Policjanci z Nysy z zarzutami przekroczenia uprawnień. „To były pojedyncze zdarzenia”

Prokuratorzy z Opola prowadzą śledztwo w sprawie czterech policjantów z Nysy. – Zarzuty dotyczą przekroczenia uprawnień i innych przestępstw mających miejsce w toku wykonywania czynności służbowych – informują prokuratorzy. Na razie nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy.

Czterech funkcjonariuszy z KPP w Nysie zatrzymali we wtorek policjanci na polecenie prokuratury. Mundurowi pracowali w wydziale kryminalnym. Usłyszeli już zarzuty. – Dotyczą one takich zachowań jak: wywieranie nacisków podczas przesłuchań, zatajanie faktów, sugerowanie treści zeznań, przyjęcie obietnicy korzyści majątkowej i ujawnienie informacji z postępowanie – wylicza Lidia Sieradzka z prokuratury okręgowej w Opolu.

Policja czeka na krok prokuratury

Jak podkreśla Sieradzka „były to pojedyncze zdarzenia”. Według prokuratorów nie było to działanie zorganizowanej grupy przestępczej. Na razie śledczy nie ujawniają czy policjanci przyznali się do winy. W biurze prasowym komendy wojewódzkiej policji w Opolu zapytaliśmy czy funkcjonariusze zostali zawieszeni w pełnieniu obowiązków służbowych. – Za wcześnie, by o tym mówić. Czekamy na oficjalne stanowisko prokuratury w tej sprawie – powiedział podinsp. Jarosław Dryszcz z KWP w Opolu.

tvn24.pl

Nadszarpnięte zaufanie do policji. Proces o podrzucenie marihuany

Kar więzienia – 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności oraz 1,5 roku w zawieszeniu – domaga się prokuratura dla dwóch policjantów, oskarżonych o podrzucenie narkotyków do samochodu urzędnika kontroli skarbowej.

Przed Sądem Rejonowym w Białymstoku zakończył się w środę (13.05) trwający od grudnia 2014 roku proces dwóch policjantów, oskarżonych o przekroczenie uprawnień, fabrykowanie dowodów i składanie fałszywych zeznań. Zdaniem prokuratury wrobili w posiadanie narkotyków niewinnego człowieka, urzędnika kontroli skarbowej. Występuje on w procesie w charakterze oskarżyciela posiłkowego.

Wyrok w tej bulwersującej sprawie zostanie ogłoszony za tydzień.

Żona: Zobaczyłam zmaltretowanego człowieka

Zanim strony wygłosiły mowy końcowe, zeznawała jeszcze żona pokrzywdzonego. O dniu, w którym zatrzymano męża (18 października 2011 r.), mówiła tak:

– Od godz. 16 nie mogłam skontaktować się z mężem, dzwoniłam na pogotowie, dziecko wpadło w histerię. To był jeden wielki koszmar. Kiedy przyszli policjanci i powiedzieli, że mąż został zatrzymany pod zarzutem posiadania konopi indyjskich, poczułam wielką ulgę. Wiedziałam, że to absurdalne zarzuty.

Tamtego dnia pracownik Urzędu Kontroli Skarbowej, po pracy stał w korku na Dojlidach. Policyjny patrol kazał mu zjechać na pobocze, wysiedli dwaj umundurowani policjanci. Zaczęli przeszukanie samochodu urzędnika. W pewnej chwili jeden z nich za fotelem pasażera znalazł niewielkie foliowe zawiniątko. Rozwinął je, w środku był susz roślinny. 3,2 grama konopi.

– Kiedy wyszedł [został zatrzymany na 48 godzin, potem zostały mu przedstawione zarzuty – red.], zobaczyłam zmaltretowanego człowieka. Ze łzami w oczach powtarzał, że może stracić pracę. Praca była dla niego wartością nadrzędną – mówiła w sądzie żona.

Gdy śledczy zagłębili się w sprawę, coś zaczęło im się nie układać. Dotarli do dowodów na to, że marihuana została podrzucona. 12 czerwca 2013 roku śledztwo przeciwko urzędnikowi zostało umorzone, a prokuratura dobrała się do usiłujących wrobić go stróżów prawa.

– Nadszarpnęli nasze zaufanie do policji, każdy w takiej sytuacji straciłby ufność do ludzi. Z czasem nabieramy dystansu, ale to piętno zostanie na całe życie – dodawała kobieta.

Kozioł ofiarny?

Na ławę oskarżonych trafił emerytowany już funkcjonariusz Oddziału Prewencji Policji w Białymstoku – 50-letni Marek J. oraz zawieszony policjant z tego oddziału – 45-letni Wojciech Z. Konsekwentnie nie przyznawali się do winy.

Obrończyni Wojciecha Z. mecenas Ewa Krętowska przekonywała, że jej klient był tylko kierowcą nadzoru nad funkcjonariuszami, tego dnia wyjechał ze swoim przełożonym Markiem J. i wykonywał jego polecenia. Ani nie wybierał trasy, którą jechali, ani samochodu do kontroli. Owszem, to on odnalazł zawiniątko pod fotelem, ale szukał tam po raz drugi, na wyraźne wskazanie przełożonego. Adwokat przypuszcza, że mogło się tam znaleźć za sprawą Marka J., który przeszukiwał przód auta, a potem nakazał Wojciechowi Z. przejrzenie tyłu, od strony pasażera. Podsumowała, że jej klient został we wszystko uwikłany, bez cienia jego winy.

