlewska z kolei sugeruje, że materiał CBA może być sfabrykowany: – To jakiś stek bzdur, strzępki rozmów odbywających się na przestrzeni kilku miesięcy. Każdy mógł sobie je pociąć i posklejać.

Od „Yeti” do „Astrea”. W tle afera hazardowa

Operacja specjalna CBA „Astrea” to odprysk operacji o kryptonimie „Yeti”, z której wykluła się m.in. afera hazardowa. Ich efektem jest śledztwo dotyczące przestępstw we wrocławskim wymiarze sprawiedliwości. Prowadzi je V Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Przeczytaj o akcji „Yeti”

Mimo że informacje o łapówce Wysoczańskiego znane były prokuratorom od 2009 r., to do tej pory w tej sprawie nic nie zrobiono. – Wynika to z planu śledztwa, przyjętej taktyki i harmonogramu – mówi Piotr Kosmaty, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. – Było to również spowodowane obszernością materiałów zgromadzonych przez CBA, koniecznością przeprowadzenia ich analizy, również pod kątem procesowym, a to skomplikowane.

Na pytanie, dlaczego prokurator Molik i dwójka zaprzyjaźnionych z nią wrocławskich adwokatów nie zostali zatrzymani, Kosmaty odpowiedzieć nie chciał.

Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu poinformowała nas natomiast, że: – Zostało już wszczęte postępowanie wyjaśniające, które da odpowiedź na pytanie, czy konieczne jest wszczęcie wobec prokurator Molik postępowania dyscyplinarnego.

Awansowała po sprawie posła Jackiewicza

Anna Monika Molik szefową Prokuratury Rejonowej Wrocław Krzyki-Zachód została w 2008 r. Wcześniej była w niej szeregowym prokuratorem. Awansowała niedługo po śledztwie w głośnej sprawie posła PiS Dawida Jackiewicza. Poseł uderzył albo – jak sam utrzymuje – odepchnął pijanego mężczyznę, który miał zaczepiać jego żonę i małego syna. Mężczyzna, nie odzyskawszy przytomności, po tygodniu zmarł w szpitalu. Prokurator Anna Monika Molik po ciągnącym się rok śledztwie umorzyła je, a w uzasadnieniu swojej decyzji napisała, że śmiercionośny – w efekcie – cios posła był „adekwatny do sytuacji”.

gazeta.pl

Ile pieniędzy ukradła była policjantka Alicja Z.?

Ile fałszywych pieniędzy wyniosła z komendy była specjalistka od falsyfikatów we wrocławskiej komendzie miejskiej policji – stara się dociec wrocławski sąd rejonowy
W piątek sędzia Michał Kupiec przesłuchiwał policjantów, którzy z nią pracowali, oraz funkcjonariusza z wydziału kontroli, który wyliczył, że ukradła 68 469 zł. Tyle zarzuca jej prokurator. 41-letnia Alicja Z. przyznaje się maksymalnie do 20 tys. zł. Sąd stara się ustalić, jak było naprawdę.

Za pośrednictwem miejskich komisariatów do byłej specjalistki od fałszywych pieniędzy spływały falsyfikaty – banknoty i monety – ujawniane w sklepach czy bankach w całym Wrocławiu. Wysyłała je do ekspertyzy w NBP. Prawdziwe oddawała właścicielom, a w przypadku podrobionych prowadziła śledztwo.

Z zeznań policjanta z wydziału kontroli wynika, że we wrocławskich komisariatach panował bałagan w śledztwach dotyczących fałszywych pieniędzy. Dlatego niełatwo było obliczyć, ile falsyfikatów zaginęło. W części komisariatów zniszczono dokumenty dotyczące tych śledztw, choć nie minął jeszcze okres ich archiwizacji. A komisariat na Starym Mieście w ogóle nie był w stanie podać takich danych. Alicja Z. twierdzi, że policjanci obciążyli ją, fałszywie zeznając, że przekazywali jej falsyfikaty bez protokołów. – A ja nigdy nie przyjęłam nic bez protokołu – zapewniała sąd. Słyszała też, że na komisariacie na Rakowcu mieli „pełną szafę” spraw dotyczących fałszywek, które leżały w niej od lat. Sugerowała, że tamtejsi policjanci pozbyli się problemu, obciążając jej konto.

Alicja Z. broni się też, że część fałszywek mogła zostać wyniesiona przez kogoś z jej pokoju. Jej koleżanka Marzena P. potwierdziła w piątek, że klucz od ich wspólnego pokoju czasem ginął i trzeba go było dorabiać. – Alicja Z. trzymała banknoty w skarbczyku, w szafie pancernej – mówiła. – Klucz od skarbczyka miała ona, ale szafa w ogóle nie była zamykana. Zamek był zepsuty, odkąd pamiętam.

Marzena P. potwierdziła też, że często koleżance pożyczała jej pieniądze. – Miała kłopoty finansowe, były okresy, że tylko ona utrzymywała rodzinę: męża i dzieci. Ale w pewnym momencie te kłopoty się skończyły. Myślałam, że wyszła na prostą.

