„Newsweek”: Prezes PiS interweniował ws. zięcia Lecha Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński pytał Zbigniewa Ziobrę, dlaczego mąż jego bratanicy został zatrzymany akurat w czasie kampanii parlamentarnej oraz dlaczego nie wolno mu wyjeżdżać z Polski – ustalił „Newsweek”.

W najnowszym „Newsweeku” przeczytamy o kulisach śledztwa przeciwko byłemu mężowi Marty Kaczyńskiej Marcinowi Dubienieckiemu. Były zięć nieżyjącego Lecha Kaczyńskiego jest podejrzewany o kierowanie grupą przestępczą, która wyłudziła 14 milionów z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Mężczyzna spędził 14 miesięcy w areszcie, ciąży na nim też zakaz wyjeżdżania z kraju.

Dubieniecki miał powiedzieć „Newsweekowi”, że kiedy prosił o uchylenie zakazu, prokurator sugerował mu, że „dobrze by było, gdyby takie polecenie przyszło z samej góry”. Tego samego dnia prezes PiS Jarosław Kaczyński miał wysłać pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym pytał m.in. o powody zatrzymania Dubienieckiego w czasie kampanii parlamentarnej, o powody nałożenia na niego zakazu wyjazdu za granicę i o „wytwarzanie dokumentów mogących obciążyć jego najbliższych”.

Według „Newsweeka” na pytania odpowiedział Bogdan Święczkowski. Prokuratura odmówiła pokazania pisma, ale przekonuje, że Święczkowski nie ujawnił żadnych informacji ze śledztwa. Tygodnik przyjrzał się też osobie Barbary Pankiewicz – sędzi, która trzykrotnie – co w praktyce zdarza się bardzo rzadko – orzekała ws. aresztu dla podejrzanego.

gazeta.pl

Prokurator kradł w sklepie. Dostanie wysokie odszkodowanie

Prokurator był niepoczytalny, kiedy rok temu ukradł w sklepie w Żninie batoniki i krem. Tak uznali biegli. Teraz zamiast kary dostanie odszkodowanie. Inny biegły musi ustalić czy prokuratorowi wróci rozum, kiedy będzie znów oskarżał przestępców.

W listopadzie 2014 roku 53-letni prokurator Prokuratury Rejonowej w Szubinie w sklepie schował do kieszeni dwa batoniki i krem do pielęgnacji ciała. Wszystko zarejestrowała kamera monitoringu. Wartość prokuratorskich „łupów” nie przekroczyła 15 zł. A taka kradzież to wykroczenie nie przestępstwo. Prokurator ma immunitet, więc kara sądowa mu nie groziła.

Okazało się jednak, że uniknie też konsekwencji zawodowych. Dwaj biegli psychiatrzy orzekli, że w momencie kradzieży był niepoczytalny. Dostanie też odszkodowanie, bo po kradzieży został zawieszony w czynnościach prokuratora i Sąd Dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym zmniejszył mu pensję o jedną czwartą. Teraz trzeba będzie mu zwrócić różnicę – kilka tysięcy złotych.

Prokurator wrócił do pracy. Na krótko. Po roku zwolnienia lekarskiego pójdzie na zaległy urlop. W tym czasie inny psychiatra ma zbadać, czy prokurator w pracy zachowa rozum, który stracił w sklepie przed rokiem.

fakt.pl

Głupia sprawa

Dostał dożywocie i przesiedział 12 lat za morderstwo, którego nie popełnił: – Ratował mnie Spinoza, Leibniz, Marek Aureliusz. I Horacy ze swoim nihil mirari. Niczemu się nie dziwić.

Piszę do Ciebie ten list od piętnastu lat. Każdego dnia rozmawiam z Tobą w myślach.

Od 12 stycznia 1999 roku. Pamiętasz? Byłeś chory, mama i ja pojechaliśmy z Tobą do lekarza. Ale zapomnieliśmy Twojej książeczki zdrowia i musiałem wrócić do domu. Wszedłem do salonu, akurat zadzwonił telefon. Stał na parapecie, więc rozmawiałem przy oknie. I nagle zobaczyłem uzbrojonych facetów w kominiarkach przeskakujących przez płot. Wybiegłem, żeby nie zastrzelili Tesy, naszego półrocznego psa, ale już leżał we krwi. Krzyknąłem: Jestem nieuzbrojony! Nie będę stawiał oporu! Skuli mnie bez żadnych wyjaśnień. Nie czułem strachu, myślałem: jakaś pomyłka. Dopiero na komendzie w Gdańsku usłyszałem od prokuratora: „Jest pan oskarżony o zabójstwo na zlecenie”.

Tego dnia widziałem Cię ostatni raz.

Przez następne 12 lat, 3 miesiące i 9 dni pozostałeś dla mnie czterolatkiem, który zasypiał mi na klacie. Dwanaście, trzy, dziewięć i Twoje imię – taki adres mailowy wymyśliłem sobie, kiedy mnie wypuścili w XXI wieku.

Numer dwa

Aresztowanie nie wywarło na mnie większego wrażenia. Wiedziałem, że nikogo nie zabiłem, i w duchu drwiłem z niekompetencji policji. Wytypowali przypadkowego chłopaka i wysłali po niego brygadę antyterrorystyczną. To mogło budzić tylko śmiech.

Następnego dnia zaprowadzili mnie na okazanie. Ustawili nas w pomieszczeniu z lustrem fenickim: kilku facetów na tle białej ściany. Przez mikrofon mówili, co mamy robić. Obróć się w prawo, obróć się w lewo, przejdź się po sali. Okazanie się skończyło i prokurator przyniósł mi protokół. Iwona C., naoczny świadek zabójstwa, jako sprawcę zbrodni wskazała numer dwa.

Ja byłem numerem dwa. Kolana mi zmiękły, w gardle urosła klucha. Zacząłem gorączkowo myśleć: o co chodzi?!

Nic się nie stało

A w skrócie chodziło o to. 28 grudnia 1998 roku, przedpołudnie, Gdańsk. Adam Kwaśny, instruktor jazdy konnej, jedzie samochodem ze swoją partnerką Iwoną do klubu jeździeckiego. Ostatni odcinek trasy to wąska polna droga. Z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Auta ocierają się, po czym się zatrzymują. Z obu samochodów wysiadają kierowcy. Jeden (Adam Kwaśny) mówi: „Nic się nie stało”. Drugi wyjmuje pistolet i strzela mu w głowę.

Iwona również wysiada i widzi z bliska, jak jej kochanek zostaje zabity. Widzi też, że w samochodzie mordercy siedzi drugi mężczyzna. Iwona jest byłą konkubiną Mariusza Nawrockiego (brata jednego z najbogatszych Polaków). Ma z nim dwie córki.

Oskarżone zostają trzy osoby: Mariusz Nawrocki pseudonim „Gajowy” – który zlecił zabójstwo (był zazdrosny o Iwonę, nie mógł się pogodzić z tym, że odeszła). Adam Sienkiewicz ps. „Siena” – za pośredniczenie między zleceniodawcą a sprawcą (organizował samochód, broń, zabójców). Ja: Czesław Kowalczyk ps. „Czester” – za dokonanie zabójstwa. Tylko że ja byłem niewinny, a ksywkę wymyśliła mi Twoja mama, bo oboje nie przepadaliśmy za imieniem Czesław.

Jak porwany

Pamiętam taką scenę: wiozą mnie z izby zatrzymań w Gdańsku nie wiadomo dokąd. Prokurator już postawił mi zarzut. Jedziemy pod górę, przez okno radiowozu widzę las i myślę: to pewnie jeden z ostatnich widoków na wolności. Co najmniej rok minie, zanim się wyjaśni, że jestem niewinny.

Nałożyli mi enkę, czyli piętno szczególnie niebezpiecznego przestępcy. Od tej pory otaczali mnie antyterroryści i siedziałem tylko na oddziałach o największym rygorze: Słupsk, Gdańsk, krótko Warszawa, długo Sztum. Więzienie w więzieniu.

To nie Czesław K. zabił w 1998 r. trenera jeździectwa: Gangster już nie kłamie?

Najgorsze były początki. Czułem się, jakbym został porwany. W Słupsku na ence siedziałem dwa miesiące bez żadnego przesłuchania. To jest tak: nie wiesz, co się dzieje. Jakby ktoś walnął cię w tył głowy. Nie masz żadnej możliwości działania. Żadnego telefonu do rodziny, jak na filmach, bo jesteś w areszcie śledczym i mógłbyś mataczyć. Aha, mogę pisać listy, ale przysługuje mi jeden znaczek w miesiącu. Pieniędzy nie mam, bo wszystko zabrali, nawet slipy. Piszę pisma: przesłuchajcie mnie, nic nie zrobiłem! W tym czasie prokurator gromadzi dowody, ale nie ma obowiązku informować mnie o postępach w śledztwie. Non stop myślę: co robić? Zasypiam na chwilę i budzę się z pytaniem: jak udowodnić, że jestem niewinny? Kto może mi pomóc?

Inaczej niż w kinie

Jak ludzie słyszą: „siedział za morderstwo, którego nie popełnił”, od razu widzą film „Skazany na Shawshank”. Wyobrażają sobie, jak walczę o przetrwanie wśród przestępców – na spacerniaku, stołówce, w łaźni, przy pracy. Tylko że ja przez pięć lat siedziałem w celi sam. 24 godziny na dobę sam. Na spacerniaku sam. Pięć lat nie oglądałem swojej twarzy.

Najdłużej byłem w Sztumie. Cela wąska jak kiszka. Siedem kroków długości, a na szerokość: jak rozpostarłem ramiona, z obu stron dotykałem ścian całymi dłońmi. Wejście: najpierw grube stalowe drzwi typu sejf. Dalej krata z otworem do wydawania posiłków (niewielki, głowy nie zmieścisz). Po prawej stronie kibel i umywalka, dalej ścianka, która ma chronić przed zarazkami resztę celi. Tuż za nią taboret i stolik, przy którym jem, piszę i czytam. U góry szafka. Dalej prycza. Każdy mebel przytwierdzony na stałe do podłogi lub ściany. Siennik tak ciężki, że niektórzy ćwiczyli nim jak sztangą (jak się później dowiedziałem). Na końcu, naprzeciw drzwi, piwniczne okienko na wysokości oczu (bo oddział jest w podziemiach). Niewielki z niego pożytek, bo otwiera je i zamyka automatycznie klawisz z dyżurki, więc ciągle jest zimno i wilgotno. A widać przez nie tylko mur.

I najważniejsze: nad wejściem jest kamera, która obejmuje całą celę. Powyżej żarówka za siatką. Leżeć na pryczy możesz tylko twarzą w jej stronę, więc cały czas świeci w oczy. 24 godziny na dobę. Śpisz przy świetle, bo strażnicy cały czas muszą widzieć, co robisz (również na kiblu). Jak kładziesz się tak, żeby nie raziło, albo zakrywasz głowę kołdrą, klawisz od razu przywołuje Cię do porządku przez interkom. W dzień możesz się położyć na pryczy, ale nie możesz się przykryć.

Od apelu o godz. 6.30 do apelu o 18.00 puszczają Radio Maryja. Na cały regulator – tak, że kawa w kubku wpada w rezonans i powierzchnia drży jak przy trzęsieniu ziemi. Dzień w dzień przez trzy lata. Nie, w areszcie nie można mieć stoperów.

Któregoś dnia wyciągnąłem się na łóżku, a zapomniałem zamknąć szafkę nad stołem. I nagle mnie olśniło! Otwarte drzwiczki rzucały cień na moją głowę na pryczy! Światło przestało mnie razić, a kamera wciąż widziała moją twarz. Trzy lata mi zajęło dojście, że można tak zrobić – bez uszczerbku dla regulaminu.

Ślady

Posiłki jadłem z Tobą. Ustawiłem sobie cztery zdjęcia, które przysłała mi mama. Skleiłem je nalepkami z opakowań jedzenia z kantyny, np. z płatków. I zrobiłem ołtarzyk. Oparłem o ścianę i siadałem naprzeciwko. Ja jadłem i Ty jadłeś. Na jednym zdjęciu masz cztery latka i niebieską bluzę, którą Ci kupiłem. Z wiewiórką, sową i zajączkiem. Na lewej ręce opierasz głowę, w prawej trzymasz widelec. Na talerzu z napisem „Przedszkole” niedojedzona czerwona kapusta i ziemniaki. Na drugim zdjęciu jesteś trochę starszy i mrużysz oczy od słońca. Uśmiechasz się znad kiełbasy z rożna. Wyglądasz identycznie jak ja w dzieciństwie: słomiany blondynek z niebieskimi oczyma.

Jak klawisze robili kipisz, zrzucali mi te zdjęcia, żeby sprawdzić, czy nie chowam za nimi skleconej naprędce broni.

Bo raz dziennie jest rewizja. Otwierają się drzwi sejfowe, później klapa w kracie i mówią: „Kipisz”. Rozbieram się do naga, staję plecami do kraty, żeby przez otwór skuli mi ręce. Wyprowadzają na korytarz, zamykają za sobą drzwi. Żebym nie słyszał, jak komentują, grzebiąc w moich rzeczach. A ja stoję cały czas skuty i nagi. Upodlony. Po kilku minutach wracam do celi, a tam wszystko wymieszane na kupie. Cukier z kawą i pościelą. Ale najgorsze, jak widzę ślady ich traperów. Na Twoich zdjęciach, synku. Na listach od mamy. Jakby zdeptali świętość.

Zresztą nie ma wyjścia z celi bez rozbierania. Wszystko jedno: czy przychodzi adwokat, czy idziesz na spacerniak, wygląda tak samo. Otwierają klapę, dajesz buty, skarpety, bluzę, spodnie, slipki, oni sprawdzają, ubierasz się, skuwają ręce przez kratę. Dopiero później otwierają, skuwają nogi i przeprowadzają łańcuch między jednym a drugim. Biorą pod pachy i niosą w pozycji na Małysza, tak, że widzisz tylko podłogę.

Witamy w klubie

Wyobraź sobie: zgarniają Cię z domu, oskarżają o zastrzelenie człowieka i w dodatku pakują do „klubu płatnych zabójców”. Bo na ławie oskarżonych posadzili mnie z ośmioma innymi facetami i urządzili proces zbiorowy. Wszystkim postawiono łącznie 62 zarzuty, w tym: czterech zabójstw, kilkunastu usiłowań zabójstw, porwań, pobić, nielegalnego posiadania broni, podkładania ładunków wybuchowych itd. Specjalnie dla nas zbudowano w gdańskim sądzie kuloodporną szklaną klatkę, pierwszą w Polsce.

Na czas rozpraw sąd był jak oblężona twierdza: zamknięty dla interesantów, wszędzie kłębili się antyterroryści i tajniacy. To dziennikarze wymyślili nazwę „klub płatnych zabójców” i sztucznie pompowali temat. Ale wszystkim to pasowało. Im grubsza sprawa, tym zasługi większe. Policja i prokuratura mogły triumfować, że rozbiły gang.

W takich warunkach przestajesz być osobnym człowiekiem, który ma swoje racje. Dla ludzi jesteś zwyrodnialcem i występujesz tylko w pakiecie z innymi zwyrodnialcami. Jak Hannibal Lecter z „Milczenia owiec”. Np. na miesięcznej obserwacji w szpitalu psychiatrycznym we Wrocławiu na całym piętrze byłem sam. Dlatego po pierwszej rozprawie wymyśliłem, że będę nosił okulary zerówki. Żeby się odgrodzić od świata, który traktuje mnie jak bestię. Rozumiesz? Dzieci, jak zamkną oczy, myślą, że ich nikt nie widzi. Tak samo ja próbowałem się schronić za okularami.

Śmiech pozoranta

Skoro byłem dla nich płatnym zabójcą, podejrzewali, że mogłem zastrzelić też generała Papałę. Ze Słupska zabrali mnie do Warszawy na okazanie w tej sprawie. Zabawne, jak niebezpieczny może być przedstawiciel handlowy. Bo zanim mnie aresztowali, sprzedawałem zestawy głośnomówiące klientom biznesowym. Akurat weszły regulacje o konieczności montowania ich w samochodach, więc to był złoty interes. Jak podpisałem kontrakt z dużą firmą spedycyjną, zarabiałem z 10 tys. zł na miesiąc. Chciałem zainwestować w fabrykę styropianu (pudełka na jedzenie dla fast foodów itd.). Wcześniej trochę handlowałem ciuchami, mydłem i powidłem – jak to w latach 90. A teraz skuli mnie, założyli kominiarkę, kamizelkę kuloodporną i rzucili na podłogę radiowozu. Z pięć godzin jechałem tak, leżąc na brzuchu. Ze mną dwóch antyterrorystów. Konwój liczył z pięć samochodów.

Na okazaniu ustawili mnie i kilku studentów jako pozorantów. Jakaś kobieta wskazała jednego z nich, więc podśmiewał się, jaki to z niego zabójca. Wtedy powiedziałem: siedzę już półtora roku, bo jedna kobieta podobnie wskazała mnie. Pamiętam jego minę: jak uśmiech gaśnie i przeradza się w strach.

Gdzie jest tata?

Śnił mi się po nocach, synku, Twój ciężar na mojej klacie. Twoja ufność. Wdrapywałeś się na kanapę, później na mnie i zasypiałeś przytulony. W nocy też spałeś z nami. Dużo wtedy jeździłem i miałem w samochodzie na stałe wmontowany fotelik dla Ciebie. Jak mama chodziła na wykłady (studiowała dwa kierunki), jeździłeś ze mną. Lubiłeś to, byłeś bardzo grzeczny.

W areszcie strasznie tęskniłem za Wami, ale pierwszy list od mamy dostałem po trzech miesiącach. Bo cała korespondencja musiała przejść przez cenzurę. Decydował prokurator: puścić dalej, ocenzurować, zawrócić czy dołączyć do akt.

Martwiłem się. Mama pisała, że po moim aresztowaniu zacząłeś bardzo chorować (anginy, zapalenie płuc) i że zrobiłeś się agresywny. Biłeś kolegów na podwórku i w przedszkolu. I ciągle pytałeś: gdzie tata? Kiedyś specjalnie rozbiłeś szybę i mama powiedziała Ci: „Tata wyjechał, bo musi zarobić na tę szybę. Jak będziesz grzeczny, to wróci”. Nie miałem pojęcia, że ten niewinny początek będzie miał takie skutki.

Ucieczka

Zastanawiałeś się, jak byś się zachował na moim miejscu?