Z kolei mecenas Bartosz Wojda, obrońca Marka J. twierdzi, że dowody przeciwko jego klientowi to tylko łańcuch poszlak. To on wybrał trasę wiodącą przez niewielką uliczkę Stoczni Gdańskiej, ale docelowo mieli dotrzeć do magazynów policji na Wspólnej, by je skontrolować, a z racji trwających remontów dróg, był to wskazany objazd. Zatrzymanie akurat tej osoby do kontroli to kwestia przypadku. Na folii z narkotykiem brak linii papilarnych i materiału genetycznego jego klienta. Wobec czego domaga się jego uniewinnienia.

Sam oskarżony Marek J. dodawał: – Jestem niewinny, swoje obowiązki wypełniałem sumienne. Zostałem wskazany jako ewentualny kozioł ofiarny.

Kto za tym stał?

Akt oskarżenia objął także inne, niezrozumiałe czynności Marka J. Miał on 29 września 2011 roku sprawdzać dane zatrzymanego urzędnika i sporządzić meldunek informacyjny o nim jako o osobie, która handluje narkotykami. W trakcie procesu policjant tłumaczył się, że ktoś mógł skorzystać z jego karty, by dostać się do systemu. A zresztą dostęp do komputera miał każdy, bo ponoć system funkcjonował fatalnie, logowanie trwało kilkanaście minut, więc lepiej się było nie wylogowywać. Prokuratura jest zdania, że próba wrobienia urzędnika w narkotyki mogła mieć związek z wykonywanymi przez niego czynnościami służbowymi, jednak w toku śledztwa tej hipotezy pokrzywdzonego jednoznacznie nie udało się udowodnić. Również sąd nie podejmował tego wątku. W swoich zeznaniach pokrzywdzony urzędnik przyznał, że podejrzewa, iż zostało to zlecone przez podatników, których kontrolował.

Świadomie nadużyli uprawnień, aby zaszkodzić

Prokuratura żąda dla Marka J., który miał być inspiratorem całej akcji, 2,5 roku więzienia oraz zakazu wykonywania zwodu związanego z dostępem do danych osobowych na okres 4 lat. Dla Wojciecha Z. – 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata, grzywny oraz zakazu wykonywania zawodu policjanta na 4 lata.

Oskarżeni mieliby też solidarnie zapłacić 30 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz oskarżyciela posiłkowego.

W mowie końcowej prokurator Aneta Czokało-Deptuła z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku przypominała, że taka formacja jak policja została powołana po to, by służyć społeczeństwu, do jej zadań należy ochrona zdrowia i życia ludzi oraz bezpieczeństwa i porządku publicznego. Ma też określony katalog uprawnień, będący „biblią” funkcjonariuszy.

– Oskarżeni, jako stróże prawa, funkcjonariusze z wieloletnim stażem, zajmujący kierownicze stanowiska, nadużyli tych uprawnień, w sposób przemyślany i z pełną świadomością zaszkodzenia konkretnej osobie – innemu funkcjonariuszowi publicznemu – mówiła prokurator, określając spreparowaną przez oskarżonych sytuację jako obrzydliwą. – Nie życzyłabym sobie ani żadnemu innemu funkcjonariuszowi publicznemu, aby znalazł się w takiej sytuacji.

Przywołała też słowa żony pokrzywdzonego o nadszarpnięciu zaufania.

– Oskarżeni zawiedli jako policjanci, bo nadużyli uprawnień im przysługujących. Uprawnień, zastosowaniu których przyświeca cel, jakim jest wykrywanie przestępstw i ściganie ich sprawców. Nadużyli tych uprawnień po to, by inną osobę wmanipulować i postawić ją w roli przestępcy – dodała prokurator.

Sąd zapowiedział możliwość wyeliminowania z zarzutów poświadczenia nieprawdy przez funkcjonariusza publicznego w wystawionym przez niego dokumencie oraz składania fałszywych zeznań.

gazeta.pl

Policjant z Olsztyna miał bić podczas przesłuchania

Jednemu z trzech zatrzymanych w czwartek funkcjonariuszy olsztyńskiej komendy policji prokuratorzy zarzucili stosowanie przemocy wobec osoby przesłuchiwanej w „celu uzyskania wyjaśnień i informacji”.

To dalszy ciąg sprawy zatrzymań funkcjonariuszy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie. Trzech z nich zostało zatrzymanych w czwartek, a kolejny, czyli już czwarty, w nocy z czwartku na piątek.

Z informacji, do których dotarła „Wyborcza” Olsztyn wynika, że zatrzymani policjanci są związani z pionem kryminalnym, a konkretnie z wydziałem do walki z przestępczością przeciwko życiu i zdrowiu.

Szczupłość oficjalnych informacji szybko dała pole do domysłów, jakie grzechy i grzeszki mogli mieć na sumieniu zatrzymani mundurowi. Jak już w czwartek pisaliśmy, policjanci w nieoficjalnych rozmowach podawali najróżniejsze teorie, od używania paralizatora do wymuszania zeznań, po teorie, że chcąc ułatwić sobie pracę, podrzucali osobom podejrzanym narkotyki.