Alicja Z. zeznała, że to wtedy właśnie zaczęła podkradać falsyfikaty. Płaciła nimi za zakupy: jedzenie, leki, ubrania. Została zatrzymana na gorącym uczynku 25 listopada 2009 roku, kiedy fałszywkami płaciła za odzież w ekskluzywnym butiku. Tłumaczy, że kradła z głupoty i biedy po tym, jak wpadła w spiralę zadłużenia po wzięciu kilku kredytów.

gazeta.pl

Od 10 lat czekają w więzieniu na ostateczny wyrok

Wrocławski sąd apelacyjny ma we wtorek wydać wyrok w sprawie zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza sprzed 11 lat. Bez względu na to, jaki będzie, sprawa jest bulwersująca, bo kwestia winy dwóch oskarżonych budzi wątpliwości, a siedzą w więzieniu od blisko 10 lat. Wątpliwości są skutkiem błędów i niedociągnięć popełnionych przez policję i prokuraturę podczas śledztwa oraz braku precyzji kolejnych składów sędziowskich, które zajmowały się sprawą w Świdnicy i Wrocławiu. Oskarżeni – Radosław K. i Patryk R. – od początku przekonują, że są niewinni.

68-letni Henryk Ś. został zamordowany 16 marca 2000 roku w swoim antykwariacie przy ul. Garbarskiej w Wałbrzychu. Dosięgło go sześć pocisków: pięć kawałków grubego drutu wystrzelonych z broni własnej roboty i kula z pistoletu kaliber 9 mm. Nie wiadomo, co zginęło ze sklepu, poza notatkami, od kogo kupił jaki przedmiot. Sprawcy nie zdjęli jednak złotego roleksa z ręki ofiary ani nie zabrali 1600 zł, które antykwariusz miał w kieszeni.

Policja błądziła po omacku kilka miesięcy. Nie ustaliła, do kogo należą odciski palców zabezpieczone w sklepie (po części dlatego, że źle pobrano materiał porównawczy, czyli odciski palców od osób, z którymi chciano porównać znalezione w sklepie). Nie znalazła butów, których ślady zostały na zapleczu antykwariatu, ani broni. Nie potwierdziła ani nie wykluczyła wątku, że zabity był paserem.

Śledztwo nabrało tempa po reportażu o zabójstwie w programie „997”. Na policję zgłosiła się kobieta twierdząca, że jej syn widział trzech mężczyzn wchodzących i po kilku minutach wybiegających z antykwariatu, gdy doszło do zbrodni. Kobieta i syn zostali świadkami anonimowymi. Syn, czyli „świadek anonimowy nr 1” zeznał, że w trzecim biegnącym rozpoznał chłopaka, którego znał z widzenia – „Piranię”, czyli Radosława K. Po kilku miesiącach policja ustaliła, że drugim był Patryk R., a „jedynka” rozpoznał go na zdjęciu w 80 procentach. Trzeciego sprawcy nie ustalono.

Obaj podejrzani zostali oskarżeni o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. 16 grudnia 2002 roku Sąd Okręgowy w Świdnicy skazał ich na 25 lat więzienia. Nie ustalił motywu. Przyjął, że kierowała nimi chęć zysku lub żądza zemsty, bo nie lubili antykwariusza.

Wyrok utrzymał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. A w czerwcu 2004 roku Sąd Najwyższy odrzucił kasację Radosława K. Ale trzy lata później przywrócił termin złożenia kasacji Patrykowi R., a gdy ten ją złożył w sierpniu 2009 roku SN skasował wyrok sądu apelacyjnego z 2003 roku. Werdykt uzasadnił tym, że nie wszyscy sędziowie ze składu wydającego wyrok zapoznali się z utajnionymi zeznaniami świadków anonimowych.

Jednak po kolejnym procesie sąd apelacyjny w listopadzie 2009 roku zawyrokował tak jak za pierwszym razem. SN znów skasował wyrok, uznając rację obrońcy mecenasa Jerzego Świteńkiego, że wiarygodność świadka anonimowego nr 1 należy zweryfikować, poddając go badaniom psychologicznym. SN nakazał też sędziom wyjazd do Wałbrzycha i osobiste sprawdzenie, czy z miejsca, gdzie – jak twierdzi „jedynka” – stał, mógł widzieć to, o czym zeznał.

Wtorkowy werdykt zostanie wydany już na podstawie tych ustaleń.

Komentuje Katarzyna Lubiniecka: Sądy w niemocy, oskarżeni w celach

Nie wiem, czy oskarżeni są winni, czy nie, ale wiem, że poszlakowa sprawa dotycząca ludzkiego życia powinna być dopięta na ostatni guzik. Tymczasem obnażyła słabość organów ścigania i sądów: policjanci źle zdjęli odciski palców i nie sporządzili protokołu z pierwszego przesłuchania świadka anonimowego. A prokurator świadka przesłuchał dopiero trzy miesiące po ustaleniu go przez policję i nie sprawdził, czy w ogóle mógł on widzieć zdarzenie, które relacjonował. W efekcie sąd apelacyjny dopiero teraz robi rzeczy, które powinny zostać zrobione już 11 lat temu.

Gdy czyta się uzasadnienie pierwszego wyroku, nasuwają się kolejne wątpliwości. Sędzia pisze np. tak: „Oskarżeni nie okazali żalu z powodu czynu, a postawa Radosława K. przyjęta w toku procesu świadczyła, iż pozbawiony jest emocji, dobrze przystosowuje się do życia w warunkach izolacji. Również wymiar kary przyjął ze spokojem i bez emocji, odwrotnie Patryk R., który siedział ze spuszczoną głową i tak opuścił salę rozpraw. To zachowanie oskarżonych było dodatkowym potwierdzeniem, iż są oni sprawcami zabójstwa”.

O takim uzasadnieniu powinni dowiedzieć się wszyscy potencjalni przestępcy, którzy powinni wiedzieć, że o ich winie może przesądzić reakcja na wyrok.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław