Sąd w USA: „Jogurty nie podnoszą odporności”. Dannon ma zapłacić 21 mln dol. kary

Firma Dannon zgodziła się wypłacić 21 mln dol. tytułem odszkodowania za wprowadzające konsumentów w błąd reklamy jej produktów – jogurtu Activia i napoju DanActive. Odszkodowanie jest elementem ugody pozasądowej zawartej z władzami stanowymi i federalnymi.
Firma jest częścią francuskiego koncernu spożywczego Danone. Produkuje głównie produkty mleczne. W USA działa pod nazwą Dannon.

W swoich reklamach firma głosiła, że bakterie zawarte w jogurtach Activia wspomagają regularne funkcjonowanie przewodu pokarmowego, a napój DanActive podnosi odporność organizmu. Informacje te były także zamieszczane na opakowaniach produktów.

Według amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu (FTC) nie ma wystarczających danych naukowych na poparcie takich tekstów promocyjnych. Komisja podała, że zawarła ugodę z firmą Dannon. Podkreśliła też, że Dannonowi nie wolno było posługiwać się w celach promocyjnych informacjami, które nie zostały potwierdzone przez Amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA).

„Konsumenci chcą prawdy”

Prokuratorzy generalni z 39 stanów ogłosili w środę, że Dannon wypłaci 21 mln dol. odszkodowania w ramach ugody pozasądowej. Postępowanie 39 stanów przeciw Dannonowi, któremu przewodzili prokuratorzy z Oregonu (zachód) i Tennessee (środkowy wschód), doprowadziło do największej w historii ugody między producentem żywności a oskarżycielami reprezentującymi wiele stanów.

– Konsumenci chcą i mają prawdo do prawdziwej informacji w sprawach dotyczących zdrowia – powiedział szef FTC Jon Leibowitz w oficjalnym oświadczeniu. – Firmy takie jak Dannon nie powinny przesadzać, gdy chodzi o naukowe dane użyte dla promocji produktu – dodał Leibowitz.

Śledztwo ws. pedofilii: Watykan odmówił współpracy

Watykan odmówił współpracy w śledztwie irlandzkim dotyczącym molestowania seksualnego dzieci przez księży w Dublinie – wynika z informacji ujawnionej przez portal Wikileaks. Według Stolicy Apostolskiej wnioski składane w tej sprawie nie były zgodne z procedurami – pisze brytyjski „Guardian”.
Według depeszy wysłanej z ambasady USA w Rzymie, wnioski o udzielanie informacji, skierowane do Stolicy Apostolskiej, „uraziły wielu ludzi w Watykanie, gdyż uważali je oni za zniewagę wobec suwerenności” kościelnego państwa. Irlandzka komisja sędzi Yvonne Murphy, która bada przypadki pedofilii w irlandzkim Kościele, zwróciła się bowiem do przedstawicieli Watykanu bezpośrednio, z pominięciem drogi dyplomatycznej – pisze dziennik „Guardian”.

Komisja powinna respektować procedury Watykanu?

W Watykanie wywołało to wściekłość. Irlandzki rząd usłyszał, że nie pilnuje, by komisja śledcza respektowała watykańskie procedury ubiegania się o informacje. Irlandzki ambasador w Watykanie Noel Fahey określił okres gniewu Stolicy Apostolskiej jako „najtrudniejszy kryzys, z jakim miał do czynienia” – wynika z depeszy opublikowanej przez Wikileaks. Sam Watykan odrzuca amerykańskie interpretacje.

– Ujawniane przez portal Wikileaks depesze amerykańskiej dyplomacji na temat Watykanu nie przedstawiają stanowiska Stolicy Apostolskiej – oświadczył w sobotę jej rzecznik ksiądz Federico Lombardi.

Skandal pedofilski w irlandzkim Kościele katolickim

Raportu komisji Yvonne Murphy na temat pedofilii w irlandzkim Kościele został opublikowany w listopadzie 2009 r. W atmosferze ogromnego skandalu z funkcji ustąpiło m.in. czterech irlandzkich biskupów. Piąty został odwołany przez papieża Benedykta XVI. 20 marca 2010 papież napisał w liście do irlandzkich katolików, że dzieli z nimi „przerażenie i poczucie zdrady” z powodu „grzesznych i przestępczych czynów”, jakich dopuścili się irlandzcy księża.

PAP

Policjant odpuścił kierowcy. Niska szkodliwość policyjnego czynu?

Argumentacja sądu jest dla nas kompletnie niezrozumiała – podkreśla prokuratura i odwołuje się od wyroku, bo zgodnie z nim policjanci, którzy podejrzanie łagodnie potraktowali kierowcę zatrzymanego do kontroli, nie poniosą żadnej kary. A sąd swoją decyzję uzasadnia: naszą Polską „głęboko zakorzenioną skłonnością do poszukiwania znajomości w celu załatwienia różnych spraw”.
Wszystko zaczęło się od podsłuchów, jakie jednemu z buskich policjantów założyło Biuro Spraw Wewnętrznych. Podejrzewano go o handel narkotykami. I na podejrzeniach się skończyło, bo żadnych dowodów nie znaleziono. Jednak BSW zainteresowało się kilkoma nagranymi rozmowami policjanta.

Chodzi m.in. o wydarzenia z 10 lipca 2009 roku. Policjanci w Busku zatrzymali do kontroli opla omegę, bo zignorował znak drogowy nakazujący jazdę w prawo. Podczas kontroli okazało się też, że ma nieważne badania techniczne.

Ale, jak czytamy w prokuratorskich zarzutach, policjanci nie zatrzymali kierowcy dowodu rejestracyjnego pojazdu, co powinni zrobić, nie dali mu mandatu w wysokości 250 złotych i pięciu punktów karnych. Ukarali go jedynie za niezapięte pasy. Zapłacił 100 złotych.

Dlaczego? Bo w międzyczasie pasażerka auta zaczęła szukać pomocy u rodziny, ktoś skontaktował się ze znajomym policjantem, a ten zadzwonił do podsłuchiwanego kolegi kontrolującego właśnie opla. I tak policjant dorobił się zarzutu i oskarżenia o nakłanianie swoich kolegów, by nie karali kierowcy opla, czyli do niedopełnienia obowiązków.

12 listopada sąd w Busku-Zdroju wydał wyrok, który wywołał spore poruszenie w prokuraturze.

Sąd przyjął co prawda, że policjanci nie dopełnili obowiązków, nie zatrzymując kierowcy dowodu rejestracyjnego, oraz że działali na szkodę interesu publicznego, ale umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu.

W uzasadnieniu sąd napisał m.in., że „w polskim społeczeństwie jest głęboko zakorzeniona skłonność do poszukiwania znajomości w celu załatwienia różnych spraw, a przy wykroczeniach drogowych powszechnym jest nakłanianie policjantów do wymierzenia mniejszej kary bądź odstąpienia od karania”. Zdaniem sądu jest to naganne, ale akceptowalne na tyle, że nawet prokurator nie oskarżył w tej sprawie kierowcy, który prosił policjantów, by nie zabierali mu dowodu rejestracyjnego.

W uzasadnieniu można też przeczytać, że sprawa co prawda dotyczy policjantów, którzy „muszą szczególnie czuwać nad przestrzeganiem prawa, ale z drugiej strony takie rozumowanie jest niesprawiedliwe, bo stawia jakby przed nawias tę grupę społeczną”.

– Nie rozumiemy takiej argumentacji sądu i nie zgadzamy się z tym, że czyn policjantów ma znikomy stopień społecznej szkodliwości. Wręcz przeciwnie. Nie można mówić o tym, że złamanie prawa przez policjanta jest mało społecznie szkodliwe, bo przecież to są stróże prawa i to oni mają czuwać, by nikt tego prawa nie łamał – podkreśla prokurator Sławomir Mielniczuk, rzecznik kieleckiej prokuratury. Dlatego prokuratura już przygotowuje apelację od wyroku buskiego sądu.

Zupełnie inne spojrzenie na sprawę ma mec. Sławomir Gierada, obrońca jednego z policjantów kontrolujących opla, a wcześniej podsłuchiwanego przez BSW.

– W tak bzdurnej sprawie jeszcze nie uczestniczyłem. Owszem, policjanci nie zabrali kierowcy dowodu rejestracyjnego, bo zapewnił, że natychmiast zrobi przegląd techniczny, pojechał do stacji diagnostycznej, która była 100 metrów dalej, i zrobił go. I jaka to jest szkodliwość społeczna, skoro ten kierowca dostał przecież mandat? – podkreśla Gierada.

O telefonie od policjanta mówi tak: – Zadzwonił, gdy już były wykonywane czynności z kierowcą, pytał, o co chodzi, nie naciskał, mój klient przekazał mu informacje, że kontrola się zakończyła.

Podnosi również, że podsłuch, który jest dowodem w tej sprawie, został przez BSW wykorzystany nielegalnie. – Bo przecież podsłuch był stosowany w innej sprawie, w związku z narkotykami a nie kontrolami drogowymi. Aby go wykorzystać, policjanci z BSW musieliby mieć zgodę sądu, której nie mieli – podkreśla adwokat.

Z zagadnieniami społecznej szkodliwości czynu buskich policjantów i dowodów z podsłuchów zmierzy się po apelacji prokuratury Sąd Okręgowy w Kielcach.

gazeta.pl

Herszt mafii w bazylice

– Dlaczego herszt rzymskich morderców Enrico De Pedis spoczywa w sarkofagu w bazylice św. Apolinarego? Niech Kościół, który tyle mówi o walce z mafią, wreszcie go stamtąd usunie! – apeluje były burmistrz Rzymu Walter Veltroni.

Wokół grobowca Renatina, bo tak cały Rzym nazywał Enrica De Pedisa do jego zabójstwa w przestępczych porachunkach w 1990 r., do dziś kręcą się prokuratorzy i dziennikarze badający najgłośniejsze afery Włoch. Choć pochówek świeckiego katolika na terenie kościoła jest zasadniczo zakazany przez obecne prawo kanoniczne, to szczątki Renatina trafiły do jednej z najbardziej prestiżowych rzymskich bazylik za zgodą kard. Uga Polettiego. Był on wówczas wikariuszem Rzymu, czyli zastępcą Jana Pawła II w obowiązkach biskupa diecezji rzymskiej.

„Zostawcie Renatina w spokoju!” – takie pogróżki dostali dziennikarze telewizji RAI 3, kiedy w 1997 r. ujawnili skrywany wcześniej grób De Pedisa, który był szefem Bandy z Magliany powiązanej z sycylijską Cosa Nostra, neapolitańską camorrą oraz bojówkami skrajnej prawicy. Banda della Magliana kontrolowała półświatek Rzymu od końca lat 70. do początku lat 90., a zdaniem wielu dziennikarzy śledczych jej macki sięgały też ważnych polityków i hierarchów.

Kardynał Poletti? – Bardzo ufał mojemu Renatinowi. Byli w zażyłej przyjaźni. Uwielbiali długie, serdeczne pogawędki – wspomina wieloletnia kochanka herszta Sabrina Minardi w wywiadzie rzece „Segreto Criminale”.

Kto nie daje wiary jej wyznaniom, staje – jak podkreśla publicysta „L’Espresso” Gianluca Di Feo – przed trudną do rozwikłania kwestią, z jakich innych powodów nieżyjący już kard. Poletti mógłby uhonorować Renatina pochówkiem w bazylice, zwłaszcza że już w 1990 r. wysłanników Bandy z Magliany oskarżano o zgładzenie dziennikarza Carmine Picorelliego, handel narkotykami i kontrolę nad rzymskimi burdelami.

Kościół żyje do dziś nierzadko w symbiozie z mafią, zwłaszcza na włoskim Południu, ale coraz więcej biskupów próbuje zburzyć tę koegzystencję proboszczów i mafiosów. Przeciw mafii ostro występowali i Jan Paweł II, i Benedykt XVI.

– Batalia prowadzona przez Kościół i Benedykta XVI mogłaby zyskać, gdyby wzbogaciła się o konkretne i jednocześnie symboliczne gesty. Usuńcie grób De Pedisa z bazyliki! – apeluje były przywódca centrolewicy Walter Veltroni. Watykan odpowiada, że zrobi to, kiedy o ekshumację poproszą władze świeckie.

Kochanka Renatina wspomina, jak zanosiła do abp. Paula Marcinkusa (ówczesnego szefa banku Watykanu) torby z pieniędzmi mafii i Bandy z Magliany, które lokowano na tajnym koncie De Pedisa w Watykanie. – Głupia byłam. Nie uszczknęłam nic z tych milionów. Zatrzymywałam tylko opróżnione torby firmy Luis Vuitton – wspomina Sabrina Minardi.

Jednak pełna tajność banku Watykanu w latach 80. umożliwiała nie tylko gigantyczne finansowe przekręty z udziałem mafii, skorumpowanych polityków oraz hierarchów, lecz także – co włoskie media zgodnie powtarzają od lat – pozwalała na poufną pomoc finansową m.in. na rzecz antykomunistycznych contras w Nikaragui czy też polskiej opozycji. O ile pieniądze dla contras miały pochodzić głównie z USA, to opór wobec komunistycznych reżimów w Europie miał być wspomagany przez papieski Fundusz Charytatywny.

Ludzie Bandy z Magliany są wśród podejrzanych o zamordowanie Roberta Calviego w 1982 r. Miał on grozić zdemaskowaniem operacji banku watykańskiego i współpracującego z nim Banco Ambrosiano, w którym Watykan był większościowym udziałowcem w latach 70. Wprawdzie sąd uniewinnił w tym roku byłego członka Bandy Ernesta Diotalleviego (proces rozpoczął się dopiero w 2007 r., wcześniej obowiązywała teza o samobójstwie Calviego), ale prokuratura zapowiada kolejny proces.

O ile sprawa Calviego jest wiązana z mafijnymi operacjami z udziałem banku abp. Marcinkusa, to porwanie 15-letniej obywatelki Watykanu Emanueli Orlandi w 1983 r. mogło być związane bądź z mafią, bądź z „przelewami politycznymi”. Śledczy sprawdzają od 2005 r. zeznania byłych członków Bandy z Magliany, że to właśnie wysłannicy De Pedisa uprowadzili Orlandi.

Dlaczego? Jedna z wersji mówi, że chodziło o zastraszenie tych urzędników Watykanu, którzy chcą zrobić porządek z tajnymi kontami mafii i polityków. Natomiast dziennikarz śledczy Pino Nicotri twierdzi, że to służby wschodnioeuropejskie chciały zastraszyć Watykan, by przerwał pomoc dla antykomunistycznej opozycji. W każdej z wersji Banda mogła być źródłem morderców do wynajęcia.

Orlandi nigdy się nie odnalazła, a prokuratura niedawno zaczęła traktować na serio doniesienia, że jej szczątki mogą być ukryte przez Bandę w sarkofagu, gdzie potem złożono De Pedisa.

Renatino staje się teraz we Włoszech pośmiertnym celebrytą – jego losy zostały pokazane w fabularyzowanym filmie „Dandi”, a zespół AmorFou nagrał o nim piosenkę. Śpiewano ją we wrześniu na niewielkim koncercie niedaleko bazyliki św. Apolinarego.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Busko-Zdrój: 8 policjantów drogówki zatrzymanych za korupcję.

Ośmiu policjantów drogówki z komendy powiatowej policji w Busku-Zdroju zatrzymano we wtorek po południu pod zarzutem korupcji – dowiedziała się „Gazeta Wyborcza Kielce”. To niemal cały wydział ruchu drogowego w tamtejszej komendzie.

Policjantów zatrzymało Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji na polecenie Prokuratury Okręgowej w Kielcach. Według naszych nieoficjalnych informacji zatrzymani brali łapówki od kierowców w zamian za odstąpienie od karania osób, które popełniały wykroczenia drogowe.

Przed chwilą informacje „Gazety Wyborczej Kielce” potwierdziło biuro prasowe świętokrzyskiej policji. „Jest to realizacja sprawy prowadzonej od kilku miesięcy. Sprawa ta nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie zaangażowanie Komendanta Powiatowego Policji w Busku-Zdroju, który jako pierwszy zauważył symptomy mogące świadczyć o nieprawidłowościach w komendzie. Zgodnie z procedurami poinformował o swoich spostrzeżeniach i wątpliwościach Komendanta Wojewódzkiego Policji, a ten powiadomił Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. Kolejne ustalenia, już w ścisłej współpracy z kierownictwem tej jednostki pozwoliły na zebranie materiału dowodowego obciążającego zatrzymanych” – czytamy w komunikacie.

Ośmiu zatrzymanych to większość policjantów drogówki w tej komendzie. „W miejsce zatrzymanych funkcjonariuszy na teren tego powiatu skierowano policjantów grupy wsparcia Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach, którzy realizując przydzielone zadania będą teraz strzegli bezpieczeństwa na drogach powiatu buskiego” – napisało biuro prasowe świętokrzyskiej policji.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce

Pinior: Rząd utrudniał wyjaśnienie sprawy więźniów CIA

– W interesie polskiej demokracji jest odtajnienie prokuratorskiego śledztwa w sprawie polskiego więzienia CIA – uważa Józef Pinior, który badał tę sprawę jako poseł do PE

Jacek Harłukowicz: W dokumencie, na który powołuje się Associated Press, CIA oficjalnie przyznaje, że w Polsce istniało tajne więzienie. Pana jako członka specjalnej komisji Parlamentu Europejskiego badającej tę sprawę chyba to specjalnie nie dziwi?

Józef Pinior: Nie jestem tym zaskoczony. Te informacje kolejny raz dowodzą nie tylko tego, że w Polsce istniał tego typu ośrodek, ale że w stosunku do osób w nim przetrzymywanych stosowano metody śledcze w sposób jednoznaczny traktowane jako tortury. To niedopuszczalne.

Co, jeśli te informacje miałyby się potwierdzić?

– Mielibyśmy do czynienia z oczywistym przestępstwem wojennym. Polski kodeks karny w art. 123 par. 2 mówi wyraźnie, że kto narusza prawo międzynarodowe, powodując u jeńców wojennych obrażenia, lub poddaje ich torturom, podlega karze od 5 do 25 lat pozbawienia wolności. Nie ma tu nic do rzeczy, czy dokonywał tego wywiad polski, czy amerykański.

Pracując w komisji w latach 2006-2007, nie zdawaliście sobie sprawy, że w tajnych więzieniach mogą być stosowane tortury?

– Od początku było wiadomo, że te placówki powstały tylko dlatego, że amerykańskie służby nie mogły stosować u siebie takich metod. Różnica np. między więzieniem w Guantanamo a tzw. black sites jest taka, że Guantanamo nie obejmuje wprawdzie jurysdykcja amerykańskich sądów cywilnych, ale kontroluje je sąd wojskowy. Mimo że budzi ono dyskusje w świecie, bo przetrzymywane tam osoby nie mają statusu więźniów wojennych i nie obejmuje ich konwencja genewska, to mają zapewniony monitoring sądownictwa. Wojskowego, ale zawsze sądownictwa. Istota tajnych ośrodków CIA polegała na tym, że nie podlegały one żadnej kontroli. Do ich lokalizacji wybierano więc kraje niepraworządne, takie jak Afganistan czy Maroko. Szokujące jest, że do tej kategorii zakwalifikowano też Polskę, w której stosowania tortur zakazuje nie tylko konstytucja, lecz także podpisane traktaty międzynarodowe.

Czy zetknęliście się wówczas z nazwiskiem Abd Al-Rahima Al-Naszriego?

– Tak, jego nazwisko znajdowało się na posiadanej przez nas liście kilkunastu osób, co do których istniały podejrzenia, że mogły być przetrzymywane w tajnych więzieniach CIA w Polsce. Nie mieliśmy dokładnych informacji, jak wyglądały śledztwa, ale wśród członków komisji panowało niemal powszechne przekonanie, że były tortury. Media amerykańskie donosiły wówczas, że polskie służby specjalne wręcz paliły się do stosowania tortur.

W czasie badania sprawy komisja w listopadzie 2006 r. odwiedziła Polskę.

– To była prawdziwa katastrofa. Rząd na spotkanie z nami wydelegował podsekretarza stanu Marka Pasionka, który już na samym początku poinformował, że nie jest członkiem rządu, a potem – i była to jedyna jego odpowiedź na nasze pytania – odczytał nam fragment konstytucji mówiący o tym, że w Polsce zabronione jest stosowanie tortur. To miał być dowód, że ośrodki w Polsce istnieć nie mogły.

W innych krajach europejskich spotykali się z nami nie tylko członkowie rządów, lecz także przedstawiciele parlamentów. W Polsce przewodniczący komisji ds. służb specjalnych Marek Biernacki nawet nie odpowiedział na nasze zaproszenie. Ta obstrukcja ze strony rządu i polskiego parlamentu była dla moich kolegów z Parlamentu Europejskiego szokiem.

Na lotnisko w Szymanach również nie zostaliście wpuszczeni.

– Bardzo chcieliśmy odwiedzić Szymany, bo to przecież kluczowe miejsce dla sprawy, ale zrobiono wszystko, by nam to uniemożliwić. Odczuwaliśmy, że wręcz bano się naszej obecności. Odmówiono nam np. rejestru lotów samolotów cywilnych, które tam lądowały. Najpierw zasłaniano się najwyższą tajemnicą państwową, potem tłumaczono, że te dokumenty zostały zniszczone. Wszystko to wzbudzało w nas pewność, że polski rząd próbuje przed nami coś ukrywać. A dokumenty na temat lotów dostaliśmy od Eurolotu.

Były premier Leszek Miller i były prezydent Aleksander Kwaśniewski uparcie twierdzą, że więzień nie było. Komentarza odmawia obecny premier Donald Tusk, który dwa lata temu zapowiadał, że zwolni z tajemnicy państwowej wszystkich, którzy mogą coś na ten temat wiedzieć.

– Na obronę Tuska należy jednak podkreślić, że to z jego inicjatywy ruszyło prokuratorskie śledztwo w tej sprawie.

Trwa ono dwa lata i jest objęte całkowitą tajemnicą.

– W interesie polskiej demokracji jest jego odtajnienie, zaprezentowanie opinii publicznej, jaką prokuratura ma wiedzę w tej sprawie. To ważne, by Polacy mogli sobie wyrobić zdanie na temat działalności państwa, a polski system polityczny mógł naprawić ewentualne miejsca, które osłabiają funkcjonowanie demokracji. To może być katharsis polskich służb specjalnych.

*Józef Pinior – były poseł Parlamentu Europejskiego, w poprzedniej kadencji wiceprzewodniczący podkomisji ds. praw człowieka i członek komisji tymczasowej ds. zbadania sprawy wykorzystywania krajów europejskich przez CIA do transportu i nielegalnego przetrzymywania więźniów. W PRL działacz opozycji demokratycznej, wielokrotnie więziony

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

Białystok: Sprawiedliwość i syn sędziego

Syn sędziego i jednocześnie asystent sędziego w białostockim sądzie okręgowym po pijanemu staranował samochodem uliczną latarnię. Sąd jednak warunkowo umorzył jego sprawę. Prawomocnie. Był początek grudnia ub.r. O godz. 3.30 policja dostała sygnał o kierowcy daewoo nubiry, który przy ul. Mazowieckiej w Białymstoku ściął słup oświetleniowy. Sprawa jak wiele innych, no może poza tym, że szofer wydmuchał w alkomat 1,3 promila alkoholu. Kierowcą okazał się Krzysztof T., który od 2008 roku pracował w białostockim sądzie okręgowym jako asystent sędziego. I jednocześnie syn sędziego, który pracował w tym samym sądzie.

Dla mundurowych to rutynowa sytuacja. Wszczynają dwa postępowania. Jedno o spowodowanie kolizji, drugie za kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości. W tej sytuacji prokuratura wysyła do sądu akt oskarżenia. Co prawda jeszcze na etapie śledztwa Krzysztof T. składał wnioski o warunkowe umorzenie całej sprawy, ale prokuratura konsekwentnie się na to nie godziła.

Co to jest warunkowe umorzenie? To taka furtka w przepisach. Niby formalnie sąd stwierdza, że człowiek popełnił przestępstwo, karze go, ale jednocześnie w myśl prawa taka osoba pozostaje niekarana. Jest to bardzo ważne np. przy zatrudnieniu we wszelkich urzędach, policji czy sądach. Osoby z wyrokami w tych miejscach są dyskwalifikowane już na samym początku.

Tajny sąd

W marcu białostocki sąd rejonowy na zamkniętym posiedzeniu, wbrew stanowisku prokuratury, zgodził się na warunkowe umorzenie sprawy Krzysztofa T. Zastosował wobec niego środek karny – bo to nawet nie jest wyrok – dwuletni okres próby, podczas którego mężczyzna nie może powtórzyć swojego zachowania, dwa lata bez prawa jazdy i nakaz zapłacenia 5 tys. zł na cel społeczny.

Prokuratura Rejonowa Białystok Południe, która prowadziła śledztwo dotyczące kierowcy od razu się odwołała od tego rozstrzygnięcia. Jej apelacja trafiła do białostockiego sądu okręgowego, w którym pracuje ojciec Krzysztofa T. Tu jednak sędziowie jak jeden wyłączyli się z rozpoznawania tej sprawy. Przekazano ją do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Sąd wczoraj zajął się apelacją śledczych.

Odrzucił ją w całości i utrzymał werdykt białostockiego sądu.

– Sąd odwoławczy, utrzymując zaskarżony wyrok w mocy, kierował się m.in. tym, że czyn, jakiego dopuścił się oskarżony miał charakter incydentalny w jego życiu, poza tym wobec oskarżonego orzeczono środek karny i świadczenie pieniężne w dość dużym rozmiarze – poinformował „Gazetę” Piotr Zbierzchowski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Ten wyrok jest prawomocny i nie można się od niego już odwołać.

Włos nie spadł

Krzysztof T. od momentu zatrzymania do wczoraj był zawieszony w swojej pracy w sądzie. Zawieszenie polegało to na tym, iż nie wykonywał żadnych obowiązków zawodowych, choć dostawał pensję. Przez pierwsze trzy miesiące było to 100 proc. wynagrodzenia, po tym okresie 50 proc. uposażenia (pensja asystenta sędziego regulowana jest rozporządzeniem ministra sprawiedliwości i wynosi 2900-3230).

Dziś asystent sędziego będzie mógł wrócić do pracy jak gdyby nigdy nic (pod warunkiem, że z sądu w Olsztynie zostaną przesłane stosowne dokumenty). Co więcej, gdyby tylko chciał, Krzysztof T. może zostać nawet sędzią. Wystarczy, że nazbiera odpowiednio dużo stażu na dotychczasowym stanowisku i zaliczy niezbędne egzaminy. Wszak opinię nadal ma nieposzlakowaną.

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok

Hodowcy długów – zarabiają na polskich szpitalach

Na chorej służbie zdrowia można świetnie zarobić. Dawni handlarze długami szpitali dzisiaj sami pożyczają szpitalom pieniądze. Zarabiają na tym dziesiątki milionów złotych
Długi szpitali to morze pieniędzy. Ministerstwo Zdrowia szacuje je na prawie 10 mld zł. To, co spędza sen z powiek dyrektorom placówek i ministerialnym urzędnikom, dla kilku wtajemniczonych jest kurą znoszącą złote jaja. To do ich kieszeni trafiają pieniądze przeznaczone na leczenie chorych.

Kim są, skąd się wzięli i w jaki sposób uzależnili od siebie dyrektorów państwowych szpitali? Do tego wrócimy. Najpierw przyjrzymy się podupadłej służbie zdrowia.

Państwowe szpitale mają 9,85 mld zł długów – to ostatnie dane resortu zdrowia na koniec marca. Tylko w pierwszych trzech miesiącach tego roku zadłużenie wzrosło o 220 mln zł. Najszybciej zadłużają się placówki w województwach kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim. Ich długi w trzy miesiące wzrosły aż po blisko 10 proc.

Co niepokoi jeszcze bardziej, to szybko rosnące długi przeterminowane. Czyli takie, które grożą wejściem komornika na szpitalne konta. Od stycznia do marca zwiększyły się o prawie 8 proc., do 2,42 mld zł.

Dlaczego długi rosną? Mniejszy strumień pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia, który nie chce płacić za nadwykonania. Szpitale, kiedy kończą się pieniądze z kontraktów, muszą działać dalej. Muszą kupować leki, narzędzia, zużywają prąd, gaz, ciepło.

Zakłady energetyczne, gazownie, hurtownie leków czy dostawcy sprzętu – wszyscy są na szpitale skazani. Pierwsi, bo dostaw nie odetną. Naraziłoby to życie pacjentów i na taką firmę posypałyby się gromy.

Dyrektorzy to wiedzą. Opowiada szef jednego ze śląskich szpitali: – Pod koniec roku zabrakło pieniędzy na rachunki za prąd. Nękali mnie i grozili, że odetną dostawy. To im mówię: spróbujcie, a za chwilę będą tu wszystkie telewizje!

Z kolei dla hurtowników i dostawców sprzętu medycznego liczy się każdy kontrakt. Choć szpitale są biedne, chętnych nie brakuje. Państwowy prędzej czy później zapłaci. Razem z odsetkami.

Zarobić na długach

Kiedy szpital zaczyna mieć nóż na gardle, na gwałt szuka pieniędzy. Najpierw puka do banków, ale te odprawiają go z kwitkiem. Żaden nie chce dawać pieniędzy zadłużonym lecznicom. Za duże ryzyko – tłumaczą bankowcy.

Żeby dopiąć budżety, szukają gdzie indziej. Gdy pojawia się firma gotowa wyłożyć pieniądze na spłatę długów, dyrektorzy niewiele się zastanawiają. I tu wracamy do wtajemniczonych.

W całym kraju z długów służby zdrowia żyje kilkanaście firm. Liczą się jednak trzy: giełdowe spółki Magellan i M.W. Trade oraz Electus należący do Domu Maklerskiego IDM SA. Wszystkie zaczynały od handlu długami szpitali. Teraz same pożyczają im pieniądze. I świetnie na tym zarabiają.

Jak to działa? Taka pożyczka jest droższa niż kredyt bankowy. Jej cena to nawet kilkanaście procent rocznie. Prawdziwą żyłą złota jest jednak dopiero sytuacja, gdy szpital przestaje spłacać raty w terminie. Wówczas zadłużenie zaczyna rosnąć lawinowo. Dochodzą karne odsetki i opłaty za tzw. doradztwo (firmy przekonują, że nie tyle pożyczają szpitalom pieniądze na spłatę długów, ile pomagają im wyjść z tarapatów – a to kosztuje) -. W sumie mogą sięgnąć kilkunastu milionów złotych.

Tak było w przypadku szpitala w Pabianicach, którego pożyczka od firmy Electus doprowadziła na skraj bankructwa. Z pożyczonych 15 mln zł na spłatę długów zrobiło się dwa razy więcej. Szpital musiał m.in. co miesiąc dopłacać firmie 134 tys. za obsługę umowy. Electus tłumaczył, że dyrektor szpitala wiedział, co podpisuje.

W podobne tarapaty wpadło wtedy wiele szpitali. Po wejściu w życie ustawy restrukturyzacyjnej, by dostać pomoc od państwa, musiały pospłacać swoje przeterminowane długi. Pieniądze wykładały firmy windykacyjne, a spłatę rozkładały na raty. Oprocentowanie – nawet 20 proc. w skali roku. Lecznice zamieniały więc jeden dług na kolejny, tyle że znacznie większy. Wpadając z deszczu pod rynnę.

Hodowla długów

A wystarczyło, żeby politycy odrobili lekcję z niedalekiej przeszłości. Bo to, co się dzieje, przypomina sytuację z połowy lat 90. Wtedy „hodowla” państwowych długów przez prywatne firmy doprowadziła skarb państwa do olbrzymich strat.

Działało to tak: dyrektorzy szpitali (ale też szkół czy dowódcy jednostek wojskowych) kupowali drogi sprzęt, ale za niego nie płacili. Wystawiali tylko fakturę. Dostawca szybko odzyskiwał pieniądze, sprzedając dług innej firmie. Ta kolejnej, zarabiając na szybko rosnących karnych odsetkach. I tak dalej. Ostatni w łańcuszku – zgodnie z ustawą podatkową – regulował długami skarbu państwa swoje podatki.

Dopiero po dwóch latach wprowadzono przepisy ograniczające możliwość potrącenia podatków długami skarbu państwa. Do tej pory nie wiadomo, ile straciło państwo na „hodowli długów”. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że tylko w latach 1995-96 potrącono długami służby zdrowia ponad miliard złotych podatków.

Wypływa Magellan

Wtedy hodowlą zajmowały się płotki. Rekiny pojawiły się wraz z reformą służby zdrowia wprowadzoną przez rząd Jerzego Buzka w styczniu 1999 r. Choć początkowo grozy nie wzbudzały.

Wspomniany już Magellan, dzisiaj notowany na warszawskiej giełdzie, powstał w 1998 r. tuż po wygranych przez AWS wyborach. Kapitał – cztery tysiące złotych. Jedyna właścicielka – łodzianka Mariola Błaszkowska, modelka i prezenterka TV4.

Jej mąż Jacek, znany w Łodzi adwokat i działacz nieistniejącego już Ruchu Społecznego AWS, przyjaźnił się z Jackiem Dębskim, który właśnie został szefem Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki. – Powiedział Błaszkowskiemu, że przyda się firma, która będzie organizować zlecone przez niego imprezy, spotkania, szkolenia – opowiadał w „Gazecie” pierwszy prezes Magellana Tomasz Włazik, również działacz AWS.

Dębski szybko o koledze zapomniał i spółka nie robiła nic. Ożywiła się dopiero po roku, ale już zupełnie w innej branży. Przejęła spory jak na tamte czasy dług (ponad 50 tys. zł) likwidowanej hurtowni farmaceutycznej Disfapol wobec innej hurtowni leków – Aflopy. W zamian dostała 10 tys. zł gotówką i długi innych firm. I tak ruszyło. 1999 r. był ostatnim chudym rokiem Magellana.

Nie udałoby się bez polityki. Patronem Błaszkowskiego był obecny minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, wówczas sekretarz premiera Jerzego Buzka. Poznali się za rządów koalicji SLD-PSL. Kwiatkowski z bratem organizowali w Łodzi happeningi rozbijane przez policjantów. Potem w świetle kamer wygrywali wytaczane policji procesy. W sądach i na konferencjach prasowych brylował adwokat Błaszkowski.

Za rządów AWS młody mecenas był m.in. szefem rady nadzorczej Łódzkiego Zakładu Energetycznego (a potem jego prezesem) i członkiem rady państwowej Polfy Lublin, która sprzedawała swoje produkty przez największe sieci hurtowni.

Zysk na chorym zdrowiu

To stało się kluczem do sejfu szpitalnych długów. Kolejny rok Magellan zamknął już z prawie 17 mln zł przychodów, zarabiając 900 tys. zł. Działał już na terenie całego kraju, współpracując z kilkudziesięcioma hurtowniami farmaceutycznymi i sprzętu medycznego.

Błaszkowski, pytany wtedy przez „Gazetę”, czy nie głupio mu zarabiać na ułomnościach zreformowanej przez jego partię służby zdrowia, bagatelizował sprawę. – Jestem w AWS osobą mało znaczącą i nie miałem wpływu na reformę zdrowia – tłumaczył. I zapewniał, że nikt z nim nic nie konsultował.

Dzisiaj Magellan, notowany na warszawskiej giełdzie, wart jest prawie 240 mln zł. Większościowym akcjonariuszem jest Polish Enterprise Fund IV zarządzany przez Enterprise Investor. Spółka działa już nie tylko w Polsce, ale także w Czechach i na Słowacji. Na liście jego dłużników jest ponad 300 placówek. Na koniec czerwca były mu winne 355 mln zł.

Jak na drożdżach rosną zyski spółki. W ubiegłym roku zarobiła na czysto 18,3 mln zł, o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Spółka szacuje, że po pierwszym półroczu miała już 10,7 mln zł czystego zysku.

Electus, który zaczynał od zera dwa lata po Magellanie, teraz również jest notowany na warszawskiej giełdzie. W ubiegłym roku zarobił ponad 21 mln zł.

Najmniejszy z tej trójki jest M.W. Trade, który zarobił w ubiegłym roku 3 mln zł, ponad dwukrotnie więcej niż przed rokiem. Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej. Już w pierwszym kwartale zysk firmy przekroczył 1,1 mln zł. To dwa razy więcej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Na koniec ubiegłego roku szpitale były winne M.W. Trade 55 mln zł.

Cały rok 2010 zapowiada się dla nich rekordowo. Szpitale podpisały niższe kontrakty niż w zeszłym roku. Szanse na ich podwyższenie są niewielkie. Dyrektorzy placówek muszą szukać pieniędzy na własną rękę.

Szpitalom niewiele pomoże to, że od stycznia komornik może zająć miesięcznie jedynie do 25 proc. miesięcznych wpływów szpitala z NFZ. Mało która firma oddaje dzisiaj w ogóle sprawę do sądu. Wolą dogadać się z dyrekcją. Dług rozłożą na dłużej, za to z wyższymi odsetkami.

Szpitalom pozostaje czekać na kolejną ustawę oddłużeniową. Na której po raz kolejny najlepiej zarobią hodowcy długów. Nikt przecież lepiej od nich nie zna się na polskiej służbie zdrowia.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.biz – http://wyborcza.biz/biznes/0,0.html © Agora SA

Zabrze: Okradli sklep. Ubezpieczyciel wypłacił tylko za szybę

– Płaciłam składki i zostałam nabita w butelkę – skarży się Bożena Gałążewska, która prowadzi sklep spożywczy w Zabrzu. Złodzieje wynieśli towar za 14 tys. zł, ale z ubezpieczenia wypłacono jej tylko 57 zł za wybitą szybę.