Ile jest w tym prawdy, a ile fikcji, nie sposób powiedzieć. Śledczy bowiem zasłaniają się dobrem śledztwa i nie ujawniają szczegółów sprawy.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Zbigniew Czerwiński informował nas jednak, że śledztwo jest prowadzone w kierunku artykułu 246 Kodeksu karnego. – Mówi on o tym, że funkcjonariusz publiczny, który w celu uzyskania określonych zeznań, wyjaśnień, informacji lub oświadczenia stosuje przemoc, groźbę bezprawną lub w inny sposób znęca się fizycznie lub psychicznie nad inną osobą, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10 – tłumaczył prokurator Czerwiński.

Cała czwórka minioną noc spędziła w policyjnej izbie zatrzymań w Olsztynie. W piątek dowiedzieliśmy się, że jednemu z policjantów został już przedstawiony jeden zarzut. Według śledczych funkcjonariusz ten miał stosować przemoc wobec osoby podejrzanej w „celu uzyskania od niej wyjaśnień i informacji w toczącej się sprawie”.

Do zdarzenia tego miało dojść 31 marca b.r. w Olsztynie. Z nieoficjalnych informacji, do których dotarliśmy, wynika, że policjant miał bić tę osobę pięściami i kopać po całym ciele, przewracać z krzesła.

Prawdopodobnie w ciągu dnia zapadną decyzje co do pozostałych zatrzymanych policjantów. Obecnie są oni dowożeni do prokuratury na przesłuchania.

Dodajmy, że zatrzymani funkcjonariusze mają staż pracy w policji od 3 do 9 lat.

gazeta.pl

Nagrał pirata drogowego i sam ma kłopoty. Sprawa rowerzysty wraca do sądu

Sąd jeszcze raz musi się zająć się sprawą Krzysztofa Kęsika, który przekazał policji film pokazujący wykroczenie drogowe kierowcy samochodu i sam też został ukarany mandatem. W pierwszym procesie rowerzysta został uniewinniony, ale policja złożyła apelację.

Gdyński sąd musi zapoznać się z nowymi dowodami i jeszcze raz sprawdzić, czy należy ukarać rowerzystę, który wysłał policji film pokazujący pirata drogowego – to decyzja sądu okręgowego w Gdańsku, który rozpatrywał apelację policji w tej sprawie.

– Jestem nieco zaskoczony, myślałem, że mój klient już dziś dowie się, że jest ostatecznie niewinny. Stało się inaczej – powiedział po rozprawie Tomasz Złoch, pełnomocnik oskarżonego.

– Nie zrobiłem nic złego, chciałem tylko pomóc policji – dodał Krzysztof Kęsik.

Nagrał pirata i sam ma kłopoty

Problemy Krzysztofa Kęsika, rowerzysty z Gdyni rozpoczęły się w lipcu ubiegłego roku, gdy wysłał policji film pokazujący jak z dużą prędkością na podwójnej linii ciągłej wyprzedza go samochód.
W odpowiedzi policjanci postanowili ukarać nie tylko kierowcę samochodu, ale i rowerzystę, który ich zdaniem jechał za daleko od prawej krawędzi jezdni.

Sprawa trafiła do sądu, bo pan Krzysztof nie przyjął mandatu. W styczniu sąd rejonowy w Gdyni uniewinnił rowerzystę. Sędzia argumentował wyrok tym, że policja w niewystarczający sposób udowodnił to, że autorem filmu jest oskarżony, a ten przed sądem konsekwentnie milczał i nie przyznawał się do winy.

Przyznał się na antenie?

Jednak zdaniem policjantów Krzysztof Kęsik przyznał się, więc złożyli apelację i dołączyli do niej rozmowę z reporterem TVN24, podczas której zdaniem mundurowych Kęsik jednoznacznie przyznaje się do winy.

Na nagraniu rowerzysta mówi dziennikarzowi, że to on zrobił nagranie. Pokazuje również, gdzie miał przyczepioną kamerkę. Podczas rozmowy z reporterem przypomniał, że wysłał nagranie, bo policja zachęcała, żeby dostarczać takie materiały.

Spacer ze złamaną nogą? Sąd nie dał wiary policjantom

Prokurator: nastolatek pobity przez policję sam połamał sobie nogę i tak połamany spacerował po mieście. Sąd: przeczy to zasadom logiki, dowody dobierano tak, by pasowały do tezy. 17-letni Borys Simiński rok temu idzie z kolegami ulicą na poznańskim Łazarzu. Zaczepia ich nieznany mężczyzna, proponuje narkotyki. Odmawiają, mężczyzna wypytuje o narkotykowych dilerów.

Wtedy pojawia się czterech kolejnych mężczyzn, powalają nastolatków na ziemię, zakładają kajdanki. Borysa wciągają do bramy, kopią, okładają pięściami. Ma złamaną kość piszczelową, zadrapania i ślady na twarzy po uderzeniu otwartą dłonią. Wciągają go do busa, mówią: „Śmieci nie siedzą, śmieci jadą na podłodze”.