Jak miałem 15 lat, przeprowadziłem się spod Lublina do Gdyni, bo marzyłem o żeglowaniu. Zrobiłem uprawnienia, a rok później pracowałem też w stoczni jako nurek. Normalnie sprawdzałem, czy kadłub statku nie jest uszkodzony, ale tego dnia wyławialiśmy nurka, który zginął pod wodą. Zaplątał się w sieci i widać było, że rozrywał je rękoma, bo dłonie miał ponacinane aż do kości. A cały czas miał przy sobie nóż i mógł się spokojnie wydostać na powierzchnię, gdyby nie wpadł w popłoch. Zapamiętałem na resztę życia: panika to najgorszy wróg.

W więzieniu powiedziałem sobie: wszystko mieści się w głowie. Zabrali mi wolność, ale nie zabiorą zdrowia. Zabrali mi wolność, ale czasu nie zmarnują.

I zacząłem łapczywie czytać książki i uczyć się angielskiego. Tylko że w więzieniu dominują lektury z czasów Lenina i „żółte tygrysy”. Jeśli chcesz dostać książki z wolności, musisz napisać wniosek i podać autora oraz tytuł. Kiedyś, żeby ośmieszyć tę procedurę, poprosiłem o „Mini-podręcznik partyzanta miejskiego” Carlosa Marighelli. I go dostałem. A przecież to jest instrukcja, jak konstruować bomby, jakiej broni używać, itd. – nie ma gorszej książki dla mordercy!

Czytałem też na głos. Bałem się, że po latach izolowania nie będę umiał myśli zamieniać w zdania. Myślę, że w areszcie przeczytałem ponad tysiąc książek. Niektórych nie zdołałem, bo Twoja mama stwierdziła: „Piszesz, abym wysłała rzeczy. Wstydzę się wysyłać paczki w takie miejsce”.

Ratował mnie Spinoza, Leibniz, Marek Aureliusz. I Horacy ze swoim nihil mirari. Niczemu się nie dziwić.

Grałem też w szachy. Drewniane, turystyczne. Dostałem je w paczce od dziadka. Wpinałem maleńkie figury w 6-centymetrową szachownicę. Ale ileż można wygrywać z samym sobą? Przez pięć lat tylko raz zremisowałem.

Nagroda i kara

Złość wyrzucałem na treningu i przez medytacje.

Mogłem ćwiczyć godzinę dziennie na spacerniaku (ciasny jak cela, tylko bez mebli i z kratą zamiast sufitu). Jedno okrążenie to 18 kroków. Przynosili mnie na Małysza, rozkuwali i na zmianę: biegałem i pompowałem. Kiedyś wpadłem na pomysł, że będę robił tyle pompek, ile dni przesiedziałem. Zacząłem chyba od sześciuset. Ale jak doszedłem do ośmiu setek, stwierdziłem, że ta godzina nie wystarcza. Zresztą pod koniec musiałbym dojść do 4,5 tysiąca.

Treningi trzymały mnie w pionie. Od trzeciej klasy podstawówki trenowałem zapasy. Później żeglowałem, nurkowałem, latałem na lotni, skakałem na spadochronie (w wojsku byłem w brygadzie powietrznodesantowej). Więc w Sztumie nie obchodziło mnie, że do biegania mam tylko kamasze (na ence dają spodnie, bluzę i buciory do kostek). Nie zniechęciłem się nawet, jak w 2002 roku zabrali więźniom z enek sznurówki. Bo w Warszawie znaleziono „Saszę” powieszonego w celi (podobno zabił Jacka Dębskiego, byłego ministra sportu). Znalazłem sposób i na to. Wyprułem gumkę ze slipów, rozerwałem na cienkie paski i związywałem buty w jednym miejscu pod językiem – żeby strażnicy nie zauważyli.

Palenia nie rzuciłem natychmiast. Ale pozwalałem sobie palić raz, góra dwa razy dziennie. Nagradzałem się i karałem w ten sposób. Jeśli w dzień nie zrobiłem treningu i lekcji angielskiego, nie zasługiwałem na nagrodę po apelu.

Ale naprawdę przeżyłem dzięki Tobie. Ta radość, którą czerpałem z rozwoju, to Twoja zasługa, bo robiłem to z myślą o Tobie. Żebyś się mnie nie wstydził, kiedy wyjdę na wolność.

Klucz

Zanim się urodziłeś, poprosiłem Twoją mamę o rękę. Dałem jej pierścionek z trzema brylantami: mały, średni, duży. Potem śniło mi się, że mamy trójkę dzieci. Oświadczyny przyjęła, ale ślubu nie wzięliśmy. A Tobie daliśmy moje nazwisko.

Lata mijały, rosłeś, a ja w więzieniu dostawałem Twoje zdjęcia i powoli docierało do mnie: już nie nauczę Cię jeździć na rowerze. Już nie ze mną złowisz pierwszą w życiu rybę. Bolało. Ale co miałem robić? Nie mogłem Cię nawet zobaczyć. Marzyłem, żebyś mnie odwiedził. Ale mama powiedziała „nie” i wierzyłem, że to dla Twojego dobra.

Jak miałeś z siedem lat, znalazłeś niechcący mój list z adresem zwrotnym z więzienia (mama je ukrywała). Wziąłeś kolegę i wyruszyłeś, żeby mnie odszukać. Ale jakiś dorosły zawrócił Cię z przystanku.

Niedługo później wpadłem na pomysł, żeby na komunię oprócz pieniędzy, roweru czy zegarka podarować Ci klucz. Żeby wyzwolić w Tobie ciekawość. Wyobrażałem sobie, że jak wyjdę na wolność i wyprostuję swoje życie, do tego klucza dopasuję Ci dom. Albo garaż, w którym będzie czekał samochód. Albo że to będzie klucz od mariny, a w niej łódź dla Ciebie. Chciałem pobudzić Twoją ciekawość, bo – jak powiedział Einstein – „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”. Niestety, Twoja mama stwierdziła, że to głupi pomysł.

Uszczerbek

Mózg nie boli, ale jak mu ciężko, to przerzuca ból na coś innego. I mnie bolały nerki. Zacząłem kuleć bez powodu. Miałem kłopoty ze wzrokiem.

Wiesz, że w Sztumie straciłem siedem zębów? Któregoś dnia wyrwano mi dwa naraz. Najgorsze, że leczenie tam odbywało się tylko szczypcami. Jak już przychodzisz, to albo wyrywają, albo zmarnowałeś ich czas. Dlaczego facet po trzydziestce traci jedną czwartą uzębienia? Może dlatego, że siedziałem w piwnicy, w stresie, bez witamin i światła dziennego…

W głowie

W 2003 roku dostałem dożywocie.

Ale nadzieja umiera ostatnia. Przeczytałem o badaniu na szczurach. Wrzucano je do akwarium do połowy wypełnionego wodą, ale na tyle wysokiego, że nie mogły wyjść. Pływały średnio pięć godzin, po czym tonęły. Innym szczurom wrzucano na chwilę drabinkę, ale zabierano, zanim się wydostały. Te szczury pływały średnio siedem razy dłużej. Nie ma lepszego dowodu na to, że w głowie jest ocalenie.

Pewnego dnia zaprowadzili mnie na widzenie. Za szybą starsza kobieta. Przedstawia się, mówi, że mieszka w moim domu (Ty i mama przeprowadziliście się do dziadków po aresztowaniu). Czy zgodzę się, żeby się tam zameldowała? Bo czytała o mnie w gazetach i pomyślała, że dom mi się już nie przyda.

W więzieniu nauczyłem się niczym nie ekscytować. Gdybym miał się podniecać, chociażby tym, że dostałem dożywocie, musiałbym sobie przegryźć żyły.

Odbicie

Najlepsza kara dla mordercy: żeby marzył o kontakcie z drugim człowiekiem. Wtedy nawet najgorszy debil jest zbawieniem. Cieszysz się jak Robinson Crusoe Piętaszkiem.

No i stało się: zdjęli mi enkę! Poszedłem do magazynu, skąd więźniowie biorą materace i inny sprzęt. Pierwszy raz klawisz nie zakuł mnie w kajdanki, nie nieśli mnie jak tłumok. Czułem się, jakbym wyszedł z więzienia. Obok stał człowiek, którego właśnie zamknęli. Odebraliśmy, co trzeba, i rozeszliśmy się do różnych cel. On pewnie martwił się, jakby stracił milion dolarów, a ja cieszyłem się, jakbym pozbył się miliona dolarów długu.

Do tej pory przez pięć lat nie widziałem swojej twarzy. Na ence co drugi dzień musieliśmy się golić, więc klawisz przynosił maszynkę jednorazową i plastikową płytkę wielkości smartfona udającą lusterko. Z jednej strony miała naklejoną srebrną folię – jak od czekolady, i to musiało wystarczyć. I tego dnia jako 38-latek przejrzałem się w lustrze… Zobaczyłem starego obcego człowieka.

Ile jeszcze?

W więzieniu nie boli to, co złe. Boli dobre, które mi zabrano.

W 2001 roku Twoja mama napisała do mnie ostatni list. Później już tylko kartki okolicznościowe. W styczniu 2008 roku dostałem kartkę na urodziny. Kwiatki, różowe serduszka, po prawej stronie fabryczne: „Dużo szczęścia i słodyczy oraz samych radosnych chwil…”. A po lewej odręcznym pismem: „Trzy dni temu zmarł Twój przyjaciel. (…) Nie chcę się więcej z Tobą kontaktować. To nie przeze mnie tam jesteś. Nie jestem Tobie nic winna. Już i tak bardzo mnie skrzywdziłeś”.

Cały 2008 rok był jak ta kartka: z jednej strony nadzieja, z drugiej cios.

W lipcu Trybunał w Strasburgu nakazał mnie wypuścić. Ja i moi adwokaci dostaliśmy wyrok pocztą, dołączyliśmy do akt. Sąd czekał, aż tłumacz przysięgły przełoży go z angielskiego. Przed rozprawą adwokaci już nie umawiali się ze mną na następne spotkanie w więzieniu, tylko powiedzieli: „Wpadniesz do kancelarii. Adres znasz”. Już planowałem, synku, że będziesz ze mną mieszkał. Miesiąc u mnie, miesiąc u mamy, albo przynajmniej wakacje i weekendy u mnie.

Ale na rozprawie sędzia stwierdził: „Mimo że Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, iż (…) nastąpiło naruszenie art. 5 § 3 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności poprzez stosowanie wobec Czesława Kowalczyka aresztu tymczasowego w nadmiernym wymiarze, wskazać należy, że sądy krajowe nie są związane orzeczeniami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Pamiętam reakcję adwokata: naprawdę szczęka mu opadła. Ja czułem się, jakby mi ktoś wbił nóż w plecy. Później potwierdził to stanowisko Sąd Apelacyjny.

W skrócie: polskie sądy są niezawisłe i Strasburg może im skoczyć.

W grudniu 2008 roku uchylono mi dożywocie i wlepiono 25 lat. Sąd powtórzył wszystkie błędy z poprzedniego procesu. W uzasadnieniu wyroku wpisał np. nieprawdziwe nazwisko panieńskie mojej mamy i te same literówki.

A Twoją mamę rozumiem: została bez pieniędzy, bez wsparcia, z małym dzieckiem, studiami, z piętnem kobiety mordercy. Nie mam żalu, że mnie opuściła. Żadna miłość nie przetrwa dożywocia. Ale mam żal, że zabiła miłość synka do ojca. Ciocia pisała, że ciągle pytałeś: „Ile jeszcze tata musi pracować, żeby zapłacić za rozbitą szybę?”. Później mama zmieniła taktykę i powtarzała przez lata: „Tata wyjechał, bo cię nie kocha”.

Wiele razy płakałem. Może bez łez (wciąż wydaje mi się, że jestem obserwowany). Ale płakałem.

Przez przypadek

Na jakiej podstawie w ogóle mnie wytypowano i aresztowano?

Bo znałem Mariusza Nawrockiego (chciałem współpracować z jego bratem przy otwarciu fabryki styropianu, więc widzieliśmy się parę razy). Bo byłem podobny do Zbigniewa D., który zastrzelił Kwaśnego. Tak twierdziła Iwona C., choć moim zdaniem portret pamięciowy zabójcy (mały prosty nos, pyzata twarz, uszy przylegające do głowy) w ogóle nie przypominał mnie.

W 2011 roku ja siedziałem, a wszyscy trzej byli na wolności: pośrednik Adam Sienkiewicz (dostał za to 15 lat, a wyszedł po ośmiu), kierowca Piotr R. i zabójca Zbigniew D. Sienkiewicz nigdy nie zeznał, że to ci dwaj zabili Kwaśnego, bo czuł się związany regułą lojalności (za nielojalność mogli mu zabić rodzinę). Ale w 2011 roku Zbigniew D. wpadł przy napadach na TIR-y i poszedł na współpracę. Zaczął sypać kolegów za różne przestępstwa sprzed lat, np. rabunki. Wymienił m.in. nazwisko Sienkiewicza. Wtedy ten poczuł się zwolniony z reguły lojalności i opowiedział ze szczegółami, kto i jak zabił Kwaśnego.

To była jedna z moich trzystu rozpraw. Przychodziłem już w kapciach. I nagle 20 kwietnia 2011 roku prokurator mówi: „Są nowe dowody”.

Sędzia czyta zeznania Sienkiewicza, Sienkiewicz na żywo je potwierdza i uchylają mi areszt.

Nikt się tego nie spodziewał. Adwokat zadzwonił do mojego przyjaciela: „Przyjedź po Czesia”. A on: „Co się stało? Nie wytrzymał?”. Był przekonany, że jak wychodzę, to tylko w trumnie. A ja wyszedłem w klapkach, które kupiła mi siostra.

Na drogę z więzienia do nowego życia dostałem 12 złotych. Chyba po złotówce za każdy rok niesłusznej odsiadki. Ale pod bramą czekali przyjaciele. Jeden dał spodnie, drugi buty i zabrali mnie do restauracji na wzgórzu w Gdyni. Widziałem całą Zatokę Gdańską aż po Hel. Czułem euforyczne szczęście. Kolory, zapachy, wiatr – doznania aż parzyły. Wszystko cieszyło i zadziwiało – jakbym nagle wylądował na Mauritiusie.

Jeszcze przez wiele miesięcy gęba sama mi się śmiała, aż ludzie brali mnie za obcokrajowca.

W nowym świecie

Tylko że nie miałem nic. Wyszedłem z domu z ogrodem, a wróciłem do ruiny zasypanej śmieciami po pas. Wszystko, co mogli, wyrwali: okna, drzwi, wannę, umywalkę, wypruli kable ze ścian. Nawet bramę wywieźli na złom. W ogrodzie – góry odpadów: plastiki, szmaty, sprzęt AGD, buty, cztery metalowe wózki z Tesco, sedes. Część rzeczy rzucali z balkonów mieszkańcy 12-piętrowego bloku, który stoi tuż obok. Jedna butelka do tej pory tkwi wbita w dach mojego domu.

Pojechałem do Ciebie do Warszawy (już od pięciu lat mieszkaliście w stolicy). Ale mama oświadczyła, że muszę zaczekać. Bo masz egzaminy gimnazjalne i nie powinniśmy mieszać Ci w głowie. Przyznałem jej rację. Wierzyłem, że to dla Twojego dobra. Wielkanoc spędziłem z siostrą i mamą w Lublinie.

Wiesz, że wszystko dostałem od ludzi? Ubrania, buty, rower, nawet starego peugeota. Przyjmowałem z wdzięcznością, cieszyłem się jak dziecko. Ale najpiękniejszy prezent dostałem od Duszka – mojego przyjaciela. Wiesz: szef dużej firmy, żona – dyrektorka szkoły. Przyjechałem do nich na weekend po świętach. Musieli wyjść na imprezę biznesową, więc zostawili mi dom, mówiąc: „Zostań z dzieciakami. Zjedzcie kolację i dopilnuj, żeby poszły spać”. Zaufali mi, choć nie byłem jeszcze uniewinniony.

Musiałem się z czegoś utrzymać, więc szukałem pracy. Ale jak mówiłem, kim jestem, to po pierwszym zdaniu już nie było drugiego. Piętno mordercy to jedno, ale ja byłem jak UFO. Nie znałem wartości pieniądza, nie rozumiałem, jak działa internet bezprzewodowy. Pierwsza książka, którą kupiłem to „Komputer dla seniora”.

Pamiętasz Tesę, naszego psa? Mnie aresztowali, a ją postrzelili. Okazało się, że przeżyła, ale mama oddała ją do Ciapkowa – schroniska dla zwierząt w Gdyni. Później pisała, że ciągle pytasz o mnie i o Tesę. I że bardzo tęsknisz.

Wkrótce po wyjściu poznałem wspaniałą kobietę. Ma na imię tak samo jak Twoja dziewczyna, do dziś jesteśmy razem. Ona mówi, że wtedy byłem dziki, wycofany. Że różnica między zwykłym człowiekiem a mną była taka, jak między psem a psem z Ciapkowa.

No i przygarnęła mnie jak przybłędę.

Temida ślepa i głucha

12 lat trzymano mnie w areszcie tymczasowym na podstawie jednych odwołanych zeznań. Iwona C. wskazała mnie jako zabójcę 13 stycznia 1999 r. Ale już dwa tygodnie później wycofała się ze swojego stanowiska. Bo zobaczyła prawdziwego sprawcę w Gdyni na hali. Okazało się też, że podczas okazania była pod wpływem silnych leków psychotropowych. Poza tym najpierw twierdziła, że sprawca był w bejsbolówce mocno naciśniętej na głowę, a przy innym przesłuchaniu – że zabójca miał krótkie blond włosy. Jak można widzieć coś, co było zasłonięte?

Kilka miesięcy później Mariusz Nawrocki przyznał się, że zlecił morderstwo Kwaśnego, i wymienił nazwiska dwóch sprawców i jednego pośrednika. Wśród nich nie było mojego. Ale uznano jego zeznania za niewiarygodne.

Prosiłem ustnie i pisemnie: przesłuchajcie mojego kierowcę Marcina Willamowicza (woził mnie, bo straciłem prawo jazdy za zbyt szybką jazdę). On na pewno będzie pamiętał, co robiliśmy 28 grudnia 1998 r., i potwierdzi moje alibi. Po wielu miesiącach usłyszałem, że był przesłuchiwany, ale nic nie wniósł do sprawy. Dopiero z akt dowiedziałem się, że został przesłuchany, ale rok przed zabójstwem, w zupełnie innej sprawie! W mojej przesłuchano go po dziesięciu latach.

Twoja mama też dzwoniła na policję, że chciałaby zeznawać, bo w chwili zabójstwa co prawda nie była ze mną, ale rozmawialiśmy przez telefon. Wystąpiła o billingi z telefonów rodziców i naszego domowego. Usłyszała, że to już nie ma znaczenia, bo okazanie potwierdziło, że to ja zabiłem Kwaśnego. Prokurator Paszkiewcz przesłuchał ją po ośmiu miesiącach. W tym czasie nie mogła przyjść na widzenie, bo moglibyśmy mataczyć.

Zaostrzone dożywocie z 2003 roku (dopiero po 40 latach mógłbym się ubiegać o zwolnienie warunkowe) zasądził Waldemar Kuc. Sędzia, którego potem dożywotnio usunięto z zawodu, bo prowadził samochód, mając 1,2 promila alkoholu, uczestniczył w kolizji, po czym udał się do sądu i poprowadził dwie rozprawy.

To tylko kilka najbardziej rażących nieprawidłowości. Naprawdę uważasz, synku, że to ja Cię zawiodłem?

Niekończąca się historia

Sąd uniewinnił mnie prawomocnym wyrokiem dopiero 21 sierpnia 2012 roku.

Tylko że prokurator Paszkiewicz do ostatniej chwili próbował udowodnić, że byłem zamieszany w zabójstwo Kwaśnego. Skoro go nie zamordowałem, to przynajmniej odpowiem za nielegalne posiadanie broni. W 1999 roku to było logiczne: jeśli uważano, że zastrzeliłem człowieka z pistoletu, musiałem mieć broń. Więc areszt był stosowany co do dwóch czynów: zabójstwa oraz nielegalnego posiadania broni. W dniu 28 grudnia 1998 roku – to ważne. Ale skoro nikogo nie zabiłem?

Oskarżyciel wykorzystał zeznania Nawrockiego: że w grudniu 1998 roku rzekomo zapytał mnie, czy mógłbym załatwić mu pistolet (na prezent dla brata lub do jego ochrony, bo w tym czasie wielokrotnie próbowano zabić Macieja N.). Że w Wigilię spotkaliśmy się we trzech na stacji benzynowej w Gdyni, żeby przekazać broń. Że dostałem ją w plastikowej torbie od niejakiego Roufafa i zaniosłem do samochodu Nawrockiego. Ciekawe, że teraz sąd uwierzył Nawrockiemu. A w 1999 roku, kiedy twierdził, że nie mam z morderstwem Kwaśnego nic wspólnego, sąd uznał jego zeznania za niewiarygodne. Czyli aresztowano mnie za zabójstwo dokonane 28 grudnia, a teraz skazano za nielegalne posiadanie broni cztery dni wcześniej, czego w ogóle nie było w zarzutach.

W uzasadnieniu wyroku sąd napisał, że nie stwierdzono, czy to była ta sama broń. Bo pistoletu, z którego zastrzelono Adama Kwaśnego, nigdy nie znaleziono. Zabójcy rozebrali go na części i porozrzucali po śmietnikach. A tego, który rzekomo miałem przekazać Nawrockiemu, nigdy nie widziano. Więc na jakiej podstawie prokurator Paszkiewicz uznał mnie za winnego po raz kolejny? Na prostej: że odsiedziałem 12 lat! Rozpaczliwa próba ratowania twarzy.

No i w pierwszej instancji dostałem za pistolet 1,5 roku. Tylko że już odsiedziałem 12 lat. A zarzut o nielegalne posiadanie broni przedawnił się po 15 latach. Ale wnieśliśmy apelację. Bo od tego wyroku zależy, jakie dostanę odszkodowanie od państwa (z tytułu utraconych zarobków i zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie).

Nałożyli mi enkę, czyli piętno szczególnie niebezpiecznego przestępcy. Przez pięć lat siedziałem w celi zupełnie sam

Niestety, wyrok zapadnie nieprędko, bo świadkiem w mojej sprawie jest Mariusz Nawrocki. A jego wypuszczono z więzienia na operację serca, po której postanowił nie wracać za kraty. I teraz nie mogą go znaleźć. Tak moja przygoda z wymiarem sprawiedliwości trwa.

Prawie w cztery oczy

Dopiero po egzaminach gimnazjalnych mama powiedziała Ci, kim w ogóle jestem, i spotkaliśmy się ten pierwszy raz. Czerwiec, ładna pogoda. Spacerowaliśmy po parku: Ty i ja z przodu, mama z mężem z tyłu. Miałem kluchę w gardle, choć wcześniej układałem sobie scenariusze. Ale do takiej rozmowy nie da się przygotować.

„Głupia sprawa” – powiedziałeś mi wtedy. „Wybacz, że nie rzucam ci się na szyję, ale dla mnie jesteś obcym człowiekiem. Dziesięć lat cię nienawidziłem”.

„Głupia sprawa”. To zdanie mnie rozjebało. Przepraszam, normalnie nie przeklinam. Z przekory nie kląłem nawet w więzieniu, co robiło spore wrażenie na innych.

Masz rację, głupia sprawa. Dla policji, prokuratury i sądu – bo jak można dopuścić do tylu nieprawidłowości? Głupia sprawa dla Ciebie, mamy mojej i Twojej, dla mnie i całej rodziny – że zrujnowali nam życie. Dla państwa – bo jak wycenić teraz tę ruinę? Moje nadszarpnięte zdrowie, zęby, które już nie odrosną, rysę na psychice? Zrujnowany dom, brak pracy, przyjaciół? I najważniejsze dla mnie: straconą miłość syna?

Może pójdę do prokuratora Paszkiewicza? I powiem: „Głupia sprawa, stary. Przez twoją zapiekłość siedziałem 12 lat w areszcie i syn nie chce mnie znać. Skoro możesz wszystko, spraw, żeby znów mnie pokochał”.

Zabawne…

Wysłałem Ci też list, który pisałem przez dziesięć lat w więzieniu. Właściwie cały zeszyt. Mama stwierdziła, że Ci go nie da, bo „mógłby uszkodzić Twoją kruchą psychikę”.

Rozumiem, że ułożyliście sobie życie beze mnie. Aż nagle pojawiam się i burzę Wasz ład. Jak ujęła to mama: „Nie było cię naście lat, a teraz zabiegasz o atencję syna. Nie masz do tego prawa”. Ale serce nie sługa. Nie potrafię inaczej.

Pamiętasz, kiedy mieszkałem na łodzi w Gdyni? Odnawiałem papiery żeglarskie. A Ty należałeś do kadry i przyjeżdżałeś na regaty. Kiedyś natknąłeś się na mnie w marinie i zdziwiłeś się:

– Co ty tu robisz?!

– Mieszkam – odpowiedziałem. – Jak będziesz miał chwilę, zajrzyj do mnie na łódkę.

Ale nie przyszedłeś. Za to zadzwoniła Twoja mama: „Jego koledzy się śmieją, że zaczepia go jakiś pedofil”.

A wiesz, że widziałem wszystkie Twoje zawody? W Zatoce Gdańskiej i Puckiej, na Zalewie Zegrzyńskim. Ty pływałeś na żaglówce, a ja z daleka na skuterze wodnym. Patrzyłem, jak Ci idzie. Raz moja partnerka zrobiła zdjęcie: widać moją głowę, a daleko na horyzoncie Twoją łódkę. Śmiałem się, że mam zdjęcie z synem.

Marzenie

Mam 48 lat. Żyję z prac dorywczych, ostatnio byłem w rejsie na Grenadynach. Jeśli dostanę odszkodowanie, chciałbym tylko kupić katamaran i wozić turystów. W lecie po Morzu Śródziemnym, w zimie po Karaibach. Na razie działam w Stowarzyszeniu „Niepokonani 2012”, bo pokrzywdzonych przez państwo jak ja zgłosiło się 5 tysięcy.

Od wyjścia z więzienia minęły trzy lata. Moja partnerka skarży się, że nie gaszę światła i nie zamykam drzwi. Cóż, przez 12 lat robili to za mnie inni. Codziennie wstaję na apel. O 6.30 umyty i ubrany, tak mocno mam to zakodowane.

Nie umiem mówić o emocjach, unikam tego jak ognia. Tobie jednemu centralnie mówię: kocham Cię. I to do szaleństwa.

Na 18. urodziny dałem Ci zegarek. Miałem wiele lat, by przemyśleć, co w życiu jest ważne. Wygrawerowałem: „Nie lękaj się”. Żebyś się nie bał iść za głosem serca. Żebyś sobie ufał. „Spełniaj marzenia swoje, a nie innych ludzi” – powiedziałem Ci rok temu. Ja mam jedno marzenie: żebyśmy razem popłynęli w rejs przez Atlantyk. Nie znałeś mnie, a Twoją pasją jest żeglarstwo – jak moją. Nie jesz surowych pomidorów – jak ja. Żartują, że jesteś filozof – jak ze mnie.

Jeśli człowiek nie wie, że coś stracił, to tego nie szuka. Ty nie wiesz, że straciłeś.

Przez lata wyobrażałem sobie różne scenariusze. Ale nigdy takiego, że nie będziesz chciał mnie znać. W dodatku ostatnio zmieniłeś nazwisko. Ludzie widzą, jak mnie to boli, i próbują pocieszać: „Daj mu czas. On to kiedyś zrozumie”. Ale ja wiem, że to bzdura. Zabiegam o Twoją miłość już trzy lata. Jeśli mnie nie poznasz, to mnie nie pokochasz.

gazeta.pl

Niezwykły proces: prokuratura kontra sędzia. Spór o pieniądze podatników

Wrocławska Prokuratura Apelacyjna wytoczyła proces Sędziemu Sądu Apelacyjnego a zarazem profesorowi prawa karnego i byłemu prokuratorowi Jerzemu Skorupce. Domaga się od niego 14,2 tys. zł. Chodzi o pieniądze ze specjalnego państwowego funduszu na mieszkaniowe pożyczki dla prokuratorów. Udzielane na bardzo preferencyjnych warunkach. Zdaniem NIK-u – proces jest efektem kontroli Izby – profesor skorzystał z przywileju, który mu się nie należał.

Najwyższa Izba Kontroli – dodajmy – wykryła więcej takich przypadków. Z ustaleń kontrolerów wynika, że w latach 2010 – 2012 pięć osób korzystało z przywileju spłacania mieszkaniowych pożyczek na preferencyjnych warunkach choć przestały być prokuratorami. Zgodził się na to wrocławski Prokurator Apelacyjny. Tymczasem przywilej państwowych pożyczek mieszkaniowych mają prokuratorzy. Na niższych odsetkach państwowa kasa stracić miała 30,6 tys zł. NIK – w wystąpieniu pokontrolnym – nazywa to ostro „naruszeniem dyscypliny finansów publicznych”. Prokuratura Apelacyjna z tym zarzutem się nie zgadza.

W myśl prawa każdy prokurator (dotyczy to również sędziów) może wziąć mieszkaniową pożyczkę z budżetu państwa. „Zwykły” człowiek na takich warunkach pożyczki nie dostanie. Jej oprocentowanie to prognozowana na dany rok inflacja zapisana w projekcie budżetu państwa. W 2010 roku było to na przykład 1 procent. Profesor Skorupka – w 2005 roku gdy był jeszcze Prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej – dostał 70 tysięcy złotych takiej pożyczki. Trzy lata później został sędzią. Poprosił Prokuratora Apelacyjnego by ten zgodził się na spłacanie pożyczki na dotychczasowych zasadach. Czyli tak jakby prof. Skorupka nadal był prokuratorem. Dostał taką zgodę.

NIK ujawnił tę historię w 2013 roku. I ocenił, że nie należało się zgadzać. Przepisy dają tylko jedną możliwość rozliczenia pożyczki gdy ktoś odchodzi z prokuratury. Niespłaconą kwotę oddaje jednorazowo z wyższymi odsetkami. W 2008 roku było to 7,24 procent. I nie ma przy tym znaczenia czy odchodzi do sądu czy gdzie indziej. NIK ujawnił cztery inne przypadki prokuratorów, którzy odeszli a spłacali nadal pożyczki na korzystnych dla siebie warunkach. Jak się dowiedzieliśmy te cztery osoby zapłaciły do państwowej kasy wyższe oprocentowanie po wezwaniu z Prokuratury Apelacyjnej. Odmówił sędzia Jerzy Skorupka. Prokuratora Apelacyjna – w pozwie – domaga się od niego 14,2 tys. zł. z czego 8,4 tys. zł. to wyższe oprocentowanie, jakie należało wyliczyć w lipcu 2008. Wrocławski sąd we wrześniu wydał nakaz zapłaty. Czyli bez procesu uznał, że roszczenie Prokuratury Apelacyjnej jest słuszne. Ale sędzia sprzeciwił się i zaczął się normalny proces.

Dlaczego prof. Jerzy Skorupka nie chce zapłacić?

– Zostało zawarte porozumienie. Dysponent pieniędzy budżetowych wyraził zgodę żebym spłacał pożyczkę na dotychczasowych zasadach – mówi sędzia Jerzy Skorupka. – Jeżeli ktoś jest winny naruszeniu dyscypliny finansów publicznych to ówczesny Prokurator Apelacyjny. Przecież znali stan prawny i długi czas im to nie przeszkadzało. Dlaczego teraz swoją winę chcą przerzucić na kogoś innego? – Ale dlaczego prosił Pan o możliwość spłaty pożyczki na dotychczasowych zasadach po odejściu z prokuratury? – Dopytujemy. – Przecież prawo nie przewidywało takiej możliwości? – Uznałem, że jeśli będzie porozumienie to na zasadzie porozumienia taką pożyczkę będzie można spłacać i dlatego w spokoju ta pożyczka została spłacona. Zwróciłem się do Prokuratora Apelacyjnego. Mógł się nie zgodzić – odpowiada sędzia.

Dlaczego więc się zgodził? Co z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych? Anna Zimoląg Rzecznik Prasowy Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu: Prokurator został powołany do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, w związku z czym zrzekł się stanowiska prokuratora. Następnie wystąpił do Prokuratora Apelacyjnego we Wrocławiu z wnioskiem o umożliwienie mu spłaty pożyczki na dotychczasowych warunkach, na co otrzymał zgodę. W ówczesnym stanie prawnym – prokuratura i sądy były częścią tego samego resortu – decyzja ta nie budziła wątpliwości. Pani rzecznik nie zgadza się też z zarzutem naruszenia dyscypliny finansów publicznych, o którym napisał NIK w wystąpieniu pokontrolnym. Jak tłumaczy o naruszeniu dyscypliny można mówić wtedy gdy czyjeś zaniedbanie powoduje, że nie ma prawnych możliwości dochodzenia należnych skarbowi państwa pieniędzy bo nieznana jest kwota jaką należy egzekwować. A w tej sprawie należności skarbu państwa zostały wyliczone i Prokuratura Apelacyjna domaga się ich zwrotu w sądowym procesie.

Czytaj więcej: http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/3697038,niezwykly-proces-prokuratura-kontra-sedzia-spor-o-pieniadze-podatnikow,id,t.html

W prokuraturze tuszowano sprawy błędów lekarskich. I nie ma winnych?

Sąd Dyscyplinarny dla prokuratorów nie zgodził się na uchylenie immunitetu wrocławskiej prokuratorce Justynie D. Nie można więc postawić jej zarzutów w śledztwie dotyczącym zamiatania pod dywan dwóch spraw dotyczących błędów lekarskich. Jedno ze śledztw zamieciono tak dokładnie, że akta zginęły bezpowrotnie a zanim skandal wyszedł na jaw i zdążono akta odtworzyć, sprawa się przedawniła. W drugiej sprawie na wiele lat skutecznie zablokowano dochodzenie. Obie medyczne sprawy prowadziła prokurator Justyna D. Śledczy z prokuratury w Legnicy chcieli postawić jej zarzuty nadużycia uprawnień i poświadczania nieprawdy w dokumentach. Ale nie zgodził się na to Sąd Dyscyplinarny. Prokuratura Okręgowa w Legnicy zapowiada zaskarżenie tej decyzji.

Jakie są powody decyzji Sądy Dyscyplinarnego? – Nie znamy ich. Czekamy na akta i pisemne uzasadnienie decyzji sądu. Na pewno je zaskarżymy – mówi rzeczniczka legnickiej prokuratury Lilianna Łukasiewicz. Zgodnie z prawem, żeby postawić zarzuty popełnienia przestępstwa prokuratorowi musi się na to zgodzić Sąd Dyscyplinarny. Od jego decyzji można się odwołać do Wyższego Sądu Dyscyplinarnego. Decyzja tego drugiego jest ostateczna.

Przypomnijmy jak było. Justyna D. pracowała w Prokuraturze Rejonowej Wrocław Śródmieście. We wrześniu 2012 roku wyszło na jaw, ze zginęły gdzieś akta sprawy znanego wrocławskiego ginekologa prof. Andrzeja K. Ofiarą błędu lekarskiego ma być Małgorzata Ossmann. W sierpniu 2007 r. lekarze mieli zbyt późno rozpoznać, że zaczął się poród. Rozpoczęło się cesarskie cięcie, ale dziecka nie udało się już uratować. Zagrożone było również życie pani Małgorzaty. Od 2007 roku pani Małgorzata walczy o sprawiedliwość.

W oparciu o opinie biegłych z medycyny sądowej profesorowi – jak również innemu lekarzowi z Kliniki Ginekologii i Położnictwa Akademii Medycznej – postawiono zarzuty popełnienia przestępstwa. W 2009 roku Justyna D. postanowiła poprosić ekspertów o dodatkową opinię. Do września 2012 wydawało się, że akta są w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. W śródmiejskiej prokuraturze były nawet pisma z Poznania. We wrześniu 2012 okazało się jednak, że tak naprawdę akta Małgorzaty Ossmann nigdy do Poznania nie trafiły. Justyna D. – zapytana gdzie są – zasłabła i trafiła do szpitala. Potem okazało się też, że korespondencja z poznańską medycyną sądową została sfałszowana.

Wszczęto śledztwo, które trafiło do Legnicy. Akta pani Małgorzaty odnalazły się w… Białymstoku.Przyszły tam w dniu, w którym ujawniliśmy na portalu www.gazetawroclawska.pl , że doszło do skandalu. Jak tam trafiły, nie wiadomo.

Okazało się, że Justyna D. nadzorowała jeszcze jedno śledztwo związane z lekarskim błędem. Wszczęte w 2007 roku. Dotyczyło innej kliniki Akademii Medycznej: Kliniki Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej. O szczegółach tej sprawy niewiele wiemy. Poza szokującymi informacjami, że akta – wysłane jakoby do ekspertów – gdzieś zginęły, a rzecz wyszła dopiero po pięciu latach śledztwa. Nie odnalazły się nigdy! Odtworzono je, ale śledztwa nie uratowano. Sprawę trzeba było umorzyć z powodu przedawnienia.

Legnicka prokuratura twierdzi, że ma dowody obciążające Justynę D. Zdaniem śledczych pani prokurator celowo ukryła akta obu spraw. W historii Małgorzaty Ossmann Justynę D. chciano obciążyć dodatkowo zarzutem fałszowania pism przychodzących jakoby z Poznania.

Ale Sąd Dyscyplinarny nie zgodził się z tezą, że dowody wystarczają na zarzucenie Justynie D. przestępstwa. Jeśli opinie tę podtrzyma sąd wyższej instancji, śledztwo trzeba będzie umorzyć. A pytanie – kto tuszował sprawę błędów na Akademii Medycznej – nadal pozostanie otwarte.

Póki co, ukarani za skandal w śródmiejskiej prokuraturze zostali jedynie podatnicy. Małgorzacie Ossmann skarb państwa wypłacił 20 tysięcy odszkodowania za przewlekłość śledztwa w jej sprawie. Dopiero kilka miesięcy temu trafiła ona do sądu z aktem oskarżenia. Ale proces jeszcze się nie rozpoczął

gazetawroclawska.pl

Prokurator chora psychicznie, ale pracować musi

Lekarze stwierdzili u prokurator z Katowic chorobę dwubiegunową, ZUS uznał ją za niezdolną do pracy. Przełożeni kazali jej jednak wrócić do śledztw. A adwokaci zacierają ręce: – Każdy akt oskarżenia będzie można podważyć. 33-letnia Aldona R. od sześciu lat pracuje w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. Na początku 2012 r. zaczęła się skarżyć na bóle głowy, poszła do neurologa. Ten dał zwolnienie lekarskie i zaczął leczyć.

Terapia nie przyniosła efektu, prokurator R. czuła się coraz gorzej. Zaczęła mieć stany lękowe, urojenia i problemy z koncentracją. Neurolog wysłał ją do psychiatry, który rozpoznał poważną chorobę. Śledcza od roku leczy się psychiatrycznie. I ma potwierdzającą to dokumentację.

Utrzymuje ją narzeczony

– Aldona wstydziła się przyznać przełożonym do choroby, bo wiedziała, że to może przekreślić jej karierę. Przez pewien czas przedkładała więc L4 od neurologa, a nie psychiatry – mówi Grzegorz, narzeczony prokurator. W trakcie choroby okazało się, że kobieta zaszła w ciążę, którą po kilku tygodniach poroniła. Wtedy do pracy zaczęła wysyłać zwolnienia od ginekologa.

Zgodnie z przepisami po roku pobytu na L4 prokuratura przestała wypłacać Aldonie R. pensję. Od pięciu miesięcy kobietę utrzymuje narzeczony. – Lekko nie ma, bo leczenie jest drogie – przyznaje mężczyzna. Prokurator przestała już ukrywać chorobę psychiczną i przesyła zwolnienia lekarskie od psychiatry. W lipcu wezwano ją na kontrolę do ZUS, gdzie lekarz orzecznik stwierdził, że R. „jest trwale niezdolna do pełnienia obowiązków prokuratora”. Według ustawy o prokuraturze w takiej sytuacji powinna przejść w stan spoczynku i dostawać 75 proc. wynagrodzenia.

Sprzeciw prokuratury

Ale Krzysztof Kołaczek, szef Prokuratury Okręgowej w Katowicach, negatywnie zaopiniował wniosek. A Krajowa Rada Prokuratorów zgodnie z jego sugestią go odrzuciła. To oznacza, że R. powinna teraz wrócić do pracy i dalej prowadzić śledztwa. Dlaczego? – Kierownictwo prokuratury złożyło sprzeciw od decyzji orzecznika ZUS, bo nie wskazał on, dlaczego R. jest trwale niezdolna do pracy. Nie dysponujemy jej historią choroby, zwolnienia lekarskie przedkładane były przez lekarzy różnych specjalizacji, a jedno zostało zakwestionowane przez ZUS. Chcemy, by opinia orzecznika została zweryfikowana przez komisję lekarską, by mieć pewność, że prokurator jest chora. Tyle że trzykrotnie nie stawiła się na jej posiedzenie – mówi prokurator Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

„Boi się nawet podejść do okna”

– Aldona jest w fatalnym stanie, boi się nie tylko wyjść z domu, ale nawet podejść do okna. Tym bardziej że jacyś ludzie z prokuratury co jakiś czas podjeżdżają pod nasz dom, robią zdjęcia, sprawdzają, czy kłódka na bramie jest zamknięta – wyjaśnia Grzegorz.

„Gazeta” ustaliła jednak, że w katowickiej prokuraturze zdarzyła się też odwrotna historia. W czerwcu pozwolono przejść w stan spoczynku innej prokurator, choć orzecznik ZUS uznał, że jej stan zdrowia pozwalał na pracę w zawodzie. – Przepisy dopuszczają możliwość przejścia w stan spoczynku, kiedy prokurator przebywał rok na zwolnieniu lekarskim. W tym przypadku tak było, a przełożonym znany był jej stan zdrowia – tłumaczy prokurator Zawada-Dybek. Zapewnia, że jeśli komisja lekarska potwierdzi niezdolność R. do wykonywania zawodu, przełożeni pozytywnie zaopiniują także jej wniosek.

Na powrót prokurator Aldony R. do pracy czekają śląscy adwokaci. Ich zdaniem jej choroba psychiczna posłuży do podważania każdego sporządzonego przez nią aktu oskarżenia. – Przecież nie tylko podejrzany o dokonanie przestępstwa sprawca musi być poczytalny, ale dotyczy to także tropiącego go prokuratora – przypomina mecenas Andrzej Rajpert, nestor śląskiej palestry.

gazeta.pl

100 tys. zł łapówki dla prokuratorki? CBA bada sprawę

CBA podejrzewa, że Anna Monika Molik, wrocławska prokurator rejonowa, przyjęła 100 tys. zł łapówki za wydanie korzystnego rozporządzenia dla jednego z przedsiębiorców. Jest nim słynny ongiś burmistrz Świebodzic, a wcześniej senator Unii Demokratycznej Jan Wysoczański, skazany za handel kradzionymi samochodami
Informacje o akcji CBA podała wczorajsza „Rzeczpospolita”. Według ustaleń dziennika pod koniec 2009 r. do Anny Moniki Molik, szefowej Prokuratury Rejonowej Wrocław Krzyki-Zachód, zwróciła się jej bardzo dobra znajoma mec. Agnieszka Godlewska. Ta była pełnomocnikiem Wysoczańskiego w jego sporze z bałkańskim przedsiębiorcą Refikiem Zuliciem.

Zatrzymana nieruchomość

Godlewska razem z adwokatem Ryszardem Bedryjem chciała, żeby Molik pomogła ich klientowi w zabezpieczeniu ewentualnego zbycia nieruchomości Zulicia, do której prawa rościł sobie również Wysoczański. Z zapisu wspólnych rozmów kobiet wynika, że Molik na to przystała. Wysoczański ma za załatwienie tej sprawy zapłacić 100 tys. zł łapówki. Zulić rzeczywiście otrzymał od prokuratury zakaz sprzedaży spornej nieruchomości. Jego zażalenie na to postanowienie zostało oddalone. Później jeszcze, jak ustaliśmy, ta sama prokuratura postawiła mu zarzut ukrywania majątku przed wierzycielami, ale te zarzuty zostały oddalone przez sąd.

Co podsłuchało CBA

Stenogramy z podsłuchów, które CBA zainstalowało w telefonach adwokatów i prokuratorki, mają jednoznaczny wydźwięk.

„Chciałam ci tylko powiedzieć, że Monia chyba jest w bardzo pilnej potrzebie. Tak zwany wiatr w kieszeniach jest” – tak Godlewska relacjonuje swoją rozmowę z Molik Bedryjowi, który pośredniczy w kontaktach z Wysoczańskim. Innym razem mówi mu: „Ona (Molik) nic nie zrobi, dopóki nie będzie hajsu! Powiedz mu (Wysoczańskiemu), że jest frajerem, bo mógłby mieć to w tym tygodniu załatwione”. Godlewska potrafi jasno postawić sprawę: „Najpierw siano, później załatwimy”.

CBA zarejestrowało również rozmowy między nią a Anną Moniką Molik. 19 grudnia 2009 r. prokurator Molik pyta Godlewską: „A powiedz mi, czy – że tak powiem – rzeczona przesyłka dotarła, czy nie dotarła?”. 31 grudnia po spotkaniu Godlewskiej z synem Wysoczańskiego Molik dopytuje: „Dotarł, że tak powiem, nieszczęśnik? Skutecznie?”.

„Nie przyjęłam pieniędzy”

Dziś Anna Monika Molik mówi nam: – Nigdy w życiu od nikogo nie żądałam ani nie przyjęłam żadnych pieniędzy za załatwienie jakiejkolwiek sprawy w prokuraturze.

Nie zaprzecza, że z Agnieszką Godlewską znają się na gruncie prywatnym: – Te stenogramy to dla mnie szok! Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym mogłyśmy wówczas rozmawiać. Rozmawiałyśmy bardzo często, ale o prywatnych sprawach.

– Czy mecenas Godlewska kontaktowała się z panią w sprawie Jana Wysoczańskiego?

– Tak, w tej sprawie kontaktowała się ze mną jako pełnomocnik pokrzywdzonego Jana Wysoczańskiego. To normalne, że adwokaci rozmawiają z prokuratorami o sprawach swoich klientów, próbują przekonać do swoich racji, przedstawiając je zarówno na piśmie, jak i w formie ustnej, ale zawsze rozmowa ustna znajduje odzwierciedlenie w dokumentach znajdujących się w sprawie. Moja relacja prywatna z mecenas Godlewską w żadnej mierze nie miała wpływu na podejmowane w tej sprawie decyzje.

Agnieszka Godlewska z kolei sugeruje, że materiał CBA może być sfabrykowany: – To jakiś stek bzdur, strzępki rozmów odbywających się na przestrzeni kilku miesięcy. Każdy mógł sobie je pociąć i posklejać.

Od „Yeti” do „Astrea”. W tle afera hazardowa

Operacja specjalna CBA „Astrea” to odprysk operacji o kryptonimie „Yeti”, z której wykluła się m.in. afera hazardowa. Ich efektem jest śledztwo dotyczące przestępstw we wrocławskim wymiarze sprawiedliwości. Prowadzi je V Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Przeczytaj o akcji „Yeti”

Mimo że informacje o łapówce Wysoczańskiego znane były prokuratorom od 2009 r., to do tej pory w tej sprawie nic nie zrobiono. – Wynika to z planu śledztwa, przyjętej taktyki i harmonogramu – mówi Piotr Kosmaty, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. – Było to również spowodowane obszernością materiałów zgromadzonych przez CBA, koniecznością przeprowadzenia ich analizy, również pod kątem procesowym, a to skomplikowane.

Na pytanie, dlaczego prokurator Molik i dwójka zaprzyjaźnionych z nią wrocławskich adwokatów nie zostali zatrzymani, Kosmaty odpowiedzieć nie chciał.

Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu poinformowała nas natomiast, że: – Zostało już wszczęte postępowanie wyjaśniające, które da odpowiedź na pytanie, czy konieczne jest wszczęcie wobec prokurator Molik postępowania dyscyplinarnego.

Awansowała po sprawie posła Jackiewicza

Anna Monika Molik szefową Prokuratury Rejonowej Wrocław Krzyki-Zachód została w 2008 r. Wcześniej była w niej szeregowym prokuratorem. Awansowała niedługo po śledztwie w głośnej sprawie posła PiS Dawida Jackiewicza. Poseł uderzył albo – jak sam utrzymuje – odepchnął pijanego mężczyznę, który miał zaczepiać jego żonę i małego syna. Mężczyzna, nie odzyskawszy przytomności, po tygodniu zmarł w szpitalu. Prokurator Anna Monika Molik po ciągnącym się rok śledztwie umorzyła je, a w uzasadnieniu swojej decyzji napisała, że śmiercionośny – w efekcie – cios posła był „adekwatny do sytuacji”.

gazeta.pl

Proces prokuratora. Miał brać łapówki

Pod zarzutem powoływania się na wpływy w sądzie, brania łapówek za wypuszczenia podejrzanych z aresztów i ukręcania śledztw stanie przed sądem były wieloletni szef Prokuratury Rejonowej w Częstochowie Marek C.

Konszachty prokuratora C. ze światem przestępczym wyszły na jaw w 2005 r. po aresztowaniu właściciela firmy windykacyjnej Patex z Częstochowy Roberta S. oraz dilera samochodowego Jana F. Śledztwo prowadził Wydział V do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Robert S. opowiadał śledczym o tym jak korumpował prokuratorów, policjantów, sędziów. Pod koniec 2006 r. Marek C., który był oddelegowany do Prokuratury Okręgowej w Częstochowie, został nieoczekiwanie – jeszcze przed ostateczną decyzją o uchyleniu immunitetu – zawieszony w czynnościach służbowych. To była jedna z ostatnich decyzji odchodzącego wówczas z Częstochowy Prokuratora Okręgowego Piotra Skrzyneckiego. Oznaczało to odsunięcie Marka C. od wszystkich czynności służbowych i pozostawienie mu połowy uposażenia. Tak jest do dziś. W 2007 r. sąd dyscyplinarny przy Prokuratorze Krajowym uchylił Markowi C. immunitet. To pozwoliło na sporządzenie zarzutów karnych.

Wg katowickich śledczych, w 2003 r. prokurator C. wziął 10 tys. zł za załatwienie uchylenia aresztu tymczasowego zamieszanego w przestępstwa paliwowe Grzegorza G. W tym samym roku za obietnicę przyjęcia 20 tys. zł miał spowodować wypuszczenie z aresztu Włodzimierza T. Tych pieniędzy nie wziął, skończyło się na 5 tys., gdy w 2004 r. Włodzimierz T. odzyskał wolność. Marek C. miał też przyjąć 50 tys. zł łapówki za utrącenie śledztwa w sprawie przedsiębiorcy branży paliwowej Józefa B.

W razie udowodnienia winy prokuratorowi grozi do 12 lat więzienia.

Akt oskarżenia trafił z Katowic do częstochowskiego sądu już 1 kwietnia ub. roku, tyle, że do tej pory proces prokuratora i współpracujących z nim trzech oskarżonych, którzy pośredniczyli m.in. w przekazywaniu łapówek: Roberta Sz., Jana F, i Stanisława C. – nie ruszył z miejsca.

– Z uwagi pełnioną przez Marka C. funkcję i służbowe z nim kontakty sędziów, nasz sąd wnioskował o przeniesienie sprawy gdzie indziej – wyjaśnia rzecznik Sądu Okręgowego w Częstochowie Bogusław Zając. – Sąd Najwyższy uznał jednak, że nie ma takiej potrzeby i w naszym sądzie powinien znaleźć się sędzia, który nie zna oskarżonego. Taki sędzia się znalazł, ale musiało potrwać żeby mógł zapoznać się z aktami sprawy.

Proces planowano rozpocząć w poniedziałek. Sprawa nie ruszyła z miejsca, bo Marek C. przedłożył zaświadczenie o leczeniu w szpitalu.

Sprawa prokuratora C. może być wierzchołkiem góry lodowej. Pod koniec maja Robert S. znów trafił do aresztu. Zupełnie nowe śledztwo o korupcyjnym charakterze prowadzi częstochowska Prokuratura Okręgowa. Zarzuciła S. powoływanie się na wpływy w sądzie rejonowym. – Od małżeństwa, które ma proces, wziął pieniądze w zamian za obietnice załatwienia łagodnego wymiaru kary – mówi rzecznik Prokuratury Okręgowej Tomasz Ozimek.

Jak ustaliliśmy, w śledztwie jest też badany znacznie obszerniejszy wątek: korumpowania funkcjonariuszy publicznych z Częstochowy. – Ze względu na dobro postępowanie nie będziemy ujawniać żadnych szczegółów – kwituje nasze pytania prokurator Ozimek.

Robert S. z takiej formy wyłudzania pieniędzy zrobił sobie stałe źródło dochodu. M.in. przed sądem odpowiada wraz z Janem F. i wrocławianinem Ryszardem P. za wyłudzenie od Doroty Ch. z Wrocławia 475 tys. zł za pomoc w wyciągnięciu z aresztu jej męża – bossa mafii paliwowej. Dorota Ch. dostała polecenie S., aby pełnomocnikiem ustanowiła adwokata z Zielonej Góry Włodzimierza S. (mecenas w 2006 r. na wniosek katowickiej prokuratury przesiedział w areszcie 40 dni, m.in. pod zarzutem brania pieniędzy od przestępców za obietnice uwalniania aresztantów; adwokat utrzymywał, że jest niewinny). Pomocne w wypuszczeniu męża kobiety miały być „żółte papiery”. Za namową S. najpierw zameldowała się u dilera samochodowego Jana F., by potem rozpocząć leczenie psychiatryczne w Lublińcu. Ostatecznie mężczyzna opuścił areszt za 100 tys. zł poręcznia, ale Dorota Ch. twierdzi, że nie z pieniędzy, które dała właścicielowi Pateksu.

Co ciekawe w sprawie innego częstochowskiego prokuratora, Robert S. z oskarżającego o korupcję sam stał się oskarżonym. W kwietniu 2009 r. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach uznała, że fałszywie oskarżył prokuratora. Grozi za to do 3 lat więzienia, proces w Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód dobiega końca.

gazeta.pl

Prokurator ustawiał śledztwa? 40 tys. zł za korzystny wyrok

PRZEGLĄD PRASY. Prokurator z Łomży miał przyjmować łapówki od gangsterów i na ich zlecenie „ustawiać” śledztwa – pisze „Rzeczpospolita”. Gazeta powołuje się na zeznania skruszonego gangstera Mariusza S., pseudonim „Maniek”. Twierdzi on, że prokurator Jacek Cholewicki z Łomży przez wiele lat chronił działalność gangu, do którego należał. Prokurator miał nie tylko umarzać za łapówki śledztwa przeciwko gangsterom, ale też przekazywać informacje o toczących się postępowaniach i umawiać przestępców z lokalnymi samorządowcami. Mariusz S. zeznał między innymi, że zapłacił prokuratorowi 15 tysięcy złotych za umorzenie śledztwa w sprawie wypadku samochodowego, w którym zginął człowiek.

Prokurator miał też doprowadzić do wycofania apelacji, złożonej przez łomżyńską prokuraturę w sprawie innego gangstera, Roberta Sz. Za korzystny wyrok Sz. miał zapłacić sędziemu 35 lub 40 tysięcy złotych. Według „Rzeczpospolitej”, w 2007 roku Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku wszczęła śledztwo w sprawie przyjmowania łapówek przez prokuratora . Zostało ono jednak umorzone, gdyż sąd dyscyplinarny dla prokuratorów dwukrotnie odmówił uchylenia jego immunitetu. Prokurator nadal pracuje w łomżyńskiej Prokuraturze Okręgowej. Dziennikarzom nie udało się z nim skontaktować.

Źródło: „Rz”