Sklep mieści się w jednym z bloków na zabrzańskim osiedlu Kopernika przy ul. Keplera. Łupem złodziei padł w noc sylwestrową. W pierwszym dniu roku, gdy pani Bożena przyszła go otworzyć, zastała sforsowane najprawdopodobniej łomem drzwi. Półki były splądrowane. Brakowało papierosów, alkoholu i słodyczy – razem za 14 tys. zł.

Właścicielka od takich zdarzeń była ubezpieczona. Dlatego liczyła, że PZU pokryje choć część strat. Była zdruzgotana, kiedy okazało się, że dostanie pieniądze tylko za zbitą szybę – 57 zł. Jakie było wyjaśnienie ubezpieczyciela? – Dowiedziałam się, że drzwi były nieprawidłowo zabezpieczone. Ale to bzdura. W umowie zapisano, że skoro w drzwiach nie da się zamontować drugiego zamka, mam wstawić kratę zamykaną od wewnątrz sklepu na dwie kłódki. Kiedy doszło do kradzieży, okazało się, że to za mało. Do teraz nie wiem, jaki jest oficjalny powód odmowy wypłacenia ubezpieczenia. Usłyszałam jedynie słowną sugestię, że krata powinna być od zewnątrz. Ale przez cztery lata, kiedy agent przyjeżdżał odnawiać umowę, twierdził, że wszystko jest zgodnie z wymogami. Po prostu mnie oszukał – denerwuje się właścicielka sklepu.

Roczna składka, którą pani Bożena wpłacała do PZU za ubezpieczenie sklepu, wynosiła ponad 1,5 tys. zł. W maju po ulewnych opadach zaczął przeciekać dach i woda zalała ściany. – Kolejny raz zwróciłam się do PZU. Likwidator wycenił szkody na 750 zł i znów dowiedziałam się, że nie dostanę pieniędzy, bo wartość szkody jest zbyt niska. Po prostu ręce opadają. Człowiek płaci im pieniądze i nic z tego nie ma. Nie stać mnie na prawnika, żeby dochodzić swoich praw – skarży się kobieta.

Sprawę próbujemy wyjaśnić w zabrzańskim inspektoracie firmy. – Na ten temat rozmawiamy jedynie z klientem albo jego pełnomocnikiem – ucina rozmowę jedna z pracownic.

W warszawskiej centrali dowiadujemy się, że słowa agenta, z którym podpisujemy umowę, są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest to, co na papierze. – Po państwa sygnale przyjrzymy się całej sprawie jeszcze raz – obiecuje Michał Witkowski, rzecznik prasowy PZU.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice

Kierowca z CB-radiem bez mandatu

Przepisy nie zabraniają korzystania z radia pozwalającego na rozmowy z innymi kierowcami. Odpowiedź Komendy Głównej Policji przecina dyskusję trwającą od miesięcy pomiędzy użytkownikami CB. A grono jest spore, bo na dziesięć pojazdów siedem – osiem porusza się z takim radiem. Chodzi o to, że niektórzy z posiadaczy CB dostali od policji mandat za korzystanie z radia. Czy słusznie?

I tak, i nie. Zgodnie z art. 45 ust. 2 pkt 1 kodeksu drogowego kierującemu pojazdem zabrania się korzystania podczas jazdy z telefonu wymagającego trzymania słuchawki lub mikrofonu w ręku. Biuro Prawne KGP uważa, że przepis ten odnosi się wyłącznie do telefonów komórkowych i nie można go rozszerzać na inne urządzenia nadawczo-odbiorcze typu CB-radio.

– Dokonując wykładni językowej, radia CB nie można uznać za telefon, gdyż telefon służy do przywoływania określonego abonenta – twierdzi podkomisarz Małgorzata Gołaszewska z KGP. W związku z tym można wskazać, że obowiązujące przepisy nie zabraniają korzystania w czasie jazdy z urządzeń nadawczo-odbiorczych typu CB.

Policja zwraca jednak uwagę na okoliczności, w jakich kierowca posługuje się radiem. – O ile sama rozmowa przez CB-radio nie jest zabroniona, o tyle w niektórych okolicznościach kierujący, korzystając z CB-radia, swoim zachowaniem może przyczynić się do utrudnienia lub spowodowania zagrożenia bezpieczeństwa lub porządku w ruchu drogowym, za co może zostać pociągnięty do odpowiedzialności – zastrzega policja.

W myśl art. 3 ust. 1 kodeksu drogowego uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze są obowiązani zachować ostrożność albo – gdy ustawa tego wymaga – szczególną ostrożność, unikać wszelkiego działania, które mogłoby spowodować zagrożenie bezpieczeństwa lub porządku ruchu drogowego, ruch ten utrudnić albo w związku z ruchem zakłócić spokój lub porządek publiczny oraz narazić kogokolwiek na szkodę.

Dla ukaranych kierowców mamy jednak niedobrą wiadomość. Kierowcy, którzy zostali ukarani mandatem karnym za korzystanie w trakcie jazdy z CB-radia, nie mają zbiorowego prawa do ubiegania się o uchylenie mandatu, a co za tym idzie – do zwrotu uiszczonej kwoty. Każdy tego typu wypadek musi być rozpoznany indywidualnie z uwzględnieniem okoliczności i powodów uzasadniających ukaranie mandatem.
Rzeczpospolita