Napastnikami okazali się policjanci z referatu wywiadowczego poznańskiej komendy miejskiej.
Gdy Borysa przywieziono na komisariat na Grunwaldzie, inni policjanci, widząc obrażenia, wezwali karetkę i powiadomili przełożonych.
Przemysław Marciniak, szef komisariatu, mówił „Gazecie”: – Widziałem chłopaka. Był pobity. Powinny być wyciągnięte konsekwencje wobec winnych.

Sprzeczne zeznania policjantów

Sprawa trafia do prokuratury w Pile, ale ta umarza śledztwo w sprawie pobicia Borysa. Twierdzi, że nie da się rozstrzygnąć, czy prawdę mówią nastolatki, czy policjanci. Wersja policjantów jest taka: nikogo nie biliśmy, Simiński złamał nogę wcześniej, podczas gry w piłkę.

Prokuratura dochodzi do wniosku, że pobity i przypalony papierosami chłopak spacerował po Łazarzu z połamaną nogą, a dopiero potem natknął się na policjantów.

Ojciec Borysa zaskarżył decyzję prokuratury do sądu, a ten nakazał wznowić śledztwo, miażdżąc prokuratorów za pochopną decyzję. „Prokurator nie dokonał prawidłowej i wszechstronnej oceny dowodów. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że z góry założył, jaką decyzję winien w przedmiotowej sprawie podjąć, a następnie starał się tak dopasować ocenę materiału dowodowego, by pod przyjętą tezę pasowała” – pisze sędzia Robert Kubicki. I dodaje: „Przedstawiona [przez prokuratora] argumentacja przeczy nie tylko zasadom logiki, ale i doświadczenia życiowego”.

Zdaniem sądu prokurator szukał nieścisłości w zeznaniach Borysa i jego kolegów, a zeznania policjantów uznał za spójne. Sędzia to podważa, wylicza sprzeczności: jeden z policjantów twierdził, że Borys stawiał opór, przewrócił się, inny przekonywał, że chłopaka spokojnie położono na ziemi.

Niejasna jest też opinia biegłych lekarzy. Nie wyjaśnia (bo prokurator o to nie pytał), jak Borys złamał nogę, czy ktoś mógł po niej skakać, jak twierdzi chłopak. Sędzia Kubicki nakazuje opinię uzupełnić.

Pobity: Podrzucili mi marihuanę

To nie wszystkie wątpliwości. Według Borysa policjanci chcieli, by przyznał się do posiadania narkotyków. Gdy odmówił, mieli mu podrzucić woreczki z marihuaną.

Borysowi nie postawiono jednak zarzutów posiadania narkotyku. Prokuratura chciała sprawdzić, czyja była marihuana, ale okazało się, że na woreczkach nie ma odcisków palców.

Sąd kazał prokuraturze ponownie zbadać sprawę. – Zrobimy to – zapewnia Magdalena Roman, wiceszefowa prokuratury w Pile.

Ta sama prokuratura bada również sprawę pobicia 13-latki z Poznania, którą niedawno policjant uderzył w twarz, podczas gdy drugi zagroził jej gwałtem. Jeden z tych policjantów, Rafał N., ksywa „Niemiec”, był w patrolu, który pobił Borysa Simińskiego.

gazeta.pl

Grzywna dla szefa Komendy Głównej. Policja zapłaciła 5 tys. kary, bo ich prawnicy „źle zrozumieli” pismo

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie nałożył na komendanta grzywnę za to, jak obszedł się z pewną skargą. Zamiast odpowiedzieć na nią i odesłać, policja zachowała się tak, jakby skargi w ogóle nie było. Jak ustaliło TOK FM, w październiku grzywna została zapłacona. Z budżetu policji.
Cała sprawa zaczęła się 1 kwietnia 2011 r. od zatrzymania pewnego kierowcy przez policjantów z Bydgoszczy. Zrobili kierowcy badanie na narkotyki, wynik był pozytywny. Dziś wiadomo, że urządzenie musiało się pomylić. Mężczyzna zrobił badania krwi, z których wynika, że nie był pod wpływem narkotyków i niesłusznie zatrzymano mu prawo jazdy.

Narkotest? Nie mamy takiego modelu

Stowarzyszenie „Duae rotae”, które działa w imieniu kierowcy, w sierpniu ub.r. wystąpiło do policji o wszelkie dane dotyczące narkotestu, którego użyli policjanci. Prosili (na drodze dostępu do informacji publicznej) o skany dokumentacji urządzenia, które było na wyposażeniu Komendy Miejskiej w Bydgoszczy. Policja, choć jest do tego zobowiązana, dokumentów nie przekazała.

We wrześniu 2011 r. komenda poinformowała, że odnalazła akta przetargu. Ale wynika z nich, że narkotestu, na który wskazało stowarzyszenie, w ogóle nie kupiono (bo wybrano inną ofertę).

Stowarzyszenie nie odpuszczało. „Twierdzenie to nie polega na prawdzie, ponieważ 1 kwietnia 2011 roku policjanci z KP Bydgoszcz-Fordon urządzeniem pomiarowym – tu pada jego nazwa i numer seryjny – wykonali błędne badanie, co doprowadziło do zatrzymania prawa jazdy kierowcy” – pisze stowarzyszenie. Uznało przy tym, że policja, nie udostępniając dokumentacji urządzenia, dopuściła się „bezczynności” – to zapis z przepisów prawa – i dlatego poszło do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie ze skargą na bezczynność komendanta głównego.

Skarga jest, ale komenda na nią nie odpowiada

Stowarzyszenie złożyło skargę bezpośrednio w sądzie, a sąd przesłał ją do Komendy Głównej. – Komendant miał 15 dni, aby wypowiedzieć się ws. skargi i przesłać swoje stanowisko z powrotem do sądu wraz z aktami postępowania. Organ nie wykonał tego obowiązku i stąd ta grzywna – tłumaczy zawiłości sprawy mecenas Paulina Lipińska, która przeanalizowała dla nas akta.

„Mimo upływu prawie siedmiu miesięcy od dnia złożenia skargi, organ nie wykonał ciążącego na nim obowiązku i nie przekazał jej do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Istotne jest również to, że organ – pomimo dwukrotnego wezwania przez Sąd – nie udzielił odpowiedzi na wniosek o wymierzenie grzywny” – czytamy w uzasadnieniu decyzji sądu.

Skąd kara pieniężna? „Chodzi o symbol”

Sąd nie musiał karać komendanta grzywną, bo w przepisach jest jedynie sformułowania, że „może” taką karę nałożyć. – Dzieje się to na wniosek skarżącego – dodaje Lipińska. Prawo określa wysokość ewentualnej grzywny: do 10-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. – W tym wypadku jest to może wysokość symboliczna, ale to jednak pewien symbol, że organ dopuścił się poważnego zaniechania – mówi Lipińska.

Bo prawnicy inaczej zrozumieli

Komendant musiał zapłacić, bo jego prawnicy przyjęli błędną interpretację przepisów.

Pośrednio potwierdza to w rozmowie z nami Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej. – Sądziliśmy, że skarga, która została złożona bezpośrednio do sądu (i przez sąd przesłana policji – przyp.red.), nie powoduje wszczęcia postępowania administracyjno-sądowego. Sąd naszego stanowiska nie podzieli, nałożył na komendanta głównego grzywnę – mówi Hajdas.

Przyznaje, że grzywna już została zapłacona, z budżetu policji, bo ukarany został komendant jako „organ”. – Takie sytuacje są jednak wyjątkowe. Mamy bardzo dobrych prawników – przekonuje Hajdas – Ale czasami te różnice w interpretacji przepisów niestety są – podkreśla.

Pisz na Berdyczów?

– Wydawać by się mogło, że w rzeczywistości prosta sprawa, a napotyka na tak skomplikowaną drogę. Moim zdaniem, to przykład skrajnej opieszałości ze strony policji – mówi Maciej Kwiecień ze Stowarzyszenia „Duae rotae”. Przyznaje, że zwlekanie z odpowiedzią na pytanie zadane w drodze informacji publicznej, nie jest zaskakujące. – Niestety, spotykamy się z wieloma sytuacjami, gdzie różne organy władzy publicznej, tak mówiąc najogólniej, są opieszałe w wykonywaniu swoich czynności i powinności – dodaje Kwiecień.

Stowarzyszenie w dalszym ciągu czeka na informacje dotyczące narkotestów: ich producenta i wszelkich danych ze specyfikacji. Ale tą sprawą, merytorycznie, sąd administracyjny jeszcze się nie zajmował.

tokfm.pl

Pijany policjant strzelał do ludzi. Chcieli mu pomóc

34-letni aspirant Andrzej B. wjechał swoim autem do rowu. Kiedy przy jego samochodzie zatrzymali się Białorusini oferując pomoc mundurowy wyjął służbową broń i zaczął do nich strzelać – dowiedziała się „Gazeta”. Wcześniej policja podawała, że funkcjonariusz jedynie jechał po pijanemu i miał w aucie służbową broń
Wszystko wydarzyło się wczoraj ok. 3.30 nad ranem w miejscowości Styrzeniec k. Białej Podlaskiej na trasie Warszawa-Terespol. Tego dnia po południu lubelska policja opublikowała lakoniczny komunikat, z którego wynikało że policjant jedynie jechał po pijanemu prywatnym autem i miał w aucie służbową broń.

Tymczasem, co innego twierdzi prokuratura, która przesłuchała czterech Białorusinów, którzy jadąc w stronę granicy zobaczyli w rowie opla vectrę na polskich numerach rejestracyjnych. Jego kierowca usiłował wyjechać.

– Z zeznań Białorusinów wynika, że zaoferowali kierowcy vectry swoją pomoc. Jako, że Polak odmówił odjechali. Po krótkim czasie jeden z Białorusinów zorientował się, że zgubił na miejscu kolizji telefon komórkowy. Kiedy zawrócił wóz i dotarł na miejsce kierowca vectry wyjął broń i oddał w jego stronę kilka strzałów – informuje „Gazetę” Beata Syk-Jankowska, rzecznik lubelskiej prokuratury.

Białorusini wezwali policję. Na miejscu okazało się, że za kierownicą vectry siedzi 34-letni Andrzej B., funkcjonariusz służb kryminalnych z komendy w Białej Podlaskiej, aspirant z dziewięcioletnim stażem w policji. Mężczyzna miał ponad dwa promile alkoholu we krwi. Wewnątrz auta zabezpieczono służbową broń policjanta, pistolet Walter P99. Nie było w niej dziewięciu naboi. Na miejscu śledczy nie znaleźli jednak łusek.

Prokuratorzy postawili policjantowi zarzuty: narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życiu lub zdrowia i jazdę po pijanemu. Sam policjant podczas przesłuchania odmówił składania wyjaśnień. Funkcjonariusz już wyszedł na wolność. Musi jednak wpłacić trzy tysiące poręczenia majątkowego.

Przełożeni funkcjonariusza już rozpoczęli procedurę wydalenia go ze służby. Policjant został zawieszony w czynnościach.

Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin

Jeleniogórski sąd zabrał prawo jazdy trzeźwemu kierowcy

W jeleniogórskim Sądzie Rejonowym za jazdę samochodem po alkoholu skazują kierowców, w których krwi nie stwierdzono żadnych promili.
Doświadczył tego jeleniogórzanin Marcin Zieliński, którego na pół roku pozbawiono prawa jazdy. Sąd wymierzył mu też 350 zł grzywny

Pan Marcin miał pecha, bo policja zatrzymała go 1 czerwca tego roku. Gdyby do zatrzymania doszło trzy tygodnie później, policjanci puściliby go wolno. Komenda główna w międzyczasie zmieniła bowiem wytyczne dotyczące badań trzeźwości .

– W Dniu Dziecka jechałem do pracy. Zwykle zaczynam ją około 6.00. Pech chciał, że tego ranka przepaliła mi się jedna z żarówek w samochodzie. Zatrzymałem się i wtedy przejechał obok mnie patrol policji – tłumaczy Marcin Zieliński.

Policjanci zatrzymali
go kilkadziesiąt metrów dalej. Kierowca sądził, że powodem zatrzymania jest przepalona żarówka, poinformował więc funkcjonariuszy, że właśnie jedzie ją wymienić na stację benzynową. Policjanci postanowili jednak zbadać trzeźwość kierowcy.

– Podali mi alkotest do auta. Dmuchnąłem i wyszło 0,32 promila. Policjanci stwierdzili, że musiałem wypić rano piwo. Tłumaczyłem, że pół butelki wypiłem o godzinie 20 dzień wcześniej. Rano jedynie przepłukałem usta płynem i przetarłem twarz wodą po goleniu – mówi kierowca.

Policjanci postanowili powtórzyć test po 15 minutach. Badanie nie wykazało żadnej zawartości alkoholu. Ten sam wynik dał test krwi. Gdy Marcin Zieliński został wezwany do złożenia wyjaśnień na komisariacie, przesłuchująca go policjantka uspokajała, że sprawa skończy się najwyżej na 50-złotym mandacie.

– Poszedłem do sądu wyluzowany. Wyrok kompletnie mnie zaskoczył – mówi skazany.
Rzecznik sądu Andrzej Wieja zastanawia się, dlaczego policja w ogóle skierowała sprawę do sądu, skoro test krwi był korzystny dla kierowcy. To, według niego, najbardziej miarodajne badanie. O zapadłym wyroku nie jest w stanie nic jeszcze powiedzieć, bo jego uzasadnienie jest dopiero w przygotowaniu.

Według mecenasa Andrzeja Graunitza, kierowca powinien absolutnie odwołać się od wyroku. Jego zdaniem, sąd odwrócił obowiązującą w prawie zasadę, że wszelkie wątpliwości działają na korzyść oskarżonego. Marcin Zieliński złożył takie odwołanie.

Edyta Bagrowska z jeleniogórskiej policji wyjaśnia, że do niedawna najważniejszym dla nich wskazaniem było pierwsze badanie. Kolejne przeprowadzano po 15 minutach. Gdy różnice wskazań były duże, badano kierowcę na urządzeniu stacjonarnym. Komplet wyników kierowano pod osąd sądu. 21 czerwca komendant główny policji zmienił te zasady (szczegóły w ramce).

Tak dmuchamy
Nowe rozporządzenie KG Policji nakazuje: jeśli w pierwszym badaniu urządzenie wskaże równo lub więcej niż dopuszczalne 0,2 promila, policjant po 15 minutach musi dokonać drugiego pomiaru. Jeżeli to badanie nie wykaże zawartości alkoholu, niezwłocznie powinien wykonać trzeci test. Jeśli i ten wynik jest zerowy, sprawa nie jest kierowana do sądu. Policja uznaje bowiem, że nie ma podejrzenia, że kierujący pił alkohol. Pojawi się jednak ono, jeśli w drugim badaniu tester wykaże nawet minimalną zawartość alkoholu. Wówczas też niezwłocznie jest przeprowadzana trzecia próba. Sprawa jest kierowana do sądu, nawet jeśli jej wynik będzie zerowy.

Szokujące praktyki polskiej policji. Wg raportu biją, rażą prądem. Tortury?

W raportach Komitetu Zapobiegania Torturom Rady Europy (CPT), dotyczących traktowania osób zatrzymanych i więźniów w Polsce, powtarzają się te same zarzuty – uważa Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Polskie władze przekonują jednak, że są zmiany na lepsze. We wtorek CPT opublikował raport po kontroli w Polsce, przeprowadzonej na przełomie listopada i grudnia 2009 r. Wizytowano wówczas 20 placówek – nie tylko więzienia i policyjne izby zatrzymań, ale także policyjne izby dziecka, areszty deportacyjne i ośrodki dla cudzoziemców.

Raport opublikowano za zgodą polskich władz (nie wszyscy sygnatariusze Konwencji Rady Europy o zapobieganiu torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu lub karaniu się na to godzą).

Przeludnienie w więzieniach, niewłaściwa opieka medyczna

Jak mówił we wtorek na konferencji prasowej w Warszawie dr Piotr Kładoczny z HFPC, obecny raport, tak samo jak poprzedni opublikowany w 2005 r., mówi o przeludnieniu w zakładach karnych, przy czym polskie władze przyjmują, że standardem jest zapewnienie 3 metrów kw. na osobę, gdy CPT rekomenduje 4 metry kw. W raportach CPT powtarzają się zarzuty o niewłaściwej opiece medycznej nad osadzonymi – brakuje personelu, nie ma odpowiedniego wyposażenia. HFPC podkreśla, że raport CPT mówi o braku rozwiniętego systemu pomocy prawnej dla zatrzymanych.

Dzieci cudzoziemców w ośrodkach zamkniętych

Komitet zwraca uwagę na poważny problem dotyczący cudzoziemców. Większość obcokrajowców, z którymi zetknęli się przedstawiciele CPT, nie znała swego położenia prawnego oraz procedur, którym zostali poddani. HFPC alarmuje, że polskie prawo zezwala na przetrzymywanie dzieci cudzoziemców w ośrodkach zamkniętych, gdzie przebywają ich rodzice. Takie miejsca – ocenia HFPC – negatywnie wpływają na rozwój psychiczny małoletnich.

CPT zaleca też zmianę zasad przyznawania więźniom statusu szczególnie niebezpiecznych.

„Maltretowanie równoznaczne z torutorowaniem”

W raporcie CPT wskazano też na maltretowanie, o którym mówili dwaj zatrzymani i które było tak dotkliwe, iż „mogłoby zostać uznane za równoznaczne z torturowaniem”. Raport przytacza przypadek osoby z Krakowa aresztowanej w październiku 2009 r. przez funkcjonariuszy CBŚ z Bielska Białej.

Policjanci „bili i kopali”. „Paralizator do genitaliów”

Mężczyzna powiedział przedstawicielom CPT, że bezpośrednio po aresztowaniu był wielokrotnie bity i kopany przez policjantów, którzy chcieli wymusić na nim przyznanie się do winy. Jeden z funkcjonariuszy miał przyłożyć mu do genitaliów na pół minuty włączony elektryczny paralizator.

Mężczyzna zgłosił sprawę dyrektorowi aresztu, w którym był przetrzymywany, a ten przekazał ją do prokuratury. Z odpowiedzi polskiego rządu na raport CPT (opublikowanej razem z raportem we wtorek) wynika, że śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa Kraków-Śródmieście Zachód, ale umorzyła je z powodu braku cech przestępstwa. Ponadto polski rząd poinformował CPT, że w tej sprawie nie było prowadzone postę powanie dyscyplinarne.

Śledztwa w sprawie pobić umarzane

Drugi przypadek, o którym mówi komitet, dotyczy zatrzymanego z Szamotuł (Wielkopolskie). Miał być on bity i kopany przez policjantów, założono mu też bardzo ciasno kajdanki. Również tutaj prokuratura umorzyła śledztwo (wszczęte po liście przesłanym przez CPT); nie doszło do postępowania dyscyplinarnego.

W obu przypadkach HFPC ma wątpliwości, że śledztwa przeprowadzono w sposób właściwy. Dr Ireneusz Kamiński, prawnik z PAN i UJ, zwracał we wtorek uwagę, że obu poszkodowanych nie przesłuchano przez długi czas od zgłoszenia, a policjantów – w ogóle. Ponadto w jednym przypadku lekarze stwierdzili u poszkodowanego obrażenia, które pokrywały się z jego zeznaniami przed delegacją CPT. „Gdyby te obie sprawy trafiły do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, z olbrzymim prawdopodobieństwem można powiedzieć, że Trybunał uznałby, że nie przeprowadzono w Polsce skutecznego postępowania wyjaśniającego” – uważa Kamiński.

Rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski podkreślił, że żaden z zatrzymanych nie skorzystał z możliwości złożenia skargi do Strasburga.

Władze: Ale jest lepiej…

Przedstawiciele polskich władz, którzy licznie pojawili się na wtorkowej konferencji prasowej HFPC, przekonywali dziennikarzy, że najnowszy raport CPT zawiera nie tylko uwagi krytyczne, ale też informacje o tym, co się poprawiło od poprzedniej kontroli. Zwracali też uwagę, że komitet nie miał uwag do polskiej odpowiedzi na swój raport.

Cezary Ziółkowski z Departamentu Praw Człowieka Ministerstwa Sprawiedliwości podkreślał, że władze skupiają się na zwalczaniu przeludnienia w celach. W latach 2006-09 w polskich zakładach karnych przybyło 17 tys. miejsc, coraz więcej skazanych korzysta z dozoru elektronicznego, resort stara się też, by sądy częściej stosowały kary ograniczenia wolności zamiast więzienia, zaś tym, którzy na to zasługują, łatwiej było uzyskać zwolnienie warunkowe. MS podkreśla też, że w ostatnich latach przesłanki zastosowania aresztu tymczasowego, zwłaszcza trwającego ponad 2 lata, są o wiele bardziej rygorystyczne niż kiedyś.

Z kolei rzeczniczka prasowa Służby Więziennej ppłk Luiza Sałapa poinformowała, że obecnie w zakładach karnych jest mniej więźniów niż miejsc. Jak dodała, więzienia są jednak zaludnione w różnym stopniu, np. dlatego że prawo nakazuje separować różne kategorie osadzonych. „W dzisiejszych warunkach w zakładach karnych nie ma mowy o 4 m kw na osobę” – przyznała Sałapa. Od ub.r. SW wydaje skazanym zaświadczenia, że przebywają w celi przeludnionej. Na tej podstawie mogą oni składać oni pozwy cywilne o odszkodowania. Jak powiedziała Sałapa, w 2010 r. sądy rozpatrzyły 146 takich spraw i zasądziły łącznie 370 tys. zł od Skarbu Państwa.

Sałapa powiedziała też, że od czasu wizytacji CPT podpisano ponad 500 nowych umów z personelem medycznym na opiekę nad osadzonymi. „Sytuacja może nie jest idealna, natomiast czynimy wszelkie starania, żeby się z nią uporać” – przekonywała.

CPT kontroluje przestrzeganie Konwencji Rady Europy o zapobieganiu torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu lub karaniu, która została przyjęta w 1987 r. i weszła w życie dwa lata później. Ostatnia wizyta przedstawicieli CPT w naszym kraju była czwartą od 1994 r., czyli momentu, kiedy ratyfikowaliśmy konwencję.

Rafał Lesiecki
PAP

Ile pieniędzy ukradła była policjantka Alicja Z.?

Ile fałszywych pieniędzy wyniosła z komendy była specjalistka od falsyfikatów we wrocławskiej komendzie miejskiej policji – stara się dociec wrocławski sąd rejonowy
W piątek sędzia Michał Kupiec przesłuchiwał policjantów, którzy z nią pracowali, oraz funkcjonariusza z wydziału kontroli, który wyliczył, że ukradła 68 469 zł. Tyle zarzuca jej prokurator. 41-letnia Alicja Z. przyznaje się maksymalnie do 20 tys. zł. Sąd stara się ustalić, jak było naprawdę.

Za pośrednictwem miejskich komisariatów do byłej specjalistki od fałszywych pieniędzy spływały falsyfikaty – banknoty i monety – ujawniane w sklepach czy bankach w całym Wrocławiu. Wysyłała je do ekspertyzy w NBP. Prawdziwe oddawała właścicielom, a w przypadku podrobionych prowadziła śledztwo.

Z zeznań policjanta z wydziału kontroli wynika, że we wrocławskich komisariatach panował bałagan w śledztwach dotyczących fałszywych pieniędzy. Dlatego niełatwo było obliczyć, ile falsyfikatów zaginęło. W części komisariatów zniszczono dokumenty dotyczące tych śledztw, choć nie minął jeszcze okres ich archiwizacji. A komisariat na Starym Mieście w ogóle nie był w stanie podać takich danych. Alicja Z. twierdzi, że policjanci obciążyli ją, fałszywie zeznając, że przekazywali jej falsyfikaty bez protokołów. – A ja nigdy nie przyjęłam nic bez protokołu – zapewniała sąd. Słyszała też, że na komisariacie na Rakowcu mieli „pełną szafę” spraw dotyczących fałszywek, które leżały w niej od lat. Sugerowała, że tamtejsi policjanci pozbyli się problemu, obciążając jej konto.

Alicja Z. broni się też, że część fałszywek mogła zostać wyniesiona przez kogoś z jej pokoju. Jej koleżanka Marzena P. potwierdziła w piątek, że klucz od ich wspólnego pokoju czasem ginął i trzeba go było dorabiać. – Alicja Z. trzymała banknoty w skarbczyku, w szafie pancernej – mówiła. – Klucz od skarbczyka miała ona, ale szafa w ogóle nie była zamykana. Zamek był zepsuty, odkąd pamiętam.

Marzena P. potwierdziła też, że często koleżance pożyczała jej pieniądze. – Miała kłopoty finansowe, były okresy, że tylko ona utrzymywała rodzinę: męża i dzieci. Ale w pewnym momencie te kłopoty się skończyły. Myślałam, że wyszła na prostą.

Alicja Z. zeznała, że to wtedy właśnie zaczęła podkradać falsyfikaty. Płaciła nimi za zakupy: jedzenie, leki, ubrania. Została zatrzymana na gorącym uczynku 25 listopada 2009 roku, kiedy fałszywkami płaciła za odzież w ekskluzywnym butiku. Tłumaczy, że kradła z głupoty i biedy po tym, jak wpadła w spiralę zadłużenia po wzięciu kilku kredytów.

gazeta.